Dziady cz. III - streszczenie szczegółowe
Spis treści (19)
- 1. Dedykacja
- 2. Przedmowa
- 3. Prolog
- 4. Akt I, Scena I
- 5. Akt I, Scena II - Wielka Improwizacja
- 6. Akt I, Scena III - Egzorcyzmy
- 7. Akt I, Scena IV - Dom wiejski pode Lwowem
- 8. Akt I, Scena V - Widzenie księdza Piotra
- 9. Akt I, Scena VI - Widzenie senatora
- 10. Akt I, Scena VII - Salon warszawski
- 11. Akt I, Scena VIII - Pan senator
- 12. Akt I, Scena IX - Noc dziadów
- 13. Ustęp - Droga do Rosji
- 14. Ustęp - Przedmieścia stolicy
- 15. Ustęp - Petersburd
- 16. Ustęp - pomnik Piotra Wielkiego
- 17. Ustęp - przegląd wojska
- 18. Ustęp - Oleszkiewicz (dzień przed powodzią Petersburską 1824)
- 19. Ustęp - do przyjaciół Moskali
Dedykacja
Mickiewicz poświęca swoje dzieło pamięci trzech zmarłych przyjaciół: Jana Sobolewskiego, Cypriana Daszkiewicza i Feliksa Kółakowskiego. Byli oni jego kolegami ze studiów, współwięźniami i towarzyszami wygnania. Wszyscy trzej byli prześladowani za miłość do ojczyzny i zmarli z tęsknoty za Polską w różnych miejscach Rosji – w Archangielsku, Moskwie i Petersburgu. Autor nazywa ich męczennikami sprawy narodowej.
Przedmowa
Mickiewicz opisuje sytuację Polski, która od pół wieku doświadcza nieustannego okrucieństwa ze strony zaborców, a jednocześnie pokazuje niezwykłe poświęcenie i wytrwałość narodu polskiego. Porównuje te cierpienia do prześladowań pierwszych chrześcijan i sugeruje, że władcy przeczuwają swój upadek, podczas gdy lud wierzy w odrodzenie i zmartwychwstanie. Autor zaznacza, że jego poemat przedstawia tylko kilka epizodów z czasów prześladowań za panowania cara Aleksandra I.
Około 1822 roku polityka cara Aleksandra stała się wyraźnie antypolska, a głównym wykonawcą represji został senator Nowosilcow. Ten człowiek przekształcił instynktowną nienawiść Rosjan do Polaków w przemyślaną politykę, której celem było zniszczenie polskiej narodowości. Cały obszar od Prosny do Dniepru i od Galicji do Bałtyku zamieniono w jedno wielkie więzienie, a całą administrację przekształcono w narzędzie tortur dla Polaków.
Nowosilcow rozpoczął represje od dzieci i młodzieży, chcąc zniszczyć nadzieje przyszłych pokoleń w zarodku. Swoją główną kwaterę założył w Wilnie, stolicy naukowej prowincji litewsko-ruskich. Na uniwersytecie działały wówczas towarzystwa literackie, które zajmowały się ochroną języka i kultury polskiej – były one legalne i zgodne z przywilejami cara. Towarzystwa te rozwiązały się same, gdy zaczęły narastać podejrzenia władz, ale Nowosilcow przyjechał rok później i udał przed carem, że zastał je działające.
Senator przedstawił literackie zajęcia studentów jako bunt przeciwko władzy, uwięził kilkaset osób i powołał trybunały wojenne do sądzenia młodzieży. W rosyjskiej procedurze sądowej oskarżeni nie mieli możliwości obrony, bo często nie wiedzieli nawet, o co są oskarżani. Nowosilcow, mając nieograniczoną władzę od carewicza Konstantego, był jednocześnie oskarżycielem, sędzią i katem.
Zamknięto kilka szkół na Litwie, a ich uczniów uznano za „cywilnie umarłych” – nie wolno im było pełnić żadnych funkcji publicznych ani kontynuować nauki. Taki zakaz uczenia się był bezprecedensowy w historii i stanowił oryginalny rosyjski wymysł. Kilkudziesięciu studentów, w tym małoletnich z najlepszych rodzin litewskich, skazano na katorgę w kopalniach syberyjskich lub służbę w garnizonach azjatyckich. Ponad dwudziestu nauczycieli i uczniów uniwersytetu wysłano na wieczne wygnanie w głąb Rosji tylko za to, że byli Polakami.
Wszyscy, którzy pisali o tamtych wydarzeniach, zauważają w sprawie wileńskich studentów coś mistycznego i tajemniczego. Tomasz Zan, przywódca młodzieży, odznaczał się łagodnym, ale niezłomnym charakterem i głęboką religijnością. Braterska miłość i zgoda panująca wśród więźniów oraz widoczna kara boża dosięgająca prześladowców wywarły głębokie wrażenie na świadkach tych wydarzeń. Autor zapewnia, że opisał wszystko wiernie, bez przesady, bo rzeczywistość była wystarczająco straszna i nie wymagała upiększeń.
Prolog
Akcja rozgrywa się w Wilnie, w klasztorze księży Bazylianów przy ulicy Ostrobramskiej, który przerobiono na więzienie stanu. W celi śpi więzień oparty o okno. Nad nim czuwa Anioł Stróż, który opowiada o swoich staraniach, aby chronić duszę tego człowieka. Anioł wspomina, że przychodził do niego nocami na prośbę jego matki i za pozwoleniem Boga, aby strzec go od złych myśli i pokus.
Anioł porównuje swoją pracę do szukania ziarenek kadzidła w mrowisku – tak trudno było znaleźć dobre myśli w duszy więźnia. Kiedy udawało mu się odnaleźć jakąś dobrą myśl, zabierał duszę więźnia do nieba i śpiewał jej pieśni, które ludzie rzadko słyszą nawet we śnie. Jednak więzień przyjmował te niebiańskie dźwięki jak pijackie piosenki i nie rozumiał ich wartości. Anioł przyznaje, że czasem przybierał straszną postać, aby przestraszyć więźnia i skłonić go do poprawy, ale ten reagował dumą i buntem zamiast skruchą.
Więzień budzi się o świcie i rozmyśla o tajemnicy nocy i snów. Zastanawia się, dlaczego ludzie nie badają świata snów, który jest tak ważny dla duszy. Sprzeciwia się poglądom mędrców twierdzących, że sen to tylko wspomnienie lub gra wyobraźni. Jako poeta uważa, że zna lepiej przestrzenie wyobraźni i wie, że marzenie senne leży poza jej granicami – jest czymś więcej niż zwykłym wspomnieniem.
W nocy pojawiają się duchy – zarówno dobre, jak i złe – które toczą bitwę o duszę więźnia. Duchy z lewej strony śpiewają o nocnych uciechach i próbują zwieść więźnia, podczas gdy Anioł i dobre duchy go bronią. Anioł wyjaśnia, że to sam Bóg pozwolił, by więzień trafił w ręce wrogów, bo samotność więzienia ma go nauczyć mądrości jak proroka na pustyni. Zapowiada też, że modlitwy za więźnia zostały wysłuchane i wkrótce tyrani będą musieli go wypuścić.
Więzień budzi się z przeczuciem, że będzie wolny, ale ta myśl go nie cieszy. Rozumie, że wolność z łaski Moskali oznacza wygnanie – zdjęcie kajdan z rąk i nóg, ale założenie ich na duszę. Będzie musiał błąkać się wśród obcych ludzi, gdzie nikt nie zrozumie jego pieśni oprócz pustego dźwięku. Uważa, że jego talent poetycki, jedyna broń, której mu nie odebrano, został złamany i zniszczony.
W symbolicznym geście więzień pisze węglem na ścianie dwa napisy. Pierwszy głosi, że Gustaw umarł 1 listopada 1823 roku. Drugi oznajmia, że tego samego dnia narodził się Konrad. To oznacza przemianę bohatera – romantyczny kochanek Gustaw z IV części „Dziadów” umiera, a rodzi się Konrad, poeta-bojownik o sprawę narodową. Scena kończy się słowami ducha o potędze ludzkiej myśli, która może zwalać i podźwigać trony – nawet samotny więzień może swoją myślą i wiarą zmieniać losy świata.
Akt I, Scena I
Akcja rozgrywa się w noc wigilijną w korytarzu więzienia. Kilku młodych więźniów wymyka się potajemnie ze swoich cel, żeby spędzić razem świąteczny wieczór. Straż pije wódkę, a kapral, który jest Polakiem i byłym legionistą, przymyka oko na to spotkanie. Więźniowie decydują się pójść do celi Konrada, bo jest najdalsza od wejścia i przylega do muru kościoła, więc nikt nie usłyszy ich rozmów i śpiewów.
Wśród zebranych jest Żegota, świeżo aresztowany szlachcic i gospodarz, który jeszcze nie rozumie, w jakiej sytuacji się znalazł. Żegota opowiada, że prowadził wzorowe gospodarstwo z merynasami i wołami, ale pewnej nocy porwano go z domu. Wspomina, że od dawna widział kibitki pędzące przez okolicę i słyszał złowieszcze dzwonki żandarmów, które przerażały całe rodziny przy wieczornych posiłkach. Naiwnie wierzy, że to śledztwo jest tylko sposobem na wyciągnięcie pieniędzy od więźniów i że wszyscy wrócą do domów.
Tomasz, przywódca grupy i najdłużej przebywający w więzieniu, wyjaśnia Żegocie prawdziwą sytuację. Nowosilcow przyjechał z Warszawy, bo stracił łaskę u cara i roztrwonił wcześniejsze łupy, więc teraz musi znaleźć nowe ofiary, żeby się rehabilitować. Senator potrzebuje wykazać się wykryciem wielkiego spisku, dlatego zamierza ukarać jak najwięcej osób. Obrona jest bezcelowa, bo śledztwo toczy się tajnie, oskarżeni nie znają zarzutów, a ten sam człowiek jest oskarżycielem, sędzią i katem.
Tomasz przedstawia jedyny możliwy plan ratunku – kilku więźniów musi wziąć na siebie winę za wszystkich. Powinni to być ludzie starsi, nieżonaci, sieroty, których śmierć zakrwawi najmniej serc, a uratuje młodszych i bardziej potrzebnych. Sam Tomasz jako przywódca deklaruje gotowość do poświęcenia się pierwszy. Żegota jest wstrząśnięty, bo dopiero teraz uświadamia sobie, że może już nigdy nie wrócić do domu.
Frejend próbuje rozładować ponurą atmosferę czarnym humorem i opowiada o warunkach w więzieniu. Tomasz przez tydzień nic nie jadł, potem był bliski śmierci od zatrutego jedzenia, chorował tygodniami bez opieki lekarza, ale w końcu przyzwyczaił się do wszystkiego. Frejend żartuje, że Tomasz tak przywykł do więziennego powietrza, że na wolności będzie się upijał samym świeżym powietrzem. Sam Frejend uważa, że jego życie ma wartość tylko jako ofiara – w pokoju jest nikim, ale jako męczennik może przynajmniej rozbudzić gniew Litwinów przeciw caratowi.
Jan Sobolewski przynosi wstrząsającą wiadomość – tego dnia widział wywózkę dwudziestu kibitek ze studentami ze Żmudzi na Syberię. Opowiada szczegółowo, jak wyglądała ta scena: lud wybiegł z kościoła w środku mszy, wojsko stało w dwóch rzędach z bronią i bębnami, a policmejster dumnie prowadził ten „tryumf cara nad dziatwą”. Więźniowie wychodzili z ratusza w kajdanach, z ogolonymi głowami, wynędzniali jak rekruci.
Szczególnie wstrząsający jest widok najmłodszego chłopca, dziesięcioletniego dziecka, które skarży się, że nie może udźwignąć łańcucha i pokazuje zakrwawioną nogę. Policmejster sprawdza łańcuch i stwierdza, że waży przepisowe dziesięć funtów, więc wszystko jest w porządku. Jan rozpoznaje też Janczewskiego, który rok temu był wesołym, ładnym chłopcem, a teraz wygląda jak dumny cesarz na skale – schudł i sczerniał, ale dziwnie wyszlachętniał.
Janczewski zauważa Jana w tłumie i myśląc, że ten jest już wolny, żegna go i życzy mu szczęścia. Kiedy lud zaczyna płakać na widok łańcuchów, Janczewski potrząsa nogą, żeby pokazać, że kajdany mu nie ciążą. Gdy kibitka rusza, wstaje, zdejmuje kapelusz i trzykrotnie krzyczy „Jeszcze Polska nie zginęła”. Ten obraz – wzniesiona ręka, czarny kapelusz jak chorągiew pogrzebowa i ogolona głowa sterczącą ponad tłumem – zostaje w pamięci Jana na zawsze jako kompas moralny.
Najbardziej wstrząsający jest widok Wasilewskiego, którego tak skatowano kijami podczas śledztwa, że nie może już chodzić. Stacza się ze schodów i pada jak długi, a żołnierz musi go nieść na rękach do kibitki, przy czym sam płacze. Wasilewski nie zemdlał – jego ciało zesztywniało jak deska, ręce sterczą jak u Chrystusa zdjętego z krzyża, a oczy są straszne, zbielałe i szeroko otwarte. Na ten widok z tłumu wyrywa się jedno głębokie westchnienie, jakby jęknęły wszystkie groby spod kościoła, ale bębny i komendy zagłuszają ten odgłos.
Ostatnia kibitka wiezie niewidomego więźnia, który wyciąga spod słomy siną, trupią rękę, żeby pożegnać się z ludem. Akurat w tej chwili Jan słyszy dzwonek z kościoła, gdzie trwa podniesienie, i widzi kapłana unoszącego ciało i krew Pańską. Modli się, żeby Bóg przyjął tę dziecięcą ofiarę spod sądów cara, tak jak przyjął niewinną krew przelaną z wyroku Piłata.
Po tej opowieści zapada długie milczenie. Józef zauważa, że nawet w najokrutniejszych wojnach niszczono drzewa i zasiewy, ale car jest mądrzejszy w swojej srogości – zabiera i niszczy same ziarna, czyli młodzież, przyszłość narodu. Żegota próbuje dodać otuchy i opowiada bajkę Antoniego Goreckiego o tym, jak diabeł chciał ukryć przed człowiekiem zboże Boże, zakopując je w ziemi, ale wiosną wyrosły z niego jeszcze bujniejsze kłosy.
Ksiądz Lwowicz proponuje modlitwę za męczenników, ale Jankowski wybucha buntem przeciw wierze – jak ma wierzyć w sprawiedliwość Bożą, skoro Wasilewski jest zabity, oni siedzą w więzieniu, a carowie żyją i mają się dobrze? Inny więzień śpiewa bluźnierczą piosenkę, w której imiona Jezusa i Maryi przeplatają się z przekleństwami pod adresem cara i Nowosilcowa.
Konrad gwałtownie przerywa bluźnierstwo i zakazuje mieszania świętych imion z kielichami.
Przyznaje, że sam dawno stracił wiarę, ale nie pozwoli bluźnić imieniu Maryi. To wywołuje opowieść kaprala o zdarzeniu z czasów legionów w Hiszpanii, kiedy bronił imienia Matki Boskiej przed bluźniącymi Francuzami. W nocy hiszpański gospodarz poderżnął gardła wszystkim Francuzom, ale kaprala oszczędził, zostawiając w czapce kartkę z łacińskim napisem: „Niech żyje Polak, jedyny obrońca Maryi”.
Więźniowie proszą Feliksa Kołakowskiego, żeby rozweselił towarzystwo. Feliks śpiewa przewrotną piosenkę o tym, jak będzie służył carowi nawet na zesłaniu – w kopalniach będzie kuł żelazo na topór dla cara, na zesłaniu spłodzi syna, który może zostanie nowym Palejem (przywódcą powstania), a w kolonii będzie siał len i konopie, z których ktoś zrobi sznur na szarfę dla cara. To oczywiście zakamuflowane życzenia śmierci dla tyrana.
W tym czasie Konrad siedzi cicho i zamyślony, nie słysząc niczego wokół siebie. Więźniowie znają te stany i wiedzą, że północ jest jego godziną – zaraz zacznie improwizować. Józef opisuje poetycko wygląd Konrada: jego oczy błyszczą, ale dusza ich opuściła i błądzi gdzieś daleko, może czytając przyszłość z gwiazd. Oczy poety są jak ogniska zostawione przez wojsko, które ruszyło na nocną wyprawę.
Konrad zaczyna śpiewać przerażającą pieśń o zemście. Porównuje swoją pieśń do upiora, który powstaje z grobu głodny krwi i będzie zarażać innych tą żądzą zemsty. Zapowiada, że zemści się na wrogu nawet wbrew Bogu, że wypiją krew wroga, porąbią jego ciało i przybiją je gwoździami, żeby nie wstał jako upiór. Co więcej, pójdą z duszą wroga do piekła i będą ją dręczyć, dopóki nie wyduszą z niej nieśmiertelności.
Ksiądz Lwowicz i kapral przerażeni nazywają tę pieśń pogańską i szatańską. Ale Konrad nie słyszy ich i kontynuuje – teraz wznosi się w wizji na szczyt skały, ponad plemię ludzkie, między proroków. Widzi przyszłość jak księgę sybilińską, patrzy na świat oczami orła, które są jak błyskawice. Ale nagle dostrzega olbrzymiego kruka o skrzydłach czarnych jak burzliwa chmura, który zasłania mu całe niebo.
