Dziady cz. II — streszczenie szczegółowe
Spis treści (6)
Przedmowa poety
Mickiewicz otwiera utwór prozatorskim objaśnieniem: Dziady to nazwa uroczystości obchodzonej dotąd wśród pospólstwa w wielu powiatach Litwy, Prus i Kurlandii na pamiątkę „dziadów”, czyli zmarłych przodków. Obrzęd sięga czasów pogańskich — zwał się niegdyś „ucztą kozła”, której przewodniczył Koźlarz (Huslar, Guślarz), będący zarazem kapłanem i poetą. Ponieważ „światłe duchowieństwo i właściciele” usiłowali wykorzenić zwyczaj, lud święci Dziady potajemnie w kaplicach lub pustych domach niedaleko cmentarza: zastawia ucztę z jadła, trunków i owoców i wywołuje dusze nieboszczyków, wierząc, że potrawami, napojem i śpiewem przynosi ulgę duszom czyśćcowym. Mickiewicz zaznacza, że częstowanie zmarłych jest wspólne wszystkim ludom pogańskim (homerycka Grecja, Skandynawia, Wschód, wyspy Nowego Świata), a polskie Dziady wyróżnia pomieszanie obrzędów pogańskich z wyobrażeniami chrześcijańskimi — uroczystość przypada blisko dnia zadusznego. Wyznaje, że nocne obrzędy silnie przemawiały do jego wyobraźni, a w ludowych „zmyśleniach poczwarnych” dostrzegał dążenie moralne i nauki. Pieśni obrzędowe, gusła i inkantacje w poemacie są po większej części wiernie, niekiedy dosłownie wzięte z poezji gminnej. Mottem utworu jest cytat z Szekspira: „Są dziwy w niebie i na ziemi, o których ani śniło się waszym filozofom”.
Obrzęd Dziadów — kaplica, wieczór
W kaplicy zbiera się chór wieśniaków i wieśniaczek pod przewodem Guślarza; obecny jest też Starzec, pierwszy z chóru. Guślarz każe zamknąć drzwi, stanąć dokoła trumny, zgasić wszelkie światło i zasłonić okna całunami, by nawet blask księżyca nie wpadał szczelinami. Refrenem obrzędu jest powracający śpiew chóru: „Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, / Co to będzie, co to będzie?”. Guślarz wzywa „czyscowe duszeczki” — gdziekolwiek cierpią, czy płoną w smole, czy marzną na dnie rzeczki, czy wszczepione w drewno piszczą w piecu — na gromadne Dziady, gdzie czekają jałmużna, pacierze, jedzenie i napitek.
Duchy lekkie
Guślarz zapala garść kądzieli i przyzywa najpierw duchy lekkie — te, które błysnęły i spłonęły na tym padole jak owa garstka kądzieli, a mimo to nie wzleciały w niebieskie bramy. Pod sklepieniem kaplicy ukazuje się dwoje dzieci o złocistych piórach, igrających „jak aniołek z aniołkiem”. Aniołek przemawia do jednej z wieśniaczek: to Józio i jego siostra Rózia, dzieci tej kobiety. Latają teraz w raju, gdzie wszystkiego dostatek i co dzień inna zabawka — a jednak dręczy ich nuda i trwoga, bo droga do nieba jest dla nich zamknięta. Na pytanie Guślarza, czego im trzeba, odpowiadają, że nic z zastawionych przysmaczków: w życiu nie doznali nic gorzkiego — same pieszczoty, łakotki i swawole (jego pracą było urwać kwiatków dla Rozalki, jej — stroić lalki). Proszą jedynie o dwa ziarnka gorczycy, bo ta marna usługa „stanie za wszystkie odpusty”. Stąd pierwsza nauka moralna obrzędu, powtórzona przez chór: „Kto nie doznał goryczy ni razu, / Ten nie dozna słodyczy w niebie”. Guślarz podaje ziarnka i odprawia duszyczki formułą egzorcyzmu — „A kto prośby nie posłucha, / W imię Ojca, Syna, Ducha […] A kysz, a kysz!” — widmo znika.