Konrad próbuje zmierzyć się z krukiem, nazywając siebie orłem i gromowładnym, ale kruk patrzy na niego i mąci jego myśli jak dym. Konrad blednie, więźniowie go podtrzymują, ale on chce dokończyć pieśń i zmierzyć się z tajemniczą wizją. W tym momencie rozlega się dzwonek – to runt, czyli obchód straży. Wszyscy muszą uciekać do swoich cel, zostawiając osłabłego Konrada samego.
Akt I, Scena II - Wielka Improwizacja
Konrad zostaje sam w celi po ucieczce współwięźniów. Po długim milczeniu zaczyna improwizować – wygłasza poetycki monolog, który jest jednym z najważniejszych tekstów polskiego romantyzmu. Zaczyna od rozważań o samotności artysty i niemożności porozumienia się z ludźmi. Twierdzi, że język kłamie głosowi, głos kłamie myślom, a myśl łamie się, zanim zamieni się w słowa. Ludzie widzą tylko zewnętrzne przejawy jego uczuć, tak jak widzą tylko krew na twarzy, nie znając tego, co płynie w głębokich żyłach. Jego pieśń jest jak gwiazda za granicą świata – ludzki wzrok nie może jej dosięgnąć.
Konrad zwraca się do Boga i natury, prosząc o posłuchanie, bo jego muzyka jest ich godna. Ogłasza się mistrzem, który wyciąga dłonie ku gwiazdom i gra na nich jak na szklanych kręgach harmoniki. Kręci gwiazdami swoim duchem, wydobywa miliony tonów, dzieli i łączy je w tęcze, akordy i strofy. Jego pieśń jest wielka, jest aktem tworzenia, jest siłą i nieśmiertelnością. W ekstazie twórczej pyta Boga, co większego On mógłby zrobić, skoro Konrad też tworzy nieśmiertelność.
Poeta depcze wszystkich wcześniejszych poetów, mędrców i proroków, twierdząc, że nawet gdyby zebrali wszystkie pochwały i oklaski ze wszystkich wieków, nie czuliby takiego szczęścia i mocy, jakie on czuje teraz, śpiewając sam dla siebie w samotnej nocy. Ogłasza, że jest czuły, silny i rozumny, że dziś jest jego zenit i dziś pozna, czy jest najwyższy, czy tylko dumny. Porównuje się do Samsona, który jako więzień i ślepiec dumał przy kolumnie, zanim ją zwalił.
Konrad zrzuca ciało i jako duch wzbija się ponad planety i gwiazdy, aż tam, gdzie graniczą Stwórca i natura. Rozkłada skrzydła – lewym uderza o przeszłość, prawym o przyszłość – i po promieniach uczucia dociera do Boga. Mówi, że jego ciało zostało na ziemi, a wraz z nim serce, które kochało. Ale ta miłość nie spoczęła na jednym człowieku jak owad na kwiecie róży, nie na jednej rodzinie ani jednym wieku. Konrad kocha cały naród – objął w ramiona wszystkie przeszłe i przyszłe pokolenia, przycisnął je do łona jak przyjaciel, kochanek, małżonek i ojciec.
Poeta chce dźwignąć i uszczęśliwić swój naród, chce nim zadziwić cały świat, ale nie zna sposobu i przyszedł do Boga go szukać. Przyszedł uzbrojony w moc myśli, która wydarta niebu gromy, śledziła bieg planet i otworzyła głębiny morza. Ale ma coś więcej – uczucie, które chowa się w nim jak wulkan i tylko czasem dymi przez słowa. Tej mocy nie wziął z drzewa poznania dobra i zła, nie z ksiąg ani czarów. Urodził się twórcą i jego siły pochodzą z tego samego źródła co siły Boga.
Konrad opisuje swoją moc – kiedy spojrzy na wędrujące ptaki, może je zatrzymać wzrokiem jak w sidle, i dopóki na nie patrzy, wiatr ich nie zgoni. Kiedy spojrzy w kometę z całą mocą duszy, ta nie ruszy się z miejsca. Ale ludzie, choć marni, są nieśmiertelni i nie służą mu, nie znają ani jego, ani Boga. Dlatego Konrad przyszedł do nieba szukać sposobu na rządzenie ludzkimi duszami. Chce władać nimi tak, jak włada przyrodą – nie bronią, nie pieśniami, nie nauką, nie cudami, ale samym uczuciem, tajemnie i zawsze, tak jak podobno rządzi Bóg.
Poeta żąda, żeby ludzie byli dla niego jak myśli i słowa, z których buduje pieśni. Gdyby dostał taką władzę nad duszami, stworzyłby swój naród jak żywą pieśń i zrobił większe dziwo niż Bóg – zanuciłby pieśń szczęśliwą. Gardzi martwą budową świata i czuje, że gdyby ścisnął i natężył swoją wolę, mógłby zgasić sto gwiazd i wzniecić drugie sto. Ogłasza się najwyższym z czujących na ziemi i żąda od Boga władzy albo wskazania do niej drogi.
Bóg milczy. Konrad z ironią stwierdza, że teraz Go zbadał i zrozumiał – kłamcą jest ten, kto nazywa Boga miłością, bo Bóg jest tylko mądrością. Ludzie poznają drogi Boże myślą, nie sercem. Tylko ci, którzy wgryzli się w księgi, w metal, w liczby i w trupy, zdołali przywłaszczyć sobie część Boskiej potęgi. Myślom Bóg oddał użycie świata, a serca zostawił na wiecznej pokucie. Konradowi dał najkrótsze życie i najmocniejsze uczucie. W tle tej duchowej walki rozlegają się głosy duchów. Duchy z lewej strony (złe) chcą wsiąść na duszę Konrada jak na konia i gnać ją w przepaść. Duchy z prawej strony (dobre) próbują go bronić i osłonić skrzydłami. Konrad nie słyszy ich walki i kontynuuje swoją tyradę.
Poeta rozważa, czym jest jego uczucie i życie – tylko iskrą i chwilką. Ale gromy też przed wybuchem są tylko iskrą, a cały ciąg wieków jest jedną chwilką. Z iskry wychodzi cały człowiek, a chwila śmierci rozprasza dorobek myśli. Nawet Bóg, zanim stworzył światy, był tylko iskrą, a wieczność świata, gdy Bóg go pochłonie, będzie jedną chwilą. Skoro chwila i iskra mogą się przedłużyć i rozpalić, mogą stworzyć i zwalić wszystko.
Konrad po raz kolejny wyzywa Boga, tym razem „po przyjacielsku”, otwierając przed Nim duszę. Przypomina, że Bóg walczył osobiście z Szatanem, więc nie powinien gardzić pojedynkiem z człowiekiem. Konrad nie jest sam – na ziemi jest sercem zbratany z wielkim ludem, ma za sobą wojska, moce i trony. Jeśli zostanie bluźniercą, wyda Bogu krwawszą bitwę niż Szatan, bo Szatan walczył na rozumy, a Konrad wyzywa na serca. On cierpiał i kochał, wyrósł w mękach i miłości. Kiedy Bóg wydarł mu osobiste szczęście (utratę Maryli), skrwawił pięści na własnej piersi, ale nie wzniósł ich przeciw Niebu.
Teraz jednak Konrad wcielił się duszą w ojczyznę, połknął ciałem jej duszę i stał się z nią jednością. Nazywa siebie Milionem, bo za miliony kocha i cierpi katusze. Patrzy na biedną ojczyznę jak syn na ojca wplecionego w koło tortur. Czuje cierpienie całego narodu jak matka czuje w łonie ból swojego płodu. Konrad cierpi i szaleje, a Bóg mądrze i wesoło rządzi i sądzi, i podobno nie błądzi.
Poeta stawia serię pytań-warunków: jeśli to prawda, że Bóg kochał świat, rodząc go, jeśli ma miłość ojcowską do stworzenia, jeśli czułe serce było wśród zwierząt w arce Noego, jeśli czułość nie jest bezrządem pod Boskim panowaniem, jeśli Bóg nie patrzy na milion ludzi krzyczących „ratunku” jak na zawiłe równanie rachunkowe, jeśli miłość jest do czegoś potrzebna i nie jest tylko Boską omyłką liczebną... Konrad nie kończy tego zdania, bo Bóg wciąż milczy.
Walka duchów się nasila. Duchy z lewej strony chcą zamienić rumaka w hydrę i wydrzeć Konradowi oczy, wzniecają ogień i grzmot. Duchy z prawej porównują Konrada do spadającej gwiazdy i komety błędu pędzącej bez końca w otchłań. Konrad ostatni raz zaklina Boga o władzę – choćby jej cząstkę, część tego, co na ziemi osiągnęła ludzka pycha. Z tą jedną cząstką ileż szczęścia by stworzył! Bóg milczy, więc Konrad grozi – skoro nie da dla serca, niech da dla rozumu, bo Konrad jest pierwszy z ludzi i aniołów, zna Boga lepiej niż archaniołowie i wart jest, żeby Bóg dzielił się z nim władzą na poły.
Skoro Bóg milczy i ufa tylko w swoje silne ramię, niech wie, że uczucie spali to, czego myśl nie złamie. Konrad zbiera swoje uczucie, ściska je i wbija w żelazne okucie woli jak nabój w działo burzące. Grozi, że wystrzeli przeciw naturze Boga – jeśli jej nie zburzy w gruzy, to wstrząśnie całym obszarem Jego państw. Wystrzeli głos, który pójdzie z pokoleń w pokolenia i ogłosi światu, że Bóg nie jest ojcem świata, ale... W tym momencie, zanim Konrad dokończy bluźnierstwo, głos diabła podpowiada mu słowo „carem”. Konrad staje na chwilę, słania się i pada zemdlony.
Duchy z lewej strony rzucają się, żeby go dobić, dopóki jest nieprzytomny. Ale duchy z prawej odpędzają je, bo ktoś modli się za Konrada. Jeden z diabłów wścieka się na drugiego, że nie pomógł Konradowi wypowiedzieć ostatniego słowa – jeszcze jeden stopień w dumę i ta czaszka byłaby już trupia. Być tak blisko tej czaszki i nie móc jej deptać, widzieć krew w ustach i nie móc jej chłeptać! Diabły kłócą się między sobą i biją rogami. Słychać stukanie i klucz w drzwiach – nadchodzi ksiądz, więc diabły chowają rogi i przyczajają się.
Akt I, Scena III - Egzorcyzmy
Do celi Konrada wchodzą kapral, braciszek bernardyn Piotr i jeden z więźniów. Ksiądz Piotr pozdrawia dom słowami „Pokój temu domowi, pokój grzesznikowi”. Więzień jest przerażony stanem Konrada – poeta miota się, dąsa, kąsa własne usta. Więzień próbuje tłumaczyć, że to zwykłe szaleństwo, które czasem napada na Konrada po długim śpiewaniu, i że jutro będzie zdrów jak ryba. Chce położyć chorego do łóżka i dać mu poduszkę.
Kapral jednak wie więcej i prosi więźnia, żeby zostawił ich samych z księdzem Piotrem. Wyjaśnia, że po odejściu runty słyszał w celi hałas, a to, co zobaczył przez dziurkę od klucza, napełniło go niepokojem. Pobiegł po swojego kmotra, braciszka Piotra, bo wiedział, że tu dzieje się coś niedobrego. Kapral ostrzega więźnia przed dumą rozumu – patrz, mądra głowa taczała się w prochu, a z wymownych ust leci biała piana. Coś było w oczach i nad czołem tego człowieka, co nie wróży niczego dobrego.
Kapral opowiada o swoich doświadczeniach z legionów, gdzie widział więcej dusz wychodzących z ciała niż więzień przeczytał książek. Widział księży zarzynanych na Pradze, ludzi wyrzucanych z wież w Hiszpanii, matki z rozrywanymi łonami, dzieci na kozackich pikach, Francuzów na śniegu i Turków na palu. Wie, jak wygląda twarz męczennika, a jak twarz złodzieja czy Moskala. Widział rozstrzeliwanych, którzy śmiało patrzyli w lufy, ale po śmierci strach, wcześniej więziony wstydem i pychą, wychodził z trupa jak owad. Twarz umarłego jest jak patent wojskowy do przyszłego świata – od razu widać, w jakiej randze zostanie przyjęty: jako święty czy przeklęty. Dlatego kapral zostawia Konrada pod opieką księdza Piotra.
Konrad zaczyna mówić przez sen o przepaści, w której spędził tysiąc lat, i że wytrzyma jeszcze dziesięć tysięcy tysięcy. Ksiądz Piotr mówi mu łagodnie, że jest na sercu, które go kocha, i prosi kaprala, żeby wyszedł i pilnował, by nikt nie przeszkadzał. Nagle Konrad zrywa się i krzyczy, że ma silne oko i widzi daleko w ciemność. Widzi Rollisona, młodego więźnia w innym klasztorze, zbitego i zbryzganego krwią, który w rozpaczy szuka noża i próbuje rozbić głowę o ściany. Konrad chce mu pokazać okiem drogę do śmierci – mówi, żeby wybił okno, skoczył i złamał sobie kark, bo otchłań jest lepsza niż ziemski padół, bo tam nie ma braci, matek, narodów ani tyranów.
Ksiądz Piotr rozpoznaje w tych słowach głos ducha nieczystego i zaczyna egzorcyzmy. Zwraca się do diabła, nazywając go najchytrzejszym z szatanów, który wlazł w opuszczony dom jak brzydki gad. Duch próbuje uciec, ale ksiądz nie pozwala mu wyjść, dopóki Bóg nie pozwoli. Ogłasza, że Lew z pokolenia Judy tu panuje i zwycięża – diabeł zastawił sieć na lwa, ale sam się w nią złapał. Ksiądz chce zadać diabłu najsroższy cios: każe kłamcy mówić prawdę.
Duch zaczyna mówić różnymi językami – po francusku, niemiecku, angielsku, włosku – chwaląc się, że w wielkim świecie zapomniał łaciny. Drwi z księdza, że skoro jest święty, powinien mieć dar języków. Przyznaje, że gra w parze z Konradem – ten jest uczony, a diabeł jest diabłem z zawodu, był nauczycielem Konrada i jest z tego dumny. Pyta ironicznie, czy ksiądz wie więcej od nich obu.
Ksiądz kontynuuje egzorcyzmy w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Diabeł próbuje go zdekoncentrować – pyta, co mówią o księdzu w mieście, co będzie z Polską za dwieście lat, dlaczego przeor mu nie sprzyja, co znaczy bestia w Apokalipsie. Przedstawia się różnymi imionami: Lukrecja, Lewiatan, Voltaire, Alter Fritz, „Legio sum” (jestem legion). Twierdzi, że widział więźnia w Rzymie, ale ksiądz wie, że kłamie.
Diabeł zmienia taktykę i zaczyna się usprawiedliwiać. Mówi, że jest tylko prostym diabłem, nie królem diabłów, i przyszedł tu z rozkazu Szatana. Porównuje się do urzędnika carskiego – Kreishauptmanna, gubernatora, landrata – który wykonuje rozkazy i bierze dusze w areszt, bo tyran pisze ukaz „niech tak będzie”. Twierdzi, że sam cierpi, gdy pazurami odziera grzesznika, i łzy sobie ociera ogonem. Próbuje też straszyć księdza, że jutro będzie bity jak Haman.
Ksiądz nie daje się zbić z tropu i kontynuuje egzorcyzmy, żądając prawdy o nieszczęsnym więźniu, który chce zgubić duszę. Diabeł w końcu przyznaje, że chodzi o więźnia w klasztorze dominikanów, który jest chory, lata bez pamięci i jutro rano skręci sobie kark. Ksiądz pyta, jak go uratować. Diabeł początkowo odmawia odpowiedzi, ale zmuszony egzorcyzmami z trudem wykrztusza: „Wina – Chleba”. Ksiądz rozumie, że chodzi o Eucharystię – Ciało i Krew Pańską – i obiecuje spełnić ten rozkaz. Rozkazuje duchowi, żeby wyszedł tą samą drogą, którą wszedł.
Po odejściu diabła Konrad budzi się jakby z głębokiego snu. Czuje, że ktoś go dźwiga z przepaści, leci w górę jak ptak, oddycha wonią i świeci promieniami. Pyta, kto podał mu rękę – dobrzy ludzie czy aniołowie? Dziwi się, skąd wzięła się litość, skoro on gardził ludźmi i nie znał aniołów.
Ksiądz Piotr każe mu się modlić, bo strasznie dotknęła go ręka Pańska. Usta, którymi obraził wieczny Majestat, zostały skalane przez złego ducha szkarednymi słowami. Słowa głupstwa są najsroższą męką dla mądrych ust – oby były policzone za pokutę. Życzy Konradowi, żeby zapomniał o tych słowach i żeby Bóg nigdy go o nie nie pytał. Porównuje myśl Konrada do grzesznej królowej strąconej z tronu, która w żebraczej odzieży i popiele musi odstać pokutę przed kościołem, ale potem wróci na tron i zajaśnieje większym blaskiem. Konrad zasypia.