Duch najcięższy
Nadchodzi „straszna północ”. Guślarz każe zamknąć drzwi na kłódki i zapala kocioł wódki, po czym wzywa duchy najcięższe, przykute do padołu „zbrodni łańcuchem” z ciałem i duszą — te, których żywot nawet po zgonie nie zdołał wydrzeć się z cielesnej katuszy, a którym ludzie mogą nieco zwolnić karę i zbawić od bliskiej im piekielnej jamy. Za oknem odzywa się głos odpędzający kruki, sowy i orlice — „przeklęte żarłoki”. W oknie ukazuje się upiór: wybladły jak kość na polu, z dymem i błyskawicami w gębie, oczami wysadzonymi na głowę, z głowy sypią mu się z trzaskiem iskry. To Widmo złego pana — nieboszczyk dziedzic tutejszej wioski, pochowany ledwie przed trzema laty. Wyznaje, że jest w mocy złego ducha: pędzi żywot tułaczy uciekając przed słońcem, jest pastwą wiecznego głodu, a żarłoczne ptactwo szarpie wszystko, co dostanie. Nie prosi o niebo — bluźnierstwem nazywa samo pytanie; wolałby stokroć jęczeć na dnie piekła, niż błąkać się wiecznie po ziemi wśród śladów dawnych uciech i „pamiątek dawnej szkarady”. Wyrok jednak brzmi: musi włóczyć potępioną duszę w ciele, póki ktoś z jego dawnych poddanych go nie pożywi i nie napoi. Błaga choć o małą miarkę wody i dwa ziarnka pszenicy.
Wtedy odzywa się chór ptaków nocnych — sów, kruków i puchaczy — które za życia pana były jego sługami, pomorzonymi przez niego głodem. Zapowiadają, że rozszarpią każde podane mu jadło, a gdy jadła nie stanie — jego ciało, „niechaj nagie świecą kości”. Kruk opowiada swoją historię: jako człowiek, po trzech dniach głodu, otrząsnął kilka jabłek w pańskim ogrodzie; schwytany przez obławę, stanął przed panem — o owoce, które „Bóg dał jak ogień i wodę” na wspólną wygodę — a pan, wołając, że „potrzeba dać przykład grozy”, kazał przywiązać go do sochy i zbić dziesięcioma pękami łozy tak, że kości odbito mu od skóry. Sowa: w samą kucyję, w najtęższy chłód, stała z dziecięciem u bramy dworu, błagając o zapomogę — mąż nie żył, córkę pan zabrał do dworu, chora matka leżała w chacie. Pan, hulający „w pjanej ochocie” i przewalający się po złocie, szepnął hajdukowi, by wypędził żebraczkę; ten wywlókł ją za włosy za wrota i wepchnął z dzieckiem w śnieg — zamarzła z dzieckiem na drodze. Oba świadectwa kończy ta sama skarga: „Nie znałeś litości, panie!”. Widmo uznaje, że nie ma dla niego rady — co poda gromada, zabierze ptactwo. Pada druga nauka obrzędu: „Kto nie był ni razu człowiekiem, / Temu człowiek nic nie pomoże”. Guślarz odprawia widmo tą samą formułą „A kysz, a kysz!” i upiór znika.
Duchy pośrednie
Guślarz bierze na koniec laski wianek święconego ziela i zapala go, wzywając duchy pośrednie — te, które żyły z ludźmi, wolne od ludzkiej skazy, ale żyły „nie nam, nie światu”: jak cząbry i ślazy, z których ani owocu, ani kwiatu, ani zwierzę się nie ukarmi, ani człowiek nie ubierze, lecz które w wonnych wiankach wiszą wysoko na ścianie — tak wysoko była ich pierś i oko.
Na to wezwanie — światłem i kadzidłem — zjawia się w kaplicy postać tak jasna, że Guślarz pyta, czy to obraz Bogarodzicy, czy anielska zjawa: świeci jak tęcza zbiegająca po obłokach po wodę z jeziora. Do nóg spływa jej biała szata, włos swawoli z wietrzykami, po jagodach lata uśmiech, „ale w oczach łza niedoli”. Na głowie ma kraśny wianek, w ręku zielony badylek; przed nią bieży baranek, nad nią leci motylek — na baranka woła bezustannie „baś, baś”, lecz ten trzyma się z daleka, motylka goni rózeczką i już, już chwyta go w dłonie, a ten zawsze ucieka.
Dziewczyna przedstawia się piosenką: to Zosia, niegdyś najpiękniejsza dziewczyna z tego sioła, która wiosennymi porankami pasała baranki, skacząc i śpiewając wesoło. Oleś za parę gołąbków chciał ją raz pocałować w usta — wyśmiała i prośbę, i ofiarę; Józio dał pasterce wstążkę, Antoś oddał serce — a Zosia śmiała się „pierzchliwie” z obu. Choć piękna, nie chciała zamęścia i „przeigrawszy” dziewiętnastą wiosnę umarła, nie zaznawszy ani troski, ani prawdziwego szczęścia. Żyła na świecie, lecz nie dla świata: jej myśl, „nazbyt skrzydlata”, nigdy nie spoczęła na ziemskiej błoni — goniła za zefirkiem, muszką, wiankiem, motylkiem, barankiem, „ale nigdy za kochankiem”; rada słuchała pieśni i fletów pasterzy wielbiących jej krasę, lecz żadnego nie pokochała. Za to po śmierci pała „nieznajomym ogniem”: igra wprawdzie do woli, przędzie rąbki z tęczy, a z przezroczystych łez poranku tworzy motylki i gołąbki, nic jej nie smuci ani nie boli — a przecież dręczy ją niepojęta nuda, za każdym szelestem kogoś wygląda i zawsze jest sama. Wiatr pomiata nią jak piórkiem; nie wie, czy jest z tego, czy z tamtego świata — ani wzbić się pod niebiosa, ani ziemi dotknąć nie może. Na rytualne pytanie Guślarza odpowiada, że nie trzeba jej niczego z biesiady: niech podbiegną młodzieńcy, pochwycą ją za ręce i przyciągną do ziemi, by mogła chwilkę z nimi poigrać. Stąd trzecia nauka obrzędu: „Kto nie dotknął ziemi ni razu, / Ten nigdy nie może być w niebie”. Kilku wieśniaków rzeczywiście bieży ku niej, ale Guślarz powstrzymuje ich — to marne cienie, tchnienie wiatru zaraz spędzi biedną. Pociesza jednak dziewicę odkrytym przed jego źrenicą wyrokiem: musi jeszcze sama jedna latać z wiatrem przez dwa roki, a potem stanie za niebieskim progiem. Odprawiona formułą „A kysz, a kysz!” — znika.
Zakończenie — milczące Widmo
Guślarz woła „ostatnim rozkazem” wszystkie dusze razem i każdą z osobna, rzucając w każdy róg kaplicy garście maku i soczewicy — drobną biesiadę dla pozostałych. Przeszła północ, kogut pieje; „skończona straszna ofiara”, czas odemknąć drzwi, zapalić lampy i świece, „czas przypomnieć ojców dzieje”. Wtem Guślarz dostrzega jeszcze jedną marę. Zwraca się do jednej z wieśniaczek — pasterki w żałobie, która usiadła na grobie: podłoga zapada się i powstaje z niej blade widmo. Podchodzi tuż do boku pasterki, z licem i obsłonami białymi „jako śnieg po nowym roku”, dziki i zasępiony wzrok topi całkiem w jej oku; od piersi aż do nóg sięga mu pąsowa pręga — jakby wstęga albo sznurek korali. Widmo pokazuje ręką na serce, lecz nic nie mówi.
Na rytualne pytania Guślarza widmo milczy. Nie skutkuje formuła „A kysz, a kysz!” — widmo stoi. Guślarz każe mu wyjść roztwartą podłogą, którą weszło, przeklina je w imię Boga („Precz stąd na lasy, na rzeki, / I zgiń, przepadnij na wieki!”) — widmo stoi dalej, „i milczy, i nie przepada”. Nie pomaga kropidło z ołtarza ani stuła i gromnica: „utrapione straszydło” stoi niemo, głucho, nieruchomo, „jak kamień pośród cmentarza”. Guślarz przyznaje, że to „nad rozum człowieczy”, i wypytuje pasterkę: czy zna tę osobę? po kim nosi żałobę, skoro mąż i rodzina zdrowi? Pasterka nie odpowiada ani słowa — tylko uśmiecha się i wciąż ogląda za widmem, jakby widziała w nim coś powabnego. Guślarz każe wziąć ją pod ręce i wyprowadzić za kaplicę — a wtedy widmo rusza krokiem za nią. Utwór urywa się niepokojącym obrazem i ostatnią odmianą refrenu: „Gdzie my z nią, on za nią wszędzie… / Co to będzie, co to będzie?”. Zagadka milczącego widma z raną na sercu pozostaje nierozwiązana — obrzęd, który miał swoje prawa na każdą kategorię duchów, wobec tego jednego okazuje się bezsilny.
Chcesz sprawdzić znajomość „Dziadów cz. II” przed maturą? Przećwicz zadania maturalne z tej lektury na stronie matury-online.pl/zadania/polski/dziady-cz-ii.