Ksiądz Piotr pada na kolana, a potem krzyżem na ziemię. Modli się do Boga, nazywając siebie starym, spracowanym sługą niegodnym niczego. Prosi, żeby Bóg uczynił tego młodego człowieka sługą swojej wiary zamiast niego, a on przyjmie wszystkie kary za winy Konrada. Wierzy, że Konrad się poprawi i wsławi imię Boże.
W pobliskim kościele, za ścianą, zaczynają śpiewać pieśń Bożego Narodzenia – to przecież noc wigilijna. Nad klęczącym księdzem Piotrem rozlega się chór aniołów śpiewający na nutę kolędy „Anioł pasterzom mówił”. Aniołowie głosami dziecinnymi śpiewają o pokoju dla tego domu i spoczynku dla grzesznika, chwaląc pokornego i cichego sługę, który wniósł pokój w dom pychy.
Archaniołowie prowadzą dialog o losie Konrada. Pierwszy mówi, że zgrzeszył bardzo przeciw Bogu. Drugi odpowiada, że płaczą nad nim i modlą się za nim aniołowie. Pierwszy żąda, żeby Bóg zdeptał tych, którzy gardzą Jego świętymi sądami. Drugi prosi o przebaczenie dla tych, którzy świętych sądów nie pojęli. Anioł przypomina, że gdy leciał z gwiazdą nadziei do Judei, mędrcy nie widzieli gwiazdy, królowie nie słyszeli hymnu – tylko prości pastuszkowie pobiegli do Betlejem i pierwsi uznali wieczną mądrość i władzę.
Pierwszy archanioł ostrzega, że Bóg nie przebaczył aniołom, gdy zobaczył w ich sercach ciekawość, dumę i chytrość – runęli z niebios jak deszcz gwiaździsty i za nimi co dzień lecą rozumy mędrców. Chór aniołów śpiewa, że Pan maluczkim objawia to, czego wielkim odmawia, i prosi o litość nad synem ziemi, który był między wielkimi. Drugi archanioł broni Konrada – on nie badał sądów Bożych z ciekawości, nie dla mądrości ludzkiej ani dla sławy. Pierwszy archanioł oskarża: Konrad nie poznał Boga, nie uczcił Go, nie kochał, nie wezwał. Ale drugi odpowiada: on szanował imię Najświętszej Rodzicielki, on kochał naród, kochał wiele, kochał wielu. To nawiązanie do sceny, gdy Konrad zakazał bluźnić imieniu Maryi.
Anioł śpiewa o krzyżu oprawionym w złoto, który zdobi korony królów i błyszczy na piersiach mędrców, ale nie może wniść do ich duszy – prosi Boga, żeby ich oświecił. Chór aniołów wyznaje, że kochają ludzi i chcą z nimi być, ale wygnani od mędrców i królów, znajdują schronienie u prostych ludzi, nad którymi śpiewają dniem i nocą.
Chór archaniołów kończy wizję proroctwem: jeśli Bóg podniesie tę głowę, wstanie z prochu i dosięgnie niebios, a potem dobrowolnie padnie i uczci podnóże krzyża. Za nią cały świat ma polec u stóp krzyża i wsławić Boga jako sprawiedliwego i litościwego Pana. Oba chóry kończą pieśnią o pokoju dla prostoty, pokornej i cichej cnoty, dla grzesznego sieroty.
Akt I, Scena IV - Dom wiejski pode Lwowem
Akcja przenosi się do domu wiejskiego pod Lwowem, do sypialni młodej panienki imieniem Ewa. Jest noc wigilijna, północ już minęła. Ewa poprawia kwiaty przed obrazem Matki Boskiej, klęka i modli się. Wchodzi Marcelina, prawdopodobnie służąca lub opiekunka, i mówi, że czas już spać.
Ewa wyjaśnia, że już pomodliła się za ojczyznę, za ojca i mamę, jak ją nauczono, ale chce jeszcze zmówić pacierz za więźniów litewskich. Choć są daleko, to przecież dzieci jednej ojczyzny, Polski, jednej matki. Tego dnia przybył do ich domu Litwin, który uciekł od Moskali, i opowiadał straszne rzeczy o prześladowaniach. Zły car kazał wszystkich wsadzić do więzienia i jak Herod chce zgładzić całe pokolenie. Te wieści bardzo zasmuciły ojca Ewy, który poszedł na spacer w pole i dotąd nie wrócił, a matka zamówiła mszę żałobną za zmarłych więźniów.
Ewa pokazuje książeczkę z pieśniami i mówi, że chce pomodlić się szczególnie za tego, kto te piosenki ogłosił – czyli za Konrada, bo on też siedzi w więzieniu. Niektóre z tych pieśni są piękne. Ewa chce uklęknąć przed Matką Najświętszą i pomodlić się za poetę, bo kto wie, czy ma rodziców, którzy by się za nim modlili. Marcelina odchodzi, a Ewa modli się i zasypia.
Nad śpiącą Ewą zjawiają się aniołowie, którzy zstępują lekko i cicho jak sny. Śpiewają, że chcą rozweselić sen „braciszka miłego”, podścielić mu skrzydło pod głowę i oświetlić twarz gwiazdami swoich oczu. Latają wiankiem nad „czystym, cichym kochankiem”, splatając liliowe rączki za liście i rozpalając czoła jak kwitnące róże. Rozpuszczają włosy w promienie i wonie, otaczając i otulając skronie swojego kochanka kwitnącym, pachnącym, żyjącym wiankiem.
Ewa ma sen, który jest opisany jako „Widzenie”. Czuje deszczyk świeży i cichy jak rosa, choć niebiosa są czyste i jasne. Krople zamieniają się w zielone i czerwone trawki, róże, lilie i wianki, które ją owijają. Sen jest wonny, lekki i słodki – Ewa pragnie, żeby trwał wiecznie. Widzi różę błyszczącą jak słońce i lilię przeczystą jak mleko, które nie rosły na ziemi, lecz nad białym obłokiem. Narcyz patrzy na nią śnieżnym okiem, a błękitne niezapominajki są jak źrenice niewiniątek.
Ewa rozpoznaje te kwiaty – to jej własne kwiatki z ogródka, które wczoraj zebrała i uwieńczyła nimi obraz Matki Boskiej nad łóżkiem. W wizji widzi, że to rzeczywiście Matka Boska w cudownym blasku, która patrzy na nią, bierze wianek w dłonie i podaje Dzieciątku Jezus. Jezus z uśmiechem rzuca kwiaty na Ewę, a one pięknieją i mnożą się w tysiące, same plotąc się w wianki. Ewa czuje się jak w niebie i pragnie, żeby ten wianek otaczał ją na zawsze, żeby zasnęła i umarła, patrząc w te róże i białe oczy narcyza.
Nagle jedna róża ożywa – wstępuje w nią dusza, lekko rusza główką, bije z niej ogień jak rumieniec zorzy. Róża uśmiecha się, rozwija liście i roztula między nimi dwoje ust z koralu. Mówi coś cicho i skromnie, jakby się skarżyła. Ewa tłumaczy róży, że nie zerwała jej dla zabawy, lecz by uwieńczyć skronie Matki Najświętszej, i poiła ją łzami po spowiedzi. Z koralowych ust róży wylatują iskierki promieniem. Róża prosi Ewę: „Weź mnie na serce”.
Aniołowie rozwiązują i rozplatają swój wianek, odlatując wesoło do nieba. Róża zostaje – odwija skrzydła, wyplata się z wianka i mówi, że będzie bawić Ewę do rana. Położy swoje skronie na jej śpiącym sercu, tak jak święty apostoł Jan, umiłowany uczeń Pański, spoczywał na łonie Chrystusa podczas Ostatniej Wieczerzy. Ta róża to symbol duszy Konrada, za którego Ewa się modliła – jej czysta modlitwa dotarła do nieba i przynosi pociechę cierpiącemu poecie.
Akt I, Scena V - Widzenie księdza Piotra
Ksiądz Piotr modli się w swojej celi i leży krzyżem na podłodze. Zwraca się do Boga z pokorą, nazywając siebie prochem i niczym wobec Jego oblicza. Ale skoro wyspowiadał Bogu swoją nicość, teraz jako proch będzie rozmawiał z Panem. Ta pokora jest warunkiem otrzymania wizji proroczej – Konrad nie dostał odpowiedzi od Boga, bo żądał jej z pychą, ksiądz Piotr otrzymuje objawienie, bo prosi z pokorą.
Zaczyna się widzenie. Ksiądz Piotr widzi, że tyran wstał – to Herod, a cała polska młodzież została wydana w jego ręce. Widzi długie, białe drogi krzyżowe biegnące przez puszcze i śniegi, wszystkie na północ, do dalekiego kraju. Płyną jak rzeki – jedna prosto do żelaznej bramy, druga wpada pod skałę w jamy, trzecia kończy się w morzu. To drogi na Syberię, do kopalń i więzień. Po tych drogach pędzą tłumy wozów jak chmury gnane wiatrem, a w nich polskie dzieci. Ksiądz Piotr krzyczy do Boga z bólem, pytając, czy taki los czeka młodzież – wygnanie, czy Bóg pozwoli wygubić całe pokolenie.
Nagle widzi, że jedno dziecko uszło, rośnie i staje się obrońcą, wskrzesicielem narodu. Pochodzi z matki obcej, jego krew to dawni bohaterowie, a imię jego będzie "czterdzieści i cztery". Ta tajemnicza liczba nigdy nie została jednoznacznie wyjaśniona – badacze proponowali różne interpretacje, od gematrii (gdzie litery odpowiadają liczbom) po symbolikę numerologiczną. Mickiewicz prawdopodobnie celowo pozostawił tę zagadkę otwartą.
Ksiądz Piotr prosi Boga o przyspieszenie przyjścia tego zbawiciela i pocieszenie ludu, ale słyszy, że lud musi wycierpieć. Widzi teraz scenę jak z Ewangelii, ale dotyczącą Polski. Tyrani i zbójcy porywają związany Naród, cała Europa go wlecze i urąga mu. Ciągną go przed trybunał, gdzie siedzą sędziowie bez serc i bez rąk – same „gęby”, czyli puste gadanie bez działania. Krzyczą, że Gal będzie sądził – to nawiązanie do Piłata, który był namiestnikiem rzymskim, ale też do Francji (Galia), która w powstaniu listopadowym nie pomogła Polsce mimo wcześniejszych obietnic.
Gal nie znajduje w Narodzie winy i umywa ręce, jak Piłat. Ale królowie krzyczą: „Ukrzyżuj syna Maryi, wypuść Barabasze!” – żądają potępienia niewinnego, a uwolnienia zbrodniarzy. Grożą Galowi, że doniosą cesarzowi, jeśli nie wyda wyroku. Gal wydaje Naród na mękę. Niewinne skronie, zakrwawione, w szydercze cierniowej koronie, zostają podniesione przed światem. Ludy się zbiegają, a Gal (Francja) krzyczy ironicznie: „Oto naród wolny, niepodległy!” – tak jak Piłat powiedział „Oto człowiek” (Ecce homo).
Ksiądz Piotr widzi krzyż, który Naród musi nieść długo, bardzo długo. Prosi Boga o siłę dla Polski, bo inaczej upadnie i skona w drodze. Krzyż ma ramiona rozciągnięte na całą Europę, ukuty z trzech wyschłych ludów jak z trzech twardych drzew – to aluzja do trzech zaborców: Rosji, Prus i Austrii. Naród polski zostaje wciągnięty na „tron pokuty”, czyli krzyż, i woła „Pragnę” jak Chrystus. Austria (Rakus) poi go octem, Prusy (Borus) żółcią, a matka Wolność stoi zapłakana u stóp krzyża jak Maryja pod krzyżem Jezusa.
Żołdak Moskal przeskakuje z kopią i wytacza krew niewinnego narodu – jak setnik rzymski, który przebił bok Chrystusa. Ale ksiądz Piotr prorokuje, że właśnie ten najgłupszy i najsroższy z siepaczy jako jedyny się poprawi i Bóg mu przebaczy. To nawiązanie do legendy o setniku Longinusie, który nawrócił się pod krzyżem, ale też proroctwo o przyszłym nawróceniu Rosji.
Naród polski, „kochanek” księdza Piotra, spuszcza konającą głowę i woła słowami Chrystusa: „Panie, Panie, za coś mię opuścił!” – i umiera. Ale zaraz potem słychać chóry aniołów i pieśń wielkanocną zakończoną „Alleluja!” – to zmartwychwstanie. Naród ulatuje ku niebu, a od jego stóp spada biała szata, która ogarnia cały świat. To wizja odkupienia nie tylko Polski, ale całej ludzkości przez cierpienie narodu polskiego. Naród jest w niebie, ale nie zniknął z oczu – błyszczy trzema źrenicami jak trzy słońca i pokazuje ludom przebitą prawicę.
Wizja się zmienia. Ksiądz Piotr widzi tajemniczego męża, namiestnika na ziemi. Znał go jako dziecko i widzi, jak urósł duszą i ciałem. Ten mąż jest ślepy, ale prowadzi go anioł w postaci dziecka. Ma trzy oblicza i trzy czoła, nad jego głową rozpięta jest jak baldachim tajemnicza księga, a podnóżem są mu trzy stolice. Trzy końce świata drżą, gdy woła. Głosy z nieba ogłaszają go namiestnikiem wolności na ziemi, który na sławie zbuduje ogrom swojego kościoła.
Ten mąż jest podniesiony nad ludy i nad króle, stoi na trzech koronach, ale sam jest bez korony. Jego życie to „trud trudów”, a tytuł to „lud ludów”. Znowu pojawia się formuła: z matki obcej, krew jego dawne bohatery, a imię jego czterdzieści i cztery. Wizja kończy się okrzykiem „Sława!” i ksiądz Piotr zasypia.
Zstępują aniołowie, którzy wyjmują duszę z ciała śpiącego księdza jak śpiące dzieciątko z kolebki. Zdejmują z niej „sukienkę zmysłów”, ubierają w światło jak jutrzenkę i niosą do trzeciego nieba, żeby złożyć na kolanach Ojca. Ojciec ma uświęcić śpiącą duszę ojcowską pieszczotą, a przed ranną modlitwą aniołowie zwrócą ją życiu, otuloną w czyste zmysły, i złożą z powrotem w ciało jak w złotą kolebkę.
Ta scena przedstawia mesjanizm polski – ideę, że Polska cierpi za grzechy innych narodów jak Chrystus cierpiał za grzechy ludzkości, i że przez to cierpienie zostanie odkupiona nie tylko Polska, ale cała Europa. „Czterdzieści i cztery” to tajemniczy zbawiciel, którego tożsamości Mickiewicz nie ujawnia – przez wieki spekulowano, że może to być sam poeta, Napoleon, przyszły przywódca powstania lub symboliczna postać zbiorowa.
Akt I, Scena VI - Widzenie senatora
Akcja przenosi się do wspaniałej sypialni Senatora Nowosilcowa, który obraca się na łożu i wzdycha. Nad jego głową unoszą się dwa diabły, które niecierpliwie czekają, aż zaśnie. Narzekają, że się upił, ale nie chce spać, i przeklinają go, pytając, czy go coś kole. Jeden sypie mu mak na oczy, żeby wreszcie zasnął, i planują wpaść na jego duszę jak zwierz na ofiarę, wlec ją do piekła i smagać wężami.
Zjawia się jednak Belzebub, wyższy rangą diabeł, i powstrzymuje ich. Diabły pytają, kim jest i czego chce, a on odpowiada, że ma „od cara zwierzchność” – czyli jest najwyższym diabłem odpowiedzialnym za tę duszę. Zabrania im straszyć Senatora wizjami piekła, bo jeśli zobaczy srogość kar, może się przestraszyć, przypomnieć sen i poprawić, a do jego śmierci jeszcze daleko. Jeden z diabłów protestuje, wyciąga szpony i mówi, że jeśli Senator się poprawi, to on sam się ochrzci i weźmie krzyż w ręce – tak bardzo nie wierzy w nawrócenie tego człowieka.
Belzebub wyjaśnia taktykę: można wpaść na duszę Senatora, można ją nadąć pychą, a potem pchnąć w hańbę, można wlec w pogardzie i siec szyderstwami, ale o piekle ani słowa. Chodzi o to, żeby Senator nie zorientował się, jaki los go czeka, i nie próbował się nawrócić. Belzebub odlatuje, a diabły zabierają się do pracy i chwytają duszę lekko jak kotek mysz.
Zaczyna się sen Senatora, który jest groteskowym kontrastem do proroczego widzenia księdza Piotra. Senator śni o piśmie od cara – reskrypcie Jego Carskiej Mości z własnoręcznym podpisem, stu tysiącach rubli, orderze i tytule książęcym. Każe lokajowi przypiąć order i cieszy się, że wszyscy pękną z zazdrości. Widzi się w przedpokoju cesarskim, gdzie stoją wszyscy dostojnicy – nienawidzą go, ale kłaniają się i boją. Słyszy „lube szemrania” dookoła: "Senator w łasce, w łasce, w łasce" i chce umrzeć wśród tych szemrań jak wśród łaskotania swoich kochanek. Jest duszą zebrania, wszyscy na niego patrzą i zazdroszczą, a on umiera z rozkoszy.
Nagle sen się zmienia w koszmar. Cesarz wchodzi, ale nie patrzy na Senatora, marszczy brwi, spogląda ukosem. Senator próbuje coś powiedzieć, ale głos mu zamiera, czuje dreszcze i pot. Marszałek odwraca się do niego tyłem, senatorowie i dworscy urzędnicy też. Senator czuje, że umiera, gnije, i toczą go robaki w postaci szyderstwa i żarcików. Ludzie uciekają od niego, szambelan szyderczo szczeży zęby, a jego uśmiech wlatuje Senatorowi do ust jak pająk.
Senator opędza się od natrętnych much – to kalambury i epigramy latające mu koło nosa jak osy. Świerszcze wlazły mu do ucha – to szmery i przytyki. Kamerjunkrowie świszczą jak sowy, damy skrzeczą ogonami jak grzechotniki. W uśmiechach i szmerach słyszy okropny wrzask: "Senator wypadł z łaski, z łaski, z łaski!" To najgorszy koszmar dla dworak – utrata łaski władcy oznacza koniec wszystkiego. Senator spada z łóżka na ziemię.
Diabły zstępują widomie i wyjaśniają, co zrobią z jego duszą. Wydrą ją ze zmysłów jak złego psa z okucia, ale nie całkiem – nałożą kaganiec i na wpół zostawią w ciele, żeby nie tracił czucia. Drugą połowę powiodą na kraniec świata, gdzie kończy się doczesność i zaczyna wieczność, na pogranicze sumienia i piekielnej krainy. Tam przywiążą "złe psisko" i będą je chłostać biczem. Zanim trzeci kur zapieje (przed świtem), muszą wrócić zmordowanego i skalanego ducha, przykuć z powrotem do zmysłów jak do łańcucha i zamknąć w ciele jak w brudnej psiarni.
Ta scena jest ironicznym lustrzanym odbiciem poprzednich wizji. Podczas gdy dusza księdza Piotra była noszona przez aniołów do trzeciego nieba i tulona na kolanach Ojca, dusza Ewy spała otoczona kwiatami i aniołami, a dusza Konrada walczyła z diabłami – dusza Senatora jest po prostu torturowana przez diabły dla zabawy, bez żadnej szansy na zbawienie. Jego "widzenie" to nie proroctwo ani objawienie, lecz żałosny sen o łasce carskiej i koszmar o jej utracie. Nie ma w nim żadnej głębi duchowej, tylko próżność, strach przed opinią innych i obsesja na punkcie władzy.
Akt I, Scena VII - Salon warszawski
Akcja przenosi się do saloniku w Warszawie, gdzie odbywa się towarzyskie spotkanie przy herbacie. Scena jest zbudowana na kontraście dwóch grup: przy stoliku siedzą wielcy urzędnicy, literaci, damy wielkiego tonu, generałowie i sztabsoficerowie, którzy rozmawiają po francusku o błahostkach. Przy drzwiach stoją młodzi ludzie i dwóch starych Polaków, którzy rozmawiają po polsku o sprawach poważnych i bolesnych.
Zenon Niemojewski pyta Adolfa, czy na Litwie dzieje się to samo co w Królestwie. Adolf odpowiada, że u nich jest jeszcze gorzej, bo leje się krew – nie na polu bitwy, lecz pod ręką kata, nie od miecza, lecz od pałki i bata. Tymczasem przy stoliku toczy się rozmowa o niedawnym balu – czy był świetny, czy nudny, czy dobrze podawano wino i pasztety, czy można było ocenić toalety dam. Jedna z dam wzdycha, że odkąd Nowosilcow wyjechał z Warszawy, nikt nie umie gustownie urządzić zabawy – on potrafił ugrupować bal jak obraz. Gdy mężczyźni się śmieją, dama broni Senatora, mówiąc, że była to potrzebna w Warszawie osoba.
Przy drzwiach pada pytanie o Cichowskiego, który został wypuszczony z więzienia. Młoda dama podchodzi do grupy przy stoliku i prosi Adolfa, żeby opowiedział tym państwu o Cichowskim. Szambelan słyszy to i myśli sobie, że o takich rzeczach słuchać niebezpiecznie, ale wyjść w środku opowieści byłoby niegrzecznie – więc po cichu wymyka się z salonu. Hrabia dziwi się, że Cichowski żyje, bo myślał, że dawno leży w grobie. Mistrz ceremonii poucza, że są "tajniki polityczne" i "myśl gabinetowa", których nie wypada dociekać. Kamerjunkier przyznaje się, że o Litwie wie mniej niż o Chinach, bo w gazetach francuskich nic o niej nie piszą.
Adolf zaczyna opowiadać historię Cichowskiego, a wszyscy się zbliżają i słuchają. Znał go jako dziecko – Cichowski był wtedy młody, żywy, dowcipny, wesoły i sławny z urody. Był duszą towarzystwa, bawił wszystkich opowiadaniami i żartami, lubił dzieci i brał małego Adolfa na kolana. Dzieci nazywały go "wesołym panem". Adolf pamięta jego jasne, kędzierzawe włosy i wesoły, niewinny wzrok. Cichowski miał się właśnie żenić, przynosił dzieciom prezenty od narzeczonej i zapraszał na ślub.
Potem długo nie przychodził. W domu mówiono, że gdzieś zniknął, że rząd go szuka, ale nie może wytropić. W końcu powiedziano, że się zabił, utopił. Policja znalazła jego płaszcz nad Wisłą i przyniosła żonie jako dowód. Trupa nie znaleziono. Pytano, dlaczego się zabił, płakano, żałowano, a wreszcie zapomniano.
Po dwóch latach, pewnego ciemnego, deszczowego wieczoru, prowadzono więźniów z klasztoru do Belwederu. Ktoś odważny, może jeden z warszawskich młodzieńców śledzących losy więźniów, krzyknął zza muru: "Więźnie, kto jesteście?" Sto imion się odezwało, a wśród nich imię Cichowskiego. Żona dowiedziała się nazajutrz, pisała, latała, prosiła, błagała, ale niczego więcej się nie dowiedziała.
Minęły kolejne trzy lata bez śladu i wieści. Ale ktoś szerzył w Warszawie pogłoski, że Cichowski żyje, że go męczą, że nie chce się przyznać i nie złożył żadnego zeznania. Mówiono, że przez wiele nocy nie pozwalano mu spać, że karmiono go śledziami i nie dawano pić, że pojono opium, nasyłano strachy i upiory, że łaskotano w podeszwy i pod pachami. Ale wkrótce wzięto innych więźniów, zaczęto mówić o innych, żona płakała, a wszyscy zapomnieli.
Niedawno w nocy zadzwoniono do domu żony Cichowskiego. Otworzyła – za drzwiami stał oficer, żandarm z bronią i więzień. On. Kazali dać pióro i papier, podpisać, że wrócony żywy z Belwederu. Wzięli podpis, pogrozili palcem: "Jeśli wydasz..." – i odeszli, nie kończąc zdania.
Adolf pobiegł go zobaczyć, ale przyjaciel ostrzegł, żeby nie szedł, bo pod bramą czeka szpieg. Poszedł nazajutrz – w progu stały policyjne draby. Poszedł za tydzień – Cichowski sam go nie przyjął, bo był słaby. Wreszcie spotkał go za miastem w pojeździe, ale go nie poznał. Cichowski utył okropną otyłością od złej strawy i zgniłego powietrza, policzki mu nabrzmiały i zżółkły, na czole miał zmarszczki jak pięćdziesięciolatek, wszystkie włosy mu wypadły.
Adolf go powitał, ale Cichowski go nie poznał i nie chciał mówić. Dopiero gdy Adolf opowiadał szczegóły dawnej znajomości, Cichowski utopił w nim oczy i badał. W tym jednym spojrzeniu Adolf zobaczył wszystko, co Cichowski przecierpiał w dziennych męczarniach i przemyślał w bezsennych nocach. Jego źrenice były podobne do kawałków szkła z okien więziennych – szare jak pajęczyna, a patrząc z boku, świecące się jak tęcza, z rdzą krwawą, iskrami i ciemnymi plamami. Straciły przezroczystość, ale widać było, że leżały w wilgoci, w pustkach, w ziemi, w zmierzchu.
Adolf poszedł znowu za miesiąc, myśląc, że Cichowski zdoła rozpatrzyć się na świecie i przywołać pamięć. Ale tyle tysięcy dni był pod próbą śledztwa, tyle tysięcy nocy rozmawiał sam z sobą, tyle lat męczyły go tyrany i otaczały ściany mające słuch. Jego jedyną obroną było milczenie, jedynym towarzystwem cienie. Wesołe miasto nie zdołało w miesiąc zgładzić nauki tych kilkunastu lat. Słońce wydaje mu się szpiegiem, dzień donosicielem, dom strażą, gość nieprzyjacielem.
Gdy ktoś przychodzi, na trzask klamki myśli: "Idą śledzić". Odwraca się, opiera głowę na ręce, ścina usta, żeby słowa same nie wypadły, spuszcza oczy, żeby szpiedzy z nich niczego nie zgadli. Na pytania ucieka w głąb pokoju, pada w cieniu i krzyczy zawsze te same dwa słowa: "Nic nie wiem, nie powiem!" – które stały się jego przysłowiem. Długo przed nim płacze na kolanach żona i dziecko, nim pokona swój lęk i wstręt.
Adolf myślał, że Cichowski opowie swoje dzieje i dzieje wszystkich polskich bohaterów, bo teraz Polska żyje i kwitnie w cieniach ziemi, a jej dzieje są na Syberii, w twierdzach i więzieniach. Ale Cichowski na pytania odpowiedział, że o swoich cierpieniach sam już nic nie wie i nie pamięta. Jego pamięć jest jak księga herkulańska, która spróchniała pod ziemią – sam autor zmartwychwstały nie umie w niej czytać. Powiedział tylko: "Będą o to Pana Boga pytać, On to wszystko zapisał, wszystko mi opowie". Adolf ociera łzy.
Po długim milczeniu młoda dama pyta literatów, dlaczego o tym nie piszą. Hrabia odpowiada, żeby to dać staremu Niemcewiczowi do pamiętników, bo on różne szpargały gromadzi. Literaci zaczynają się wykręcać: to historia, straszna, wyśmienita, ale takich dziejów słuchają, a kto je przeczyta? I jak opiewać współczesne wypadki, skoro zamiast mitologii są naoczni świadkowie? Według świętych przepisów sztuki poeci powinni czekać – sto lat, tysiąc, parę tysięcy. Jeden z literatów dodaje, że przedmiot może i nowy, ale szkoda, że nie jest "polski i narodowy" – bo nasz naród się prostotą i gościnnością chlubi i scen okropnych nie lubi, wolimy sielanki o zalecanikach wiejskich chłopców i trzodach.
Inny literat oburza się, że chyba nikomu nie przyjdzie do głowy pisać wierszem o tym, że ktoś jadał śledzie. Poezja wymaga poloru, a polor wymaga dworu. Ach, ginie Polska, bo nie ma dworu w Warszawie! Mistrz ceremonii protestuje: "Jak to nie ma dworu? Przecież ja jestem mistrzem ceremonijału!" Hrabia szepce do niego, żeby wstawił się u Namiestnika za jego żoną na pokojówkę, a głośno narzeka na arystokrację. Drugi hrabia, świeżo kreowany z mieszczan, broni arystokracji jako podpory swobód i każe brać przykład z Wielkiej Brytanii. Wybucha polityczna kłótnia.
Młodzież wychodzi z salonu oburzona. Jeden mówi: "A łotry! – o, to kija!" Drugi: "O, to stryczka!" Trzeci pyta, co tu robić, skoro tacy ludzie stoją na czele narodu. Wtedy Wysocki (historyczny przywódca spisku podchorążych, który za kilka lat wywoła powstanie listopadowe) odpowiada: "Powiedz raczej: na wierzchu. Nasz naród jak lawa, z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa, lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi. Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi". Młodzież odchodzi.
Ta scena jest jedną z najostrzejszych satyr Mickiewicza na obojętność i próżność polskich elit, które zajmują się balami i karierami dworskimi, podczas gdy naród cierpi męczeństwo. Literaci okazują się tchórzami i snobami, którzy wolą pisać sielanki niż świadczyć o tragedii narodu. Porównanie narodu do lawy jest prorocze – zimna skorupa elit skrywa żar, który wybuchnie w powstaniu listopadowym.
Akt I, Scena VIII - Pan senator
Akcja rozgrywa się w Wilnie, w sali przedpokojowej rezydencji Senatora Nowosilcowa. Z prawej strony widać drzwi do sali komisji śledczej, gdzie prowadzą więźniów i piętrzą się stosy papierów. W głębi słychać muzykę z prywatnych pokojów Senatora. Jest pora poobiednia – Senator pije kawę w otoczeniu swoich współpracowników: szambelana Bajkowa, Pelikana i Doktora. Przy stoliku niektórzy grają w wiska, pod drzwiami stoją nieruchomi lokaje i warta.
Senator narzeka po francusku na nudę i na litewskie damy, które przy obiedzie zamiast rozmawiać o strojach i kasynie, męczą go prośbami o więźniów – że ten stary, ten młody, ten nie zniesie kozy, ten prosi o spowiednika, ten chce widzieć żonę. Marzy o powrocie do ukochanej Warszawy, bo Wielki Książę Konstanty już go wzywa i nudzi się bez niego. Doktor próbuje przedstawić raport o śledztwie, mówiąc, że sprawa jest dopiero w fazie diagnozy, że odkryto tylko wierszyki, a istota spisku pozostaje tajemna. Senator obraża się na słowo "tajemna" – jak to, on sam śledził i ma być coś tajemnego? Pokazuje stosy papierów z dobrowolnymi wyznaniami, skargami i świadectwami, twierdząc, że cały spisek jest spisany jasno jak ukaz senacki.
Wchodzi lokaj z wiadomością, że czeka człowiek kupca Kanissyna z przypomnieniem o jakimś rejestrze, czyli rachunku. Senator każe go odprawić, ale zaraz wpada na pomysł – trzeba wziąć syna tego kupca pod śledztwo. Sekretarz mówi, że to mały chłopiec, który wyjechał z Wilna jako dziecko i służy u kadetów w Moskwie. Senator natychmiast widzi w tym emisariusza klubów, który burzy wojsko i ma korespondentów w Wilnie. Każe w dwadzieścia cztery godziny wysłać kibitkę i zabrać papiery, dodając cynicznie, że ojciec nie ma się czego bać, jeśli syn dobrowolnie przyzna się do winy.
Pelikan pyta, co robić z Rollisonem, którego tak pobito na śledztwie, że zachorował. Senator pyta, ile kijów dano – Pelikan nie wie, bo nie liczono, ale Bajkow żartuje, że pan Botwinko, który prowadził śledztwo, na pewno wyliczył co najmniej trzysta. Senator jest szczerze zdumiony, że chłopak przeżył trzysta kijów – żartuje, że Polacy odbiorą Rosjanom handel skórami, bo taki uczciwy żołnierz umarłby od tego dziesięć razy. Nazywa Rollisona "drewnianym chłopcem" i "rebeliantem", opowiadając o tym towarzyszom przy kartach jak o ciekawostce.
Pelikan dodaje, że Rollison prawie nic nie wyznał, tylko zaciął zęby i krzyczy, że nie chce skarżyć niewinnych przyjaciół. Doktor wykorzystuje okazję, żeby powiedzieć, że młodzież zarażają szałem, ucząc ich głupstw jak starożytne dzieje – któż nie widzi, że młodzież od tego szaleje. Senator żartuje, że Doktor nie lubi historii, bo boi się stać się "historyczny", czyli trafić do kronik jako zbrodniarz. Doktor tłumaczy, że można uczyć dziejów – o królach i wielkich ministrach – ale po co zawsze prawić o republikanach, Ateńczykach, Spartanach i Rzymianach.
Lokaj donosi, że pod drzwiami czekają jakieś kobiety – jedna ślepa, druga ją przywozi. To pani Rollison, matka pobitego więźnia, która codziennie tu przychodzi. Senator każe ją odprawić, ale lokaj mówi, że już próbowali – siada pod progiem i nie chce odejść, a gdy chcieli ją aresztować, lud się zbiegł i pobił żołnierza. Senator każe ją wpuścić, ale tylko do połowy schodów, a potem "sprowadzić w dół tak tęgo", żeby więcej nie nudziła swoją włóczęgą. Jednak okazuje się, że kobieta ma list od księżnej, więc Senator musi ją przyjąć.
Wchodzą dwie damy i ksiądz Piotr. Senator grzecznie pyta, która z pań jest panią Rollison. Stara, ślepa kobieta zaczyna płakać i błagać o syna. Senator przerywa jej, pytając, po co przyszło ich tyle. Druga dama, pani Kmitowa, wyjaśnia, że pani Rollison jest ślepa, stara i chora, więc ona ją przywozi. Senator natychmiast grozi pani Kmitowej, że na jej synach też jest podejrzenie – kobieta blednie, a Senator śmieje się z jej strachu.
Pani Rollison błaga o litość – jest wdową, słyszała, że jej dziecko zabili, że biją je po katowsku. Senator udaje, że nie rozumie, o czym mówi, i każe jej mówić "po ludzku". Matka opowiada, ile lat trzeba, żeby wychować dziecko, że jej Jaś już sam uczył innych, że żywił ją ze swojego szczupłego dochodu, że był jej okiem, bo ona jest ślepa, i że umrze z głodu bez niego. Senator pyta, kto jej napowiadał, że syna bito. Matka odpowiada, że ma "matki ucho" – jest ślepa, więc cała jej dusza jest teraz w słuchu. Wczoraj wiedli syna do ratusza, wypchnęli ją z progu i z bramy, więc usiadła pod murem. Mury są grube, ale przyłożyła ucho i w północy, gdy w mieście było głucho, słyszała głos syna – cichy, jakby spod ziemi, jakby ze środka ziemi. Jej słuch wszedł w głąb muru i słyszała, jak go męczono.
Senator drwi, że bredzi jak w gorączce i że tam siedzi wielu więźniów. Matka odpowiada, że niema owca pozna głos swojego jagnięcia wśród najliczniejszej trzody. Błaga Senatora, żeby raz usłyszał taki głos – już nigdy w życiu spokojnie by nie zasnął. Senator cyniczne odpowiada, że syn musi być zdrowy, skoro tak głośno wrzasnął. Matka pada na kolana i zaczyna błagać: "Jeśli masz ludzkie serce..." – ale w tym momencie otwierają się drzwi od sali balowej i wpada wystrojona panna z wiadomością, że zaraz będą grać chór z "Don Juana" i koncert Herza.
Senator bawi się słowami – "Herz" znaczy po niemiecku "serce", a tu też była mowa o sercach. Wita pannę jako piękną jak serce i żartuje, że to "moment sentymentalny", bo pada deszcz serc. Szepcze do Bajkowa, że gdyby Wielki Książę Michał usłyszał ten kalambur, Senator już dawno siedziałby w radzie państwa. Panna prosi, żeby okazał łaskę tej biednej kobiecie. Senator mówi, że diabli wiedzą, czego ta jędza chce. Matka chce widzieć syna. Senator odpowiada z naciskiem: "Cesarz nie pozwala". Wtedy ksiądz Piotr mówi jedno słowo: "Księdza!" Matka błaga przynajmniej o księdza dla syna, który może kona – niech Senator dręczy ciało, ale nie gubi duszy.
Senator pyta, kto jej powiedział, że syn prosi księdza. Matka wskazuje na księdza Piotra, który od tygodni biega i błaga, ale nie chcą go wpuścić. Senator patrzy bystro na księdza i nazywa go "poczciwym" z ironią. Potem nagle zmienia ton i zgadza się – cesarz księży nie wzbrania, owszem sam posyła, żeby młodzież powróciła do moralności. Wzdycha teatralnie, że to brak moralności gubi młodzież, i żegna się z damami. Matka chwyta za suknię panną i błaga ją o wstawiennictwo – syn mały, rok siedzi o chlebie i wodzie, w zimnym, ciemnym więzieniu bez odzieży.
Panna pyta z niedowierzaniem: "Est-il possible?" Senator udaje zdziwienie i mówi, że nie wiedział o tym – jeśli to prawda, trzeba komisarzom "uszy natrzyć". Pani Kmitowa pociesza matkę, że Senator nie wiedział o jej synu, a jak się dowie, może go oswobodzi. Matka jest uradowana i dziękuje Bogu – mówiła ludziom, że Senator nie może być tak okrutny, jak mówią, że to człowiek, którego matka mlekiem wykarmiła. Zaczyna ostrzegać Senatora, że jest otoczony łotrami, którzy wszystko przed nim tają, i obiecuje mówić całą prawdę. Senator śmieje się i obiecuje, że porozmawiają, ale dziś nie ma czasu. Mówi do księżnej przez panią, że zrobi wszystko, co może. Potem każe księdzu Piotrowi zostać, bo ma mu coś szepnąć.
Gdy wszyscy wychodzą, Senator wybucha wściekłością na lokajów – nazywa ich szelmami i łajdakami, grozi, że zedrze im skórę. Daje Pelikanowi rozkaz: gdy matka wyjdzie od księżnej, dać jej pozwolenie widzieć syna, zaprowadzić do więzienia, a potem zamknąć osobno na cztery klucze. Lokaj próbuje się tłumaczyć, że Senator sam kazał ją wpuścić, ale Senator wpada w furię: "Co? Ty śmiesz mi odpowiadać? Nauczyłeś się w Polsce odpowiadać panu!" Każe dać lokajowi sto kijów i cztery tygodnie na chleb i wodę.
Pelikan ostrzega Senatora, że mimo tajemnicy i straży wieść o biciu Rollisona roznosi się po mieście i może "oczernić przed cesarzem nasze czyste chęci", jeśli się temu śledztwu "prędko łeb nie skręci". Doktor dodaje, że Rollison od dni wielu cierpi pomieszanie zmysłów i chce sobie odebrać życie, rzuca się do okien, ale okna są zamknięte. Pelikan podchwytuje: Rollison jest chory na płuca, nie należy go morzyć w zamkniętym powietrzu, więc każe mu okna otworzyć – mieszka na trzecim piętrze, "powietrza użyje". Senator jest roztargniony, narzeka tylko, że mu wpuszczają babę na kark, gdy pije kawę. Doktor radzi, żeby po obiedzie odkładał takie sprawy, bo to szkodzi zdrowiu. Senator odpowiada spokojnie, że służba i porządek są najważniejsze – takie rzeczy są dobre na słaby żołądek, bo poruszają żółć, a żółć pomaga w trawieniu. Po obiedzie mógłby patrzeć na tortury, a przy kawie najlepsza chwila, żeby oglądać auto-da-fé.
Pelikan pyta, jak zdecydować z Rollisonem – jeżeli dziś jeszcze umrze, to co? Senator odpowiada obojętnie: "Pochować. I pozwalam, jeżeli chcesz, balsamować". Potem żartuje z Bajkowa, że potrzebuje balsamu, bo ma trupie ciało, a przecież się żeni. Bajkow chwali się, że za rok się rozwiedzie i co rok będzie brał nowe młode żony bez przymusu – wystarczy spojrzeć na byle szlachciankę i powiedzieć, że może zostać jenerałową.
Senator zwraca się do księdza Piotra, nazywając go "czarnym cherubem" i drwiąc z jego wyglądu – ma minę poety i najgłupsze spojrzenie. Próbuje go częstować rumem, ale ksiądz odmawia. Senator pyta, skąd bernardyn wie, co dzieje się w więzieniach z cudzymi dziećmi. Ksiądz przyznaje, że to on chodził z wiadomościami do matki. Senator każe to zapisać jako wyznanie i pyta, skąd wiedział. Ksiądz milczy. Senator grozi mu rosyjskim batogiem i powołuje się na teologię – wszelka władza pochodzi od Boga, więc gdy władza każe mówić, milczeć się nie godzi. Ksiądz odpowiada: "Jeśli kto władzę cierpi, nie mów, że jej słucha; Bóg czasem daje władzę w ręce złego ducha".
Senator grozi, że może go powiesić, a cesarz co najwyżej powie: "Ej, Senatorze, widzę, że się już ty bisisz" (robisz za dużo) – a ksiądz tymczasem "jak wisi, tak wisi". Pyta ostatni raz, kto mu powiedział o biciu. Ksiądz odpowiada: "Tyś powiedział". Senator oburza się na "tyś" zamiast "Jaśnie Oświecony Panie". Doktor każe Pelikanowi "nauczyć mnicha, jak mówić", a Pelikan daje księdzu policzek. Ksiądz Piotr mówi spokojnie do Doktora: "Panie, odpuść mu, on nie wie, co zrobił. Ach, bracie, tą złą radą tyś sam się już dobił. Dziś ty staniesz przed Bogiem". Bajkow daje księdzu drugiego kuksańca, a ksiądz prorokuje, że i on pójdzie śladem Doktora, bo jego dni są policzone.
Senator każe posłać po Botwinkę i zatrzymać księdza na śledztwo – sam będzie przy nim i "będą mieć uciechę", zobaczy, czy ksiądz będzie milczał tak uparcie. Doktor wykorzystuje moment i donosi, że według jego informacji wszystkie te spiski kieruje Książę Czartoryski. Senator aż chwyta się krzesła – to sensacja! Gdyby mógł wplątać Księcia, prowadziłby śledztwo przez dziesięć lat. Doktor chwali się, że ma ślady, doniesienia, skargi i przejęte listy, w których jest mowa o Księciu i profesorach, a głównym ogniskiem jest Lelewel. Senator marzy: "Ach, gdyby jaki dowód! choćby podejrzenie, ślad dowodu, cień śladu, choćby cieniów cienie!" Przypomina sobie, że ludzie mówią, iż to Czartoryski wyniósł Nowosilcowa – teraz zobaczymy, czy ten, co umiał wynieść, czy ten, co obali, będzie mógł się chwalić.
Senator obiecuje Doktorowi połowę wyższą pensję, służbę liczoną za dziesięć lat, starostwo, dobra kanonicze, może order od cesarza. Doktor podkreśla, że opłacał szpiegów z własnej szczupłej płacy, wszystko z gorliwości o dobro cesarza. Senator bierze go pod rękę i każe iść z sekretarzem zapieczętować papiery. Ale gdy Doktor wychodzi, Senator szepcze do sekretarza, żeby go aresztował razem z papierami – on sam pracował i prowadził całe śledztwo, a Doktor miałby mieć z tego zysk i chwałę?
Doktor patrzy na zegarek i widzi, że wskazówka stanęła na dwunastej, choć jest już piąta. Ksiądz Piotr mówi: "Bracie, i twój już zegar stanął i nie ruszy do drugiego południa. Bracie, myśl o duszy". Doktor nie rozumie, Pelikan drwi z "proroctwa". W tym momencie otwierają się drzwi i wpada tłum wystrojonych dam i urzędników z muzyką – wszyscy przyszli szukać Senatora, bo za długo każe czekać. Senator przeprasza i widzi, że przygotowano dla niego niespodziankę – menuet. Muzyka gra menueta z "Don Juana", Senator tańczy z narzeczoną Bajkowa, Bajkow z księżną.
Zaczyna się scena balowa, która jest śpiewanym kontrastem dwóch chórów. Z prawej strony stoją Polacy – młodzież, kilku starych ubranych po polsku, młode damy i kilku rosyjskich oficerów, którzy sympatyzują z Polakami. Z lewej strony stoją czynownicy, czyli rosyjscy urzędnicy z żonami. Prawa strona śpiewa przekleństwa pod adresem Senatora: "Patrz starego, jak się wije, jak sapie, oby skręcił szyję", "Wczora mordował, tańczy dziś", "Te szelmy z rana piją krew, a po obiedzie rom". Lewa strona zachwyca się balową świetnością i przepychem, kłócąc się między sobą o rangi i precedencję – sowietnik nie chce tańczyć z registratorem, bo ten ma zbyt niski czyn.
Senator tańcząc szepce do gubernatora, że chce poznać żonę i córkę starosty, który jest zazdrosny. Gubernator i gubernatorowa próbują nakłonić starostę, żeby przyprowadził rodzinę, ale ten odpowiada twardo: "Dla siebie tylko żonę mam", "Moja córka w parach nie bywa, jej parę znajdę sam". Gdy gubernatorowa mówi, że Senator chciał zaprosić córkę osobiście, starosta odpowiada: "Widzę, że pan Senator wzywa na raz po kilka dam" i grozi, że jeśli ktoś się o niego "zahaczy", da rękojeścią karabeli w bok.
Wśród młodzieży Justyn Pol chce wbić Senatorowi scyzoryk w brzuch lub "zamalować w pysk". Bestużew, rosyjski oficer sympatyzujący z Polakami, powstrzymuje go – zabicie jednego łotra nic nie da, bo cesarz ma "liczne psiarnie" i znajdą pretekst, żeby znieść uniwersytety i zjeść całą młodzież. Pol nie może się powstrzymać, nóż mu świerzbi w ręku, prosi choćby o pozwolenie "wyczubienia" Senatora. Bestużew wyprowadza go za próg. Pol pyta w rozpaczy, czy nikt się nie pomści. Ksiądz Piotr odpowiada z oddali: "Bóg!".
Nagle muzyka się zmienia i zaczyna grać ponurą arię Komandora z "Don Juana" – tę samą, przy której kamienny posąg przychodzi po Don Juana, żeby zabrać go do piekła. W oknach ciemnieje, zbiera się chmura, słychać z dala grzmot. Dyrektor muzyki tłumaczy, że muzycy się pomylili. Senator każe kontynuować bal, ale wtedy za drzwiami słychać straszny krzyk pani Rollison: "Puszczaj mię! Puszczaj!" Lokaje krzyczą, że ślepa kobieta nagle widzi i sadzi po schodach, nie można jej zatrzymać, obala ludzi, jest "opętana".
Pani Rollison wpada do sali z krzykiem: "Gdzie ty, znajdę cię, tego pijaka, tyrana! Mozgi na bruku rozbiję jak mój syn! Syn mój nie żyje! Wyrzucili go oknem!" Jej syn wyskoczył lub został wypchnięty z okna więzienia na trzecim piętrze – to skutek rozkazu Pelikana, który kazał otworzyć okna, żeby chłopak "powietrza użył". Matka szuka mordercy, nazywa go pijakiem starym zbryzganym krwią niewiniatek, krokodylem, i grozi, że go rozedrze na sztuki. Krzyczy do Boga z rozpaczą, że ten żyje, a jej syn zginął.
Ksiądz Piotr mówi: "Nie bluźń, kobieto; syn twój zraniony, lecz żyje". Matka pyta z niedowierzaniem, czy to prawda – gdy krzyczeli "spadł", pobiegła, ale wzięli go i ona, ślepa, nie mogła zobaczyć zwłok. Ale czuła krew na bruku i teraz czuje tę samą krew – tu jest ktoś nią zbryzgany, tu jest kat jej syna! Idzie prosto do Senatora, który umyka się. Matka pada zemdlona. W tym momencie uderza piorun. Wszyscy są przerażeni: "Słowo stało się ciałem!" Ktoś patrząc w okno mówi, że piorun uderzył w sam róg domu uniwersytetu – w okna Doktora. Z ulicy słychać śmiech: "Diabli wzięli!"
Pelikan wbiega z wiadomością, że Doktor zabity od piorunu. Opisuje "fenomen godny rozbiorów": wokół domu stało dziesięć piorunochronów, a piorun wytropił Doktora w ostatnim pokoju, nic nie zepsuł, tylko stopił srebrne ruble leżące w biurku przy głowie. Starosta komentuje: "Ruble rosyjskie, widzę, bardzo niebezpieczne". Senator próbuje kontynuować bal, każe wynieść zemdloną matkę. Ksiądz Piotr pyta, czy może iść do syna, który jeszcze oddycha. Senator odpowiada: "Idź, gdzie chcesz, do licha!" Sam do siebie mówi z przerażeniem, że ksiądz przepowiedział śmierć Doktora – to niepojęte, to diabelskie.
Sowietnikowa mówi do męża, że wystarczy, ma dość i wraca do domu. Mówiła mu, żeby nie lał do tych spraw dziecięcych – póki knutował Żydów, choćby niewinnych, milczała, ale dzieci to co innego. I patrz, co się stało z Doktorem! Słychać kolejny grzmot i wszyscy uciekają. Zostają tylko Senator, Pelikan i ksiądz Piotr. Senator przeklinając martwego Doktora, który żyjąc nudził go do mdłości, a zdechłszy rozpędza mu gości.
Senator pyta księdza, skąd przewidział piorun – może boskie kary? Przyznaje, że Doktor "troszeczkę przewinił" i "nad powinność czynił" – kto wie, może są przestrogi i trzeba trzymać się prostej drogi. Ksiądz milczy. Senator decyduje go puścić wolno, bo "on dirait bien des choses" – mógłby dużo powiedzieć. Pelikan śmieje się, że gdyby śledztwo było niebezpieczne, to ich by piorun zaszczycił pierwszeństwem.
Ksiądz Piotr opowiada dwie przypowieści. Pierwsza: pewnego razu ludzie zasnęli pod cieniem muru, a wśród nich był zbójca, najzłośliwszy ze wszystkich. Anioł Pański zbudził właśnie jego i kazał wstać, bo mur się wali. Mur zabił innych, a zbójca dziękował Bogu za ocalenie. Ale anioł powiedział: "Ty najwięcej zgrzeszyłeś! Kary nie wyminiesz, lecz ostatni najgłośniej, najhaniebniej zginiesz".
Druga przypowieść: pewien wódz rzymski pobił króla i kazał zabić wszystkich szeregowych niewolników, rotmistrzów i setników, ale króla, starostów i pułkowników zostawił przy życiu. Głupi więźniowie cieszyli się i dziękowali wodzowi. Ale prosty żołnierz rzymski powiedział im prawdę: wódz zachował ich przy życiu, bo ich przykuje do triumfalnego wozu, oprowadzi po obozie i po Rzymie, żeby lud zobaczył, jakich wielkich ludzi pobił. A potem odda ich katowi, który osadzi ich w głębokim, podziemnym i ciemnym wygnaniu, gdzie będzie płacz wieczny i zgrzytanie zębów. Król zgromił żołnierza, pytając, czy kiedyś siedział z wodzem na uczcie, żeby znać jego myśli – i dalej pił i śmiał się ze współwięźniami.
Senator jest znudzony i grozi, że jeśli jeszcze raz złapie księdza, tak mu skórę oskrobie, że nie pozna go własna matka i będzie wyglądał jak syn Rollisona. Senator odchodzi z Pelikanem. Ksiądz Piotr idzie ku drzwiom i spotyka Konrada, którego prowadzą na śledztwo dwaj żołnierze. Konrad wpatruje się w księdza i mówi, że nigdy nie widział tej twarzy, a jednak zna go jak jednego z rodzonych braci. Przypomina sobie, że widział go we śnie – zdawało mu się, że ksiądz wyrywał go z otchłani. Dziękuje za łaskę, którą zna tylko jego sumienie, i daje księdzu pierścionek – połowę ma dać ubogim, połowę na mszę za dusze czyśćcowe, bo Konrad wie, co cierpią, jeżeli czyściec jest niewolą.
Ksiądz Piotr daje Konradowi przestrogę: pojedzie w daleką, nieznajomą drogę i będzie wśród wielkich, bogatych i rozumnych ludzi. Ma szukać męża, który więcej niż oni umie – pozna go, bo powita go pierwszy w Imię Boże. Konrad próbuje zatrzymać księdza, chce zadać jeszcze jedno pytanie, ale żołnierz przerywa: "Nie wolno! Każdy w swoją drogę". Ta przestroga jest zapowiedzią spotkania Konrada z Towianistami na emigracji.
Akt I, Scena IX - Noc dziadów
Akcja rozgrywa się na cmentarzu (smętarzu) w pobliżu kaplicy, gdzie odprawia się obrzęd Dziadów. Guślarz rozmawia z Kobietą ubraną w żałobę. Guślarz mówi, że pora iść do kaplicy, bo lud już się zbiera i wkrótce zaczną się Dziady. Kobieta odmawia – chce zostać na cmentarzu, bo szuka jednego konkretnego ducha. To duch, który objawił się jej przed wielu laty, zaraz po jej weselu, i stanął wśród innych duchów krwawy i blady, łowiąc ją dzikim okiem, ale nie mówiąc ani słowa.
Guślarz wyjaśnia, że tamten duch prawdopodobnie żył, dlatego nie mógł odpowiadać. W tajemniczą noc Dziadów można bowiem wzywać nie tylko duchy zmarłych, ale również cienie żywych ludzi. Ciało takiego człowieka pozostaje tam, gdzie jest – przy biesiadzie, grze czy w boju – a dusza zwana po imieniu objawia się w lekkim cieniu, ale dopóki żyje, nie ma ust i stoi biała, głucha i niema. Kobieta pyta, co oznaczała rana w piersiach ducha. Guślarz odpowiada, że była to rana zadana w duszę. Ta kobieta to prawdopodobnie dawna ukochana Gustawa z IV części "Dziadów", która wyszła za mąż za innego, a Gustaw próbował się zabić.
Guślarz zgadza się zostać z Kobietą na cmentarzu, bo w kaplicy jest inny, stary guślarz.
Z oddali słychać śpiewy – ludzie już się zebrali i zaklęli pierwszą klątwę wianka i kądzieli, wzywając powietrzne duchy. Na niebie widać tysiące świateł jak spadające gwiazdy – to roje duchów powietrznych świecących nad kaplicą pod czarnym niebem, jak gołębie lecące nocą nad pożarem miasta, których białe skrzydła odbijają żar ogniska. Kobieta mówi z przekonaniem, że jej ukochany nie będzie wśród tych duchów.
Z kaplicy bucha blask – teraz zaklęli władzę ognia i wyprowadzają z pustyń i mogił ciała złych duchów. Guślarz każe Kobiecie schować się z nim w suchym, wygnił ym dębie, gdzie niegdyś kryły się wróżki. Cały cmentarz się rusza, mogiły się rozwierają, wybuchają niebieskie płomyki, podskakują deski i wysuwają się potępieńcy z bladymi głowami, długimi rękami i oczami jak zarzewie. Guślarz ostrzega, że upiór wzrokiem piecze z daleka, ale guślarza nie urzeknie.
Nagle Guślarz dostrzega świeżego trupa w niezgniłej jeszcze odzieży. Cuchnie siarką, ma czoło czarne jak węgiel, a zamiast oczu w jamach czaszki żarzą się dwie złote blaszki, w których siedzą diabełki wywracające koziołki. To duch Doktora zabitego piorunem. Trup biegnie, zgrzyta zębami i przelewa z ręki do ręki wrzące srebro jak z sita do sita. Woła rozpaczliwie, pytając, gdzie jest kościół, gdzie lud chwali Boga. Błaga, żeby ktoś wylał mu z ręki żar srebrny i złoty i wyłupał dukat z głowy – dla biednej sieroty, dla więźnia, dla wdowy. Grozi, że gdy "dzieci pożerca" (Senator) wyzionie duszę, wleje mu ten kruszec do serca, a potem przez oczy i uszy, i będzie nim obracać jak sitem na wieki. Ucieka z krzykiem "goreję!".
Pojawia się drugi trup – blady, tłusty, świeży, ubrany jak na wesele, z oczami dopiero w połowie wygryzionymi przez robaki. To duch Bajkowa, który umarł tej samej nocy co Doktor (tak przepowiedział ksiądz Piotr). Czart przybrał postać pięknej dziewicy i wabi trupa, mrugając okiem i wzywając śmiechem. Trup skacze za nią z grobu na grób jak szalony, machając rękami i nogami jak wiatrak. Gdy pada w jej uściska, spod jego nóg wyskakuje dziesięć czarnych psów, które rozrywają go na kawały i roznoszą mięso po polu.
Ale to nie koniec męki. Każda część trupa jest żywa i biegnie zebrać się do kupy – głowa skacze jak ropucha, buchając ogniem z nozdrzy, piersi czołgają się jak żółwia skorupa, palce oderwanej ręki wiją się jak węże. Trup składa się z powrotem i znowu goni za dziewicą, znowu pada w jej ramiona i znowu jest rozrywany przez czarty. Guślarz nie może na to patrzeć – nie ze strachu, ale z obrzydzenia. W jednym trupie tyle gadów: żółwie, padalce, ropuchy! Kobieta powtarza, że jej ukochany nie będzie wśród tych duchów.
Zbliża się koniec Dziadów – trzeci kur już pieje, w kaplicy śpiewają dzieje ojców i gromady się rozchodzą. Kobieta jest rozczarowana, że jej duch nie przyszedł. Guślarz proponuje, że jeśli ten duch jeszcze żyje w ciele, Kobieta może wymówić jego imię, a Guślarz zaklnie na czarodziejskim ziele w tajemniczym rymie, i duch opuści ciało i objawi się przed nią. Kobieta wymawia imię, Guślarz zaklina – ale duch nie przychodzi. Guślarz wyjaśnia, że jej kochanek albo zmienił wiarę ojców, albo zmienił stare imię. To nawiązanie do przemiany Gustawa w Konrada – duch nie odpowiada na stare imię, bo Gustaw "umarł" i narodził się Konrad.
Nagle widzą dziwny widok. Z zachodu, od grodu Giedymina (czyli z Wilna), śród gęstych kłębów zamieci leci kilkadziesiąt wozów, wszystkie ku północy, ile w koniach mocy. Na przedzie jednego z nich siedzi postać w czarnym stroju. Kobieta krzyczy: "On!" Ale wóz zawraca i mężczyzna tylko raz rzuca okiem – jakie straszne oko! Guślarz widzi, że ma pierś zbroconą krwią, bo w tej piersi jest wiele ran. Cierpi straszne katusze – tysiąc mieczów miał w ciele, a wszystkie przeszły aż w duszę. Tylko śmierć go może z tych ran uleczyć. Kobieta pyta, kto weń wrazał tyle mieczów. Guślarz odpowiada: narodu nieprzyjaciele.
Kobieta zauważa jeszcze jedną ranę – małą, jedną tylko, jak czarną kropelkę na czole. Guślarz mówi, że ta właśnie rana sprawia największe bole. On ją widział i zbadał – tę ranę Konrad zadał sam sobie. I śmierć z tej rany uleczyć nie może. To rana z Wielkiej Improwizacji, duchowa blizna po bluźnierstwie przeciw Bogu, którą Konrad będzie nosił na zawsze. Kobieta kończy dramat modlitwą: "Ach, ulecz go, wielki Boże!"
Ustęp - Droga do Rosji
Kibitka leci po śniegu coraz dalej w dziką krainę, pędząc jak wiatr przez pustynię. Oczy podróżnego krążą nad tym niezmierzonym oceanem bieli jak dwa sokoły porwane burzą, które nie mogą znaleźć lądu i czują, że muszą zginąć. Wzrok nie napotyka ani miasta, ani góry, ani żadnych pomników ludzi czy natury. Ziemia jest tak pusta i niezaludniona, jakby została stworzona dopiero wczoraj wieczorem.
A przecież z tej ziemi wydobywają się mamuty, świadczące o starożytności tych krain, i książki przywiezione z zachodu mówią, że ta pozornie pusta ziemia jest matką wielu narodów. Nurt biblijnego potopu przeszedł przez te równiny, nie zostawiając śladu, i hordy ludów wyszły z tej ojczyzny, nie pozostawiając śladów swego życia. Dopiero gdzieś daleko, na alpejskich skałach i na rzymskich pomnikach, widać ślady fal i rozbójników, którzy przybyli stąd. Ta pusta, biała i otwarta kraina jest jak karta przygotowana do pisania.
Poeta pyta, czy na tej karcie pisać będzie palec Boży, używając dobrych ludzi jako liter i kreśląc prawdę świętej wiary, że miłość rządzi plemieniem ludzkim i że trofeami świata są ofiary. A może przyjdzie stary nieprzyjaciel Boga i wyryje mieczem, że ród ludzki ma być kuty w kajdany i że trofeami ludzkości są knuty? To pytanie o przyszłość Rosji – czy stanie się narzędziem dobra czy zła, wolności czy tyranii.
Po białych, pustych polach szaleje wiatr, odrywa i ciska bryły zamieci, ale morze śniegów nie czernieje. Czasem ogromny huragan leci prosto z biegunów i zamiata równinę aż do Morza Czarnego, miotając chmurami śniegu i zasypując kibitki jak afrykański samum grzebie podróżnych na pustyni. Powierzchnię białych śniegów przebijają gdzieniegdzie czarne ściany północnych świerków, sosen i jodeł, sterczące jak wyspy na oceanie.
Gdzieniegdzie stoją drzewa zrąbane siekierą, odarte i złożone w stosy, tworzące dziwne kształty jakby dach i ścianę – to są domy, które kryją ludzi. Tysiące takich stosów rzuconych na wielkim polu, wszystkie jednej miary, z kominami dymiącymi jak kitki czapek i okienkami błyszczącymi jak ładownice. Domy ustawione w rzędy, w czworoboki lub obwody tworzą pułki – i taki pułk domów nazywa się grodem. Wszystko jest zunifikowane, militarne, pozbawione indywidualności.
Podróżny spotyka ludzi o szerokich barkach i piersiach, otyłych karkach, pełnych zdrowia i mocy jak zwierzęta i drzewa północy. Ale twarz każdego z nich jest jak ta kraina – pusta, otwarta i dzika równina. Z ich serc, jak z podziemnych wulkanów, ogień jeszcze nie przeszedł do twarzy, nie żarzy się w ustach ani nie zastygł w zmarszczkach czoła. Twarze ludzi Wschodu i Zachodu są pomnikami narodów, bo przeszło przez nie tyle podań, zdarzeń, żalów i nadziei – tutaj twarze są puste i nieczytelne.
Oczy tych ludzi są jak miasta tej ziemi – wielkie i czyste, ale nigdy zgiełk duszy nie poruszy ich źrenic, nigdy długa żałość ich nie zaciemni. Z daleka wyglądają wspaniale i przecudnie, ale gdy się wejdzie do środka, są puste i bezludne. Ciało tych ludzi jest jak gruba tkanica, w której zimuje dusza-gąsienica, nim sobie piersi do lotu wyrobi i skrzydła wyprzędzie. Poeta pyta, czy gdy słońce wolności zaświeci, z tej powłoki wyleci jasny motyl wznoszący się nad ziemię, czy brudna ćma, nocne plemię.
Przez pustynię krzyżują się drogi, ale nie wymyślił ich przemysł kupców ani nie wydeptały karawany – car ze stolicy narysował je palcem na mapie. Gdy droga trafiała na polską wioskę lub zamek, wioska i zamek były równane z ziemią, a car zasypywał ich ruiny drogą. Te drogi są proste i długie, ciągną się na północ i świecą w lesie jak biegi rzek w skałach. Są to drogi władzy, nie handlu ani podróży.
Po tych drogach jedzie konnica przyprószona śniegiem i piechota czarnym szeregiem między działami, wozami i kibitkami. Pułki ciągną według carskiego ukazu – jedne ze wschodu walczyć z północą, inne z północy do Kaukazu – ale żaden żołnierz nie wie, gdzie idzie i po co, i żaden nie pyta. Tu widać Mongoła z nabrzmiałą twarzą i małym, krzywym okiem, a tam biednego chłopa z litewskiego sioła, bladego i tęsknego, idącego chorym krokiem. Tu błyszczą angielskie strzelby, tam Kałmucy niosą zmarzłe łuki.
Oficerowie tej armii to Niemiec w karecie, nucący sentymentalną pieśń Schillera i walący żołnierzy po grzbiecie, oraz Francuz gwiżdżący liberalną pieśń, błędny filozof szukający kariery, który rozmawia z dowódcą Kałmuków o tym, jak najtaniej kupić żywność dla wojska. Co z tego, że połowę tej zgrai wymorzą głodem – połowę kasy będą mogli złupić, a jeśli zręcznie zatają sprawę, minister ich awansuje, a car da order za oszczędność.
A wtem leci kibitka, przed którą wszystko pryska z drogi – przednie straże, lawety dział, obozy chorych, nawet wozy dowódców. Żandarm wali kułakiem woźnicę, woźnica wali biczem żołnierzy, kto się nie umknie, tego kibitka rozjedzie. Gdzie jedzie? Kto w niej siedzi? Nikt nie śmie zapytać. Generałowie szepczą między sobą, że pewnie cesarz kazał kogoś schwytać – może króla pruskiego, francuskiego lub saskiego, może samego Jermołowa, słynnego generała.
Generałowie dziwią się, że więzień siedzi w słomie, a patrzy tak dziko, z takim wzrokiem dumy – to musi być wielka osoba. Za nim jedzie tłum wozów, pewnie orszak dworskiej gawiedzi. Ale patrząc bliżej, widzą, że ci wszyscy o śmiałych oczach, których brali za generałów i szambelanów, to małe chłopcy. Co to ma znaczyć, gdzie ta zgraja leci? Może to podejrzane dzieci jakiegoś króla? Tak cicho gadają dowódcy, a kibitka prosto do stolicy wali. To oczywiście Konrad i inni młodzi więźniowie litewscy, wiezieni do Petersburga.
Ustęp - Przedmieścia stolicy
Już z daleka widać stolicę. Po obu stronach wielkiej, pysznej drogi stoją rzędy pałaców – tu niby kaplica z kopułą i krzyżem, tam posągi pod słomą i śniegiem, gdzieś gmach z płaskim dachem w stylu włoskim, obok japońskie i chińskie kioski, albo świeżo naśladowane klasyczne ruiny z czasów Katarzyny. Domy różnych stylów i kształtów stoją jak zwierzęta z różnych końców ziemi, każdy w osobnej klatce za żelaznymi parkanami. Nie ma ani jednego pałacu w rodzimej rosyjskiej architekturze, wymysłu ich własnej głowy i dziecka ich natury – wszystko jest skopiowane z zagranicy.
Poeta pyta, jakim cudem zbudowano te wspaniałe gmachy na bagnistych kępach błota. W Rzymie, żeby wznieść teatr dla cezarów, trzeba było wylać rzekę złota. Tutaj podłe sługi carów, żeby zbudować swoje rozkoszne domy rozpusty, wylali ocean polskiej krwi i łez. Żeby zwieźć głazy do tych obelisków, trzeba było wymyślić wiele spisków, wygnać i zabić wielu niewinnych, okraść i zagrabić wiele polskich ziem. Krwią Litwy, łzami Ukrainy i złotem Polski hojnie zakupiono wszystko, co mają Paryże i Londyny, wystrojono gmachy po modzie, wymyto podłogi bufetów szampanem i wydeptano je krokami menuetów.
Teraz tu pusto, bo dwór zimuje w mieście i dworskie muchy ciągnące za wonią carskiego ścierwa gonią za nim. W tych pałacach tańczy tylko wiatr. Kibitka leci do miasta – jest zimno i śnieżno, z zegarów miejskich zagrzmiała dwunasta, a słońce już się chyli ku zachodowi, bo w zimowych dniach w Petersburgu mrok zapada około trzeciej. Niebo jest otwarte szeroko, bez chmurki, czcze, ciche i czyste, blado przezroczyste jak oko zamarzniętego podróżnika.
Przed podróżnymi miasto, a nad nim wznoszą się dziwnie ku górze słupy, ściany, krużganki i mury jak podniebne grody, jak babilońskie wiszące ogrody. To dymy z dwustu tysięcy kominów lecą prosto i gęsto kolumnami – jedne świecą jak marmury kararyjskie, inne żarzą się iskrami rubinów. W górze wierzchołki dymów zginają się i łączą, kręcą w krużganki i plączą w łuki, malując widma ścian i dachów. To jak miasto, które nagle powstaje z czystych wód Morza Śródziemnego lub wybucha na libijskim tumanie pustyni, wabiąc oko podróżnych – wiecznie stoi i wiecznie ucieka, jak miraż na pustyni.
Ustęp - Petersburd
Za dawnych greckich i italskich czasów ludy budowały się pod przybytkiem Boga, nad źródłem, pośród świętych lasów albo na górach, gdzie chronili się przed wrogiem – tak zbudowano Ateny, Rzym i Spartę. W średniowieczu chaty stawały pod wieżą feudalnego pana, gdzie była obrona okolicy, albo rosły powoli przy spławnych rzekach wraz z postępem wieków. Wszystkie te miasta wznosiło jakieś bóstwo, jakiś obrońca lub jakieś rzemiosło. Ale jakie są początki rosyjskiej stolicy? Dlaczego słowiańskie tysiące zechciały leźć w te ostatnie kątki swoich dzierżaw, świeżo wydarte morzu i Finom?
Tu grunt nie daje owoców ani chleba, wiatry przynoszą tylko śnieg i słoty, niebo jest zbyt gorące latem lub zbyt zimne zimą, srogie i zmienne jak humor despoty. Ludzie nie chcieli tu mieszkać – ale car upodobał sobie błotniste okolice i rozkazał stawić nie miasto dla ludzi, lecz stolicę dla siebie, pokazując wszechmocność swojej woli. W głąb ciekłych piasków i błotnych zatorów kazał wbić sto tysięcy pali i wdeptać ciała stu tysięcy chłopów. Potem na palach i ciałach Moskali założył grunt i inne pokolenia zaprzągł do taczek, wozów i okrętów, żeby sprowadzać drzewa i kamienie z dalekich lądów i z morskich odmętów.
Car przypomniał sobie Paryż – i kazał budować paryskie place. Widział Amsterdamy – wpuścił wodę i porobił tamy. Słyszał, że w Rzymie są wielkie pałace – pałace stanęły. Wenecja, która pływa w pół na ziemi, w pół w wodzie jak piękna syrena-dziewica, uderzyła wyobraźnię cara – porznął więc błotniste pole kanałami, zawiesił mosty i puścił gondole. Ma Wenecję, Paryż i Londyn – wszystko oprócz ich piękności, poloru i żeglugi. U architektów słynne jest przysłowie, że Rzym budowały ludzkie ręce, a Wenecję stawili bogowie – ale kto widział Petersburg, ten powie, że budowały go chyba szatany.
Ulice wszystkie biegną ku rzece, szerokie i długie jak wąwozy w górach. Domy są ogromne – tu głazy, tam cegły, marmur na glinie, glina na marmurach – a wszystkie równe, dachy i ściany jednakowe jak mundury nowo ubranego korpusu wojska. Na domach pełno tablic i napisów w różnych językach, jak w wieży Babel. Jeden napis głosi, że tu mieszka Achmet, chan Kirgizów, senator rządzący departamentem polskich spraw. Drugi napis reklamuje monsieur Żoko, który daje lekcje paryskim akcentem, jest kucharzem dworskim, poborcą podatku od wódki, basem w orkiestrze i dozorcą szkół jednocześnie.
Trzeci napis informuje o Włochu, który robił kiełbasy dla carskich psów, a teraz otwiera pensjonat dla panien. Jeszcze inny napis zaprasza na kazanie pastora, kawalera wielu carskich orderów, który wykłada z ambony, że car jest papieżem z Boskiego ramienia, samowładnym panem wiary i sumienia. Na jednym sklepie napis "stroje damskie", na drugim "nuty", tam robią "dzieciom zabawki", a obok – "knuty".
W ulicach kosze, karety i landary mimo ogromu i szybkiego lotu na łyżwach błyskają i znikają bez łoskotu, jak czarodziejskie mary w panoramie. Na kozłach angielskich koczów siedzi brodaty woźnica okryty szronem, a przed końmi lecą mali chłopcy w kożuchach, istne dzieci Boreasza, boga północnego wiatru. Świszczą piskliwie i gmin się rozprasza, pierzcha przed karetą jak stada białych kaczek przed okrętem. Ludzie biegną, każdego goni mróz, nikt nie stanie, nie patrzy, nie rozmawia. Każdy ma oczy zmrużone i twarz bladą, każdy trze ręce i dzwoni zębami, a z ust każdego wychodzi słup pary, prosty, długi i szary. Widząc te buchające dymem gminy, można by pomyśleć, że po mieście chodzą kominy.
Po bokach tłumu ciągną poważnie dwa ogromne rzędy jak procesje w kościelne obrzędy lub jak lody na brzegu bystrej rzeki – to modny spacer o tej godzinie. Jest zimno i wietrznie, ale któż dba o to, skoro cesarz zwykł tędy chodzić piechotą, i cesarzowa, i dworu damy. Idą marszałkowie, damy i urzędnicy w równych odstępach jak karty rzucane z rąk szulera – króle, damy, wyżniki i niżniki, starzy i młodzi, padają na tę i na ową stronę wspaniałej ulicy. Na przodzie idą dworscy urzędnicy – jeden w futrze ciepłym, ale na wpół odkrytym, żeby było widać jego cztery ordery. Zamarznie, ale wszystkim pokaże krzyże, wyniosłym okiem szukając równych sobie i pełznąc wolnym krokiem jak gruby żuk.
Dalej idą modne młokosy z gwardii, proste i cienkie jak ruchome piki, w pasie ściśnięte jak osy. Za nimi czynownicy z pochylonymi karkami, patrzący spode łba, komu się pokłonić, kogo nadeptać, a od kogo stronić – każdy giętki, we dwoje skurczony, pełzną tuląc się jak skorpiony. Pośrodku damy jak pstre motyle, każda w paryskim stroju, z nóżką migającą w futrzanym trzewiku, białe jak śniegi i rumiane jak raki. Gdy dwór odjeżdża, wszyscy pierzchają do wozów. Niejeden kaszle suchotniczo, a przecież mówi: "Jak tam chodzić pięknie! Cara widziałem, przed generałem nisko się kłaniałem i z paziem rozmawiałem!"
Kilku ludzi szło między tym tłokiem, różnych od innych twarzą i ubraniem. Na przechodniów ledwo rzucali okiem, ale na miasto patrzyli z zadumieniem. Po fundamentach, ścianach i szczytach, po żelazach i granitach czepiały się ich oczy, jakby próbowali, czy mocno każda cegła osadzona. Opuścili z rozpaczą ramiona, jakby myśląc: człowiek ich nie zwali! Dumali i poszli – został z jedenastu pielgrzym sam jeden. Zaśmiał się złośliwie, wzniósł rękę, ścisnął pięść i uderzył mściwie w głaz, jakby groził temu miastu z głazów. Potem założył ramiona na piersiach i stał dumając, wbijając źrenice w carski dwór jak dwa noże. Był podobny do Samsona, gdy wzięty zdradą i skuty kajdanami dumał pod kolumnami Filistynów.
Na jego nieruchome, dumne czoło spadł nagły cień jak całun na trumnę. Blada twarz strasznie zaczęła się mroczyć, jakby wieczór, który już spadał z niebios, najpierw na jego obliczu osiadał i stamtąd miał dalej swój cień roztoczyć. Po prawej stronie pustej ulicy stał drugi człowiek – nie podróżny, lecz dawny mieszkaniec stolicy, bo rozdając jałmużny między lud, każdego biedaka witał po imieniu i pytał o żony i dzieci. Odprawił wszystkich, wsparł się na granicie kanałów i wodził oczyma po ścianach gmachów, ale nie miał twardego wzroku pielgrzyma – spuszczał oczy, gdy szedł biedny żebrzący żołnierz lub kaleka.
Wzniósł ręce ku niebu, stał i dumał długo – w twarzy miał wyraz niebiańskiej rozpaczy. Patrzył jak anioł, który zstępuje z posługą między dusze czyśćcowe i widzi całe narody w męczarniach, czuje, co cierpią i mają cierpieć wieki, i przewiduje, jak daleki jest kres ich zbawienia i swobody. Oparł się płacząc na brzegu kanałów, a łzy gorzkie biegły i ginęły w śniegu – lecz Bóg je wszystkie zbierze i policzy, a za każdą odda ocean słodyczy.
Było już późno, zostali tylko ci dwaj, obaj samotni. Choć odlegli, w końcu jeden drugiego postrzegli i długo się nawzajem zważali. Pierwszy podszedł człowiek z prawej strony i powiedział: "Bracie, widzę, żeś tu zostawiony sam, smutny, może cudzoziemiec. Co ci potrzeba, rozkaż w Imię Boże. Chrześcijaninem jestem i Polakiem, witam cię Krzyża i Pogoni znakiem". To wypełnienie proroctwa księdza Piotra, który zapowiedział Konradowi, że spotka człowieka, który powita go pierwszy w Imię Boże.
Pielgrzym, zbyt zajęty swoimi myślami, otrząsnął głową i uciekł z wybrzeża. Ale nazajutrz, gdy rozjaśniły mu się myśli i odświeżyła pamięć, nieraz żałował owego natręta. Gdyby go spotkał, pozna go i zatrzyma – choć nie pamięta rysów jego twarzy, było coś w jego głosie i słowach, co znane uszom i duszy pielgrzyma. Może mu się o nim śniło.
Ustęp - pomnik Piotra Wielkiego
Pewnego wieczoru w deszczu stali dwaj młodzieńcy pod jednym płaszczem, trzymając się za ręce. Jeden to ów pielgrzym, przybysz z zachodu, nieznana ofiara carskiej przemocy. Drugi był wieszczem ruskiego narodu, sławnym pieśniami na całej północy – to Aleksander Puszkin, wielki poeta rosyjski. Znali się niedługo, lecz wiele, i od kilku dni są już przyjaciółmi. Ich dusze, wyższe nad ziemskie przeszkody, są jak dwie alpejskie skały, które rozerwał nurt wody, ale chylą ku sobie podniebne wierzchołki, gdy słyszą szum swojej nieprzyjaciółki.
Pielgrzym dumał nad kolosem Piotra, a wieszcz rosyjski zaczął mówić cichym głosem. Pierwszemu z carów, który dokonał tych cudów, druga carowa, Katarzyna, postawiła pomnik. Car już odlany w kształcie wielkiego olbrzyma usiadł na brązowym grzbiecie konia i czekał miejsca, gdzie by wjechał konno. Ale Piotr na własnej ziemi stać nie może – w ojczyźnie mu za ciasno, więc po grunt dla niego posłano za morze. Kazano wyrwać wzgórek granitu z fińskich nadbrzeży – na słowo Pani (carowej Katarzyny) wzgórek płynie po morzu i biegnie po lądzie, a w mieście pada na wznak przed carową.
Puszkin porównuje pomnik Piotra z pomnikiem Marka Aureliusza w Rzymie. Marek Aureliusz, "kochanek ludów", wsławił się tym, że wygnał szpiegów i donosicieli, poskromił domowych zdzierców, a gdy zgromił hordy barbarzyńskich najeźdźców nad Renem i Patolusem, wrócił do spokojnego Kapitolu. Ma piękne, szlachetne, łagodne czoło, na którym błyszczy myśl o szczęściu państwa. Jedną rękę wzniósł poważnie, jakby błogosławił tłum poddanych, a drugą opuścił na wodze, powściągając zapędy rumaka. Widać, że lud stał na drodze i krzyczał: "Cesarz, ojciec nasz powraca!" – cesarz chciał jechać wolno między tłumem, żeby wszystkich obdarzyć ojcowskim spojrzeniem. Koń wzdyma grzywę i żarem świeci z oczu, ale wie, że wiezie najdroższego gościa, ojca milionom dzieci, i sam hamuje ogień swojej żywości. Dzieci mogą podejść blisko i zobaczyć ojca, koń stąpa równym krokiem – widać, że dojdzie do nieśmiertelności.
Car Piotr natomiast wypuścił rumakowi wodze – widać, że leciał tratując po drodze i od razu wskoczył na sam brzeg skały. Koń szalony wzniósł kopyta w górę, car go nie trzyma, koń zgrzyta wędzidłem – widać, że spadnie i pryśnie w kawały. Od wieku stoi, skacze, ale nie spada, jak kaskada lecąca z granitów, która ścięta mrozem zawisła nad przepaścią. Ale gdy słońce swobody zabłyśnie i zachodni wiatr ogrzeje te państwa – co stanie się z kaskadą tyraństwa?
Ustęp - przegląd wojska
Jest ogromny plac, który jedni nazywają szczwalnią, bo car tam wtrawia psy przed polowaniem, drudzy grzecznie gotowalnią, bo car tam przymierza swoje stroje wojskowe, nim wyjdzie odbierać pokłony monarchów. Kokietka idąca na bal nie spędza tyle czasu przed lustrem, ile car codziennie na tym placu. Inni widzą w tym placu sarańczarnię, gdzie car hoduje nasiona chmury szarańczy, która kiedyś wyleci i ogarnie ziemię. Jeszcze inni nazywają go toczydłem chirurga, bo tu car szlifuje lancety, nim wyciągnie rękę z Petersburga i potnie tak, że cała Europa poczuje. W języku urzędowym plac nazywa się placem wojskowych przeglądów.
Dziesiąta rano, już pora przeglądu. Plac okrąża cicha zgraja ludu jak czarny brzeg białego jeziora, każdy się tłoczy i popycha na środek. Po placu kręci się kilku kozaków dońskich i dragonów, którzy ciekawsze głowy bodą trzonkiem piki, a na bliższe karki sypią grad batów. Słychać z daleka grzmot bębnów, głuchy i jednostajny jak kucie młotów, a za nimi ciągną się szeregi pułków wzdłuż stepów, mnogie i różne, ale w jednym ubiorze, zielone, czerniące się z daleka na śniegu. Każda kolumna płynie jak rzeka i wszystkie toną na placu jak w jeziorze.
Poeta ironicznie woła do muzy, żeby dała mu usta stu Homerów i pióra wszystkich księgowych, żeby mógł wyliczyć pułkowników, oficerów, podoficerów i szeregowych. Ale ci bohaterowie są tak do siebie podobni, tak jednostajni – stoją chłop przy chłopie jak rząd koni żujących przy żłobie, jak kłosy związane w snopie, jak zielone konopie na polu, jak wiersze w książce, jak skiby na zagonie, jak rozmowy petersburskich salonów. Jedyną różnicę, jaką poeta dostrzegł, to że jedni Moskale są wyżsi o pięć czy sześć cali i mają mosiężne litery na czapkach jak łysinki – to grenadierzy. Za nimi niżsi stoją w mnogich rzędach jak ogórki pod liśćmi na grzędach. Żeby rozróżnić pułki tej piechoty, trzeba mieć bystry wzrok naturalisty, który gatunkuje i nazywa glisty wykopane z błota.
Zagrzmiały trąby i wjechały konne orszaki – ułani, huzarzy, dragoni w czapkach, kirysach i kołpakach. Można by pomyśleć, że jakiś kapelusznik rozłożył skład swoich towarów. Pułki w różnych ubiorach najlepiej rozróżnić po koniach, bo tak radzi nowa taktyka i zgadza się to z rosyjskim obyczajem. Generał Jomini napisał, że koń, nie człowiek, czyni dobrą jazdę – Rosjanie dawno to wiedzieli, bo za dobrego konia gwardyjskiego można u nich kupić trzech dobrych żołnierzy. Za konia oficerskiego trzeba dać lutnistę, skoczka, pisarza, a w drogich czasach nawet kucharza. Nawet chude klacze skarbowe, które wożą lazarety, liczone są w kartach: klacz za dwie kobiety.
Poeta wylicza pułki po maściach koni: pierwszy kary, drugi też kary ale anglizowany, dwa gniade, piąty bułany, siódmy gniady, ósmy szary jak mysz, dziewiąty rosły, dziesiąty mały, potem znowu kary bez ogona, u dwunastego łysina na czole, a ostatni wyglądał jak wrona. Wjechało czterdzieści osiem armat i więcej niż drugie tyle jaszczyków z amunicją. Żeby to wszystko dobrze policzyć wśród mnóstwa koni i ludzi, trzeba mieć oko Napoleona albo rosyjskiego intendenta prochu – ten nie zważa na ludzi i konie, tylko patrzy na jaszczyki i wie, ile z każdego ładunków ukradł.
Plac pokryły zielone mundury jak trawa, którą ubiera się łąka. Gdzieniegdzie sterczy jaszczyk podobny do błotnego bąka lub polskiej pluskwy z zielonawym grzbietem, a przy nim działo z lawetą usiadło jak czarny pająk. Każdy taki pająk ma osiem nóg, które nazywają się kanonierzy i bombardierzy. Kiedy harmata siedzi spokojnie, każda noga rusza się gdzieś daleko, jakby oddzielona od brzucha, a brzuch jak balon unosi się w powietrzu. Ale gdy cicha, drzemiąca armata nagle się zbudzi na rozkaz, jak tarantula gdy ktoś jej w nos dmuchnie, ściąga nogi, podchyla kolana, przednimi kanonierami długo wije koło pyska jak mucha myjąca się po splamieniu w arszeniku, potem kręci tylnymi, kiwa zadem, rozrzuca nogi na boki, chwilę spoczywa i w końcu buchnie jadem.
Pułki stanęły – jedzie car, a tuż za nim kilku starych konnych admirałów, tłum adiutantów i chmara generałów. Orszak jest dziwacznie pstry i cętkowany jak arlekiny – pełno na nich wstążek, kluczyków, cyfr, portrecików, sprzączek, gwiazd, kółek i krzyżyków, więcej niż guzików. Świecą się wszyscy, ale nie własnym światłem – promienie idą na nich z oczu pańskich. Każdy generał jest robaczkiem świętojańskim, który błyszczy pięknie w noce świętojańskie, ale gdy przejdzie wiosna carskiej łaski, nędzne robaczki tracą blaski, żyją gdzieś w błocie i nikt nie wie gdzie.
Generał idzie w ogień śmiałym krokiem, kula go trafi, a car się do niego uśmiechnie. Ale gdy car strzeli niełaskawym okiem, generał blednie, słabnie i często zdycha. Wśród dworzan można jednak znaleźć stoików – gdy czują gniew cara, ani się nie zarżną, ani nie zachorują, tylko wyjadą na wieś do swoich pałacyków i piszą stamtąd do szambelana, do metresy, do damy dworu, a liberalniejsi do furmana. I powoli wracają do łask. Tak kot wyrzucony przez okno mruczy tylko, staje na nogi i szuka jakiejś dziury, żeby wrócić do domu – a na wsi rozprawia cicho i liberalnie.
Car był w zielonym mundurze ze złotym kołnierzem. Car nigdy nie zdejmuje munduru – mundur wojskowy jest jego skórą, car rodzi się, rośnie, żyje i gnije żołnierzem. Ledwie carskie dziecko wyjdzie z kołyski, zaraz ma za strój kurtki kozackie i huzarskie, a za zabawkę szabelkę i biczyk. Sylabizując, wymachuje szabelką i wskazuje nią litery w książce, a gdy uczą go tańczyć, biczykiem wybija takty muzyki. Dorósłszy, całą jego zabawą jest zbierać żołnierzy do swojej komnaty, komenderować na lewo i prawo, wprawiać pułki w musztrę i pod baty. Tak każdy car przygotowuje się do tronu, stąd Europa ich boi się i chwali – słusznie mówili starzy z Krasickim: "Mądry przegadał, ale głupi pobił".
Piotr Wielki pierwszy odkrył tę "caropedię", naukę wychowywania carów. Widział mądre narody Europy i rzekł: "Rosję zeuropeizować mogę, obetnę suknie i ogolę brody". I wnet poły bojarów i kniaziów ścięto jak szpaler francuskiego sadu, a brody kupców i chłopów posypały się chmurą jak liście od gradu. Piotr zaprowadził bębny i bagnety, postawił więzienia, urządził kadetów, kazał na dworze tańczyć menuety i do towarzystw gwałtem wprowadził kobiety. Osadził straże na granicach, zamknął porty łańcuchami, utworzył senat, szpiegów, dygnitarzy, odkupy wódek, czyny i paszporty. Ogolił, umył i ustroił chłopa, dał mu broń i narublował kieszeń – a zdumiona Europa krzyknęła: "Car Piotr Rosję ucywilizował!"
Następnym carom zostało tylko dolewać kłamstw do brudnych gabinetów, wysyłać bagnety w pomoc despotom, urządzać rzezie i pożary, zagrabiać cudze dzierżawy, przekupywać cudzoziemców, żeby zyskać oklask Francuzów i Niemców i uchodzić za rząd silny i mądry. Poeta ostrzega Niemców i Francuzów: zaczekajcie trochę, bo gdy wam w uszy zabrzmi huk ukazów, gdy knuty spadną wam na karki, gdy pożary waszych miast was oświecą – wtedy zabraknie wam słów. Gdy car rozkaże ubóstwiać Syberię, kibitki, ukazy i knuty, będziecie musieli go sławić pieśnią na dzisiejsze nuty.
Car wleciał między szyki jak kula kręgielna i spytał o zdrowie gawiedzi. "Zdrowia ci życzymy" – szepczą wojownicy, a ich szepty były jak mruk stu niedźwiedzi. Dał rozkaz, rozkaz wymknął się przez zęby i wpadł jak piłka w usta komendanta, potem gnany od gęby do gęby spadł na ostatniego sierżanta. Jęknęła broń, szczęknęły pałasze i wszystko się zmieszało w odmęcie. Poeta porównuje to do ogromnego kotła na okręcie liniowym, w którym robi się kaszę – woda bucha z pompy, majtkowie sypią krupy z czterech beczek i mieszają wiosłami. Albo do francuskiej izby deputatów, większej i stokroć burzliwszej od kotła, gdzie liberalizm bucha z ust jak z pomp, ktoś wspomni o wierze, izba się burzy, ktoś wspomni wolność, ale nie zrobi wrzątku, ktoś wreszcie wspomni o despotach i carach, izba znudzona krzyczy "do porządku!" – a na końcu okazuje się, że mówiono tylko o podatkach.
Trzysta bębnów uderzyło i piechota porznęła się w długie słupy jak lód Newy, gdy pryśnie na kawałki. Kolumny dążą jedna za drugą, przed każdą bęben i komendant. Car stał jak słońce, a pułki dokoła toczą się i krążą jak planety. Car wypuścił stado adiutantów jak wróble z klatki albo psy ze smyczy, każdy leci i szalenie krzyczy. Wrzask generałów, majorów, sierżantów, huk bębnów, piski muzykantów. Piechota wyciąga się sznurem jak lina kotwicy rozwinięta z kłębów, ściany kawalerii łączą się i wiążą, stając jednym murem.
Poeta ironicznie przyznaje, że czuje wielkość i bogactwo tego tematu – gdyby mógł go ogarnąć, wsławiłby swoje imię. Ale jego muza jak bomba w pół lotu spada i gaśnie w prozaicznym rymie, i jak Homer w walce bogów – poeta drzemie. Już przerobiono wszystkie manewry, o których car czytał lub słyszał. Tłum widzów się rozchodził, wszyscy byli zmarzli i znudzeni, w pałacu już zastawiano śniadanie. Ambasadorowie zagraniczni, którzy mimo mrozu i nudy nie opuszczają przeglądów dla łaski carskiej, powtórzyli po raz tysięczny dawne komplementy o taktyce cara i męstwie żołnierzy. Rozmowa skończyła się zwykłym śmiechem z głupstw Napoleona, każdy spoglądał na zegarek, bo mróz dociskał dwudziestu stopni, dusiła nuda i głód doskwierał.
Ale car stał jeszcze i dawał rozkazy – swoje pułki siwe, kare i bułane puszcza i wstrzymuje po dwadzieścia razy, piechotę przedłuża jak ścianę, ściska w czworobok i roztacza jak wachlarz. Jak stary szuler, choć nie ma już gracza, miesza i zbiera, i znów miesza karty – sam się sobą kartami zabawia. Aż sam się znudził, konia zwrócił i ukrył się w tłoku generałów. Wojsko stało jak je car porzucił i długo nie ruszyło z miejsca, aż trąby i bębny dały znak – dwieście długich kolumn płynie i tonie w głębi ulic miejskich. Ale jakże zmienione! Weszły czyste i białe, wyszły zziajane, oblane potem, poczerniałe od roztopionego śniegu i brudne od błota.
Wszyscy odeszli, ale na pustym placu zostało dwadzieścia trupów. Ten ubrany biało to żołnierz od jazdy, tamtego nie rozpoznasz, tak jest wbity w śnieg i stratowany końskimi kopytami. Ci zamarzli, stojąc jak słupy i wskazując pułkom drogę. Ten pomylił się w szeregu piechoty, dostał w łeb kolbą i padł między trupy. Policyjne sługi biorą ich z ziemi i niosą chować – martwych i rannych razem. Jeden miał złamane żebra, drugi był w połowie przejechany kołem armaty, wnętrzności wypadły mu z brzucha. Trzykroć krzyczał spod harmaty, ale major wołał: "Milcz, bo car nas słucha!" Żołnierz tak przywykł słuchać majora, że zaciął zęby. Nakryto go płaszczem, bo gdy car przypadkiem rano widzi skrwawione mięso, ma zły humor, wraca opryskliwy do dworu i nie może jeść śniadania z apetytem.
Ostatni ranny wszystkich bardzo zdziwił – grożono mu, bito, ale się sprzeciwiał nawet generałowi i głośno jękał, nawet klął samego cara. Ludzie zbiegli się nad tym męczennikiem parad. Mówią, że jechał z rozkazem dowódcy, gdy nagle koń mu stanął jak zaklęty, a z tyłu wjechał cały szwadron. Złamano konia, żołnierz zepchnięty leżał pod jazdą płynącą korytem. Ale konie były litościwsze od ludzi – skakał przez niego szwadron po szwadronie, tylko jeden koń trafił kopytem i złamał mu ramię. Kość na wpół rozpadła, przedarła mundur i sterczała strasznie, trupio biała. Ale sił nie stracił – wznosił drugą rękę ku niebiosom i dawał widzom głośno jakieś rady.
Jakie rady? Nikt nie wie, bo słuchacze uciekli, bojąc się szpiegów. Powiedzieli tylko, że ranny mówił złym rosyjskim językiem i słychać było "car, cara, caru" – coś mówił o carze. Chodziły wieści, że zdeptany żołnierz był młodym chłopcem, rekrutem, Litwinem, synem wielkiego rodu, księcia albo grafa. Że ze szkół gwałtem oddany w rekruty, a dowódca nie lubiąc Polaka dał mu umyślnie dzikiego rumaka, mówiąc: "Niech skręci szyję Lach sobaka". Kto był, nie wiedzą, i po tym zdarzeniu nikt nie słyszał o jego imieniu. Ale kiedyś, woła poeta, tego imienia będą szukać po sumieniu cara – diabeł je pokaże pośród tysięcy, które car osadził w podziemnych minach i wrzucił pod konie, myśląc, że je zgładził.
Nazajutrz, z daleka za placem słychać było głuche wycie psa – coś czerniało w śniegu. Przybiegli ludzie i wygrzebali trupa, który został tu na noclegu po paradzie. Trup na wpół chłopski, na wpół wojskowy, z głową strzyżoną ale z długą brodą, w czapce z futrem i płaszczu mundurowym – był zapewne sługą oficerskim. Siedział na wielkim futrze swojego pana, tu zostawiony, tu rozkazu czekał. Zamarzł, a w ciepłe futro się nie okrył. Jedna źrenica zasypana śniegiem, ale drugie oko otwarte, choć skrzepłe, obrócone na plac – czekał stamtąd pana! Pan kazał siedzieć i sługa usiadł, kazał nie ruszać się z miejsca, on nie ruszył. I nie powstanie aż na strasznym sądzie. Dotąd wierny panu, choć bez duszy – ręką trzyma pańską szubę, pilnując, żeby jej nie ukradziono. Drugą chciał ogrzać, schować w łono, ale już grube palce nie weszły pod płaszcz.
A pan go dotąd nie szukał, nie pytał! Zgadują, że to oficer podróżny, który niedawno zawitał do stolicy i chodził na parady nie z obowiązku, lecz żeby pokazać świeże epolety. Może z przeglądów poszedł na obiady, może mrugnęły na niego kobiety, może wstąpił do kolegi gracza i nad kartami zapomniał o brodaczu. Może wyrzekł się futra i sługi, żeby nie rozgłosić, że miał szubę – bo nie mógł wytrzymać zimna jak inni, gdy car wytrzymał je carską osobą. Bo mówiono by: jeździ nieformalnie na przegląd z szubą – myśli liberalnie!
Biedny chłopie, woła poeta – taki heroizm, taka śmierć, jest zasługą dla psa, ale grzechem dla człowieka! Jak cię nagrodzą? Pan powie z uśmiechem, że byłeś wierny do zgonu – jak sobaka. Biedny chłopie, za cóż łza płynie i serce bije na myśl o twoim czynie – żal mi ciebie, biedny Słowianinie! Biedny narodzie, żal mi twojej doli – jeden tylko znasz heroizm: heroizm niewoli.
Ustęp - Oleszkiewicz (dzień przed powodzią Petersburską 1824)
Gdy niebo żarzy się najdotkliwszym mrozem, nagle zsiniało i plamami czernieje, podobne do zamarzłej twarzy nieboszczyka, która rozgrzewa się przed piecem, ale nabierając ciepła bez życia, zamiast oddechu zionie parą gnicia. Zawiał ciepły wiatr. Owe słupy dymów, ów gmach powietrzny jak miasto olbrzymów, runął w gruzy i spadł na ziemię, nikąc pod niebem jak czarodziejskie widziadło. Dym rzekami płynął po ulicach, zmieszany z parą ciepłą i wilgotną, śnieg zaczął topnieć i nim minął wieczór, oblewał bruki błotną rzeką Styksu.
Owi młodzi podróżni szli nad brzegiem ogromnej Newy – lubili chodzić o zmroku, bo unikali widoku urzędników i nie spotykali się ze szpiegami. Szli, rozmawiając obcym językiem, czasem cicho nucąc jakąś obcą pieśń, czasem stając i rozglądając się, czy kto nie słucha. Błądzili nad korytem Newy, aż zatrzymali się, gdzie między granitem spada wyrąbana droga ku rzece. Stamtąd, na dole, ujrzeli z daleka nad brzegiem wody człowieka z latarką – nie szpiega, bo tylko śledził coś w wodzie, nie przewoźnika, bo któż pływa po lodzie, nie rybaka, bo nie miał nic w ręku oprócz latarki i pęku papierów.
Podeszli bliżej, ale on nie zwrócił oka. Wyciągał powróz zwisający do wody, zliczał węzły i zapisywał – zdawał się mierzyć, jak woda głęboka. Odblask latarki odbity od lodu oblewał jego tajemnicze księgi i pochyloną nad świecą twarz, żółtą jak obłok nad słońcem zachodu. Oblicze piękne, szlachetne, surowe. Tak pilnie czytał w swojej księdze, że słysząc kroki i rozmowę obcych tuż nad sobą, nie pytał, kto są – tylko lekkim ruchem ręki prosił o milczenie. Coś tak dziwnego było w tym ruchu, że choć podróżni stali nad nim, patrząc, szepcąc i śmiejąc się w duchu, umilkli wszyscy i nie śmieli mu przerwać.
Jeden spojrzał mu w twarz, poznał i krzyknął: "To on!" To Polak, malarz, ale właściwiej nazywać go guślarzem, bo dawno odwykł od farb i pędzla, tylko Biblię i kabałę bada, a mówią nawet, że z duchami rozmawia. To Józef Oleszkiewicz, malarz znany w Petersburgu ze swoich cnót, głębokiej nauki i mistycznych przepowiedni. Malarz tymczasem wstał, złożył pisma i rzekł, jakby rozmawiając z sobą: "Kto jutra dożył, wielkich cudów dożył. Będzie to drugą, nie ostatnią próbą. Pan wstrząśnie szczeblami asyryjskiego tronu, Pan wstrząśnie gruntami miasta Babilonu. Lecz trzecią widzieć, Panie, nie daj czasu!" I odszedł z latarką, znikając za parkanem tarasu.
Nikt nie zrozumiał, co ta mowa znaczy – jedni zdumieni, drudzy roześmiani, wszyscy krzyknęli: "Nasz guślarz dziwaczeje!" Widząc noc późną, chłodną i burzliwą, każdy wrócił do domu. Ale jeden nie wrócił – skoczył na schody i biegł za latarką. Choć nie zajrzał w twarz malarza, choć nie dosłyszał, co o nim mówili, dźwięk głosu i tajemnicze słowa tak nim wstrząsnęły! Przypomniał po chwili, że ten głos słyszał, i biegł co miał mocy nieznajomą drogą, wśród słoty i nocy.
Latarka szybko niesiona migała, coraz mniejszała, zdawała się gasnąć, aż nagle stanęła na środku pustego, szerokiego placu. Podróżny dobiegł – na placu leżał wielki stos kamieni, a na jednym głazie stał nieruchomo malarz wśród nocnych cieni. Głowa odkryta, ramiona odsłonięte, prawa ręka wzniesiona do góry, a z kierunku latarki widać, że patrzył w mury cesarskiego dworca. W murach jedno okno w samym rogu błyszczało światłem – to światło on badał, szeptał ku niebu jakby modląc się do Boga, potem podniósł głos i mówił sam z sobą.
"Ty nie śpisz, carze! Noc już głucha, dworzanie śpią, a ty nie śpisz. Jeszcze Bóg łaskaw posłał na cię ducha, on cię w przeczuciach ostrzega o karze. Lecz car chce zasnąć, gwałtem oczy mruży, zaśnie głęboko. Dawniej ileż razy był ostrzegany przez anioła stróża mocniej, dobitniej, sennymi obrazami! On tak zły nie był, dawniej był człowiekiem. Powoli wreszcie zszedł aż na tyrana, anioły Pańskie uszły, a on z wiekiem coraz głębiej wpadał w moc szatana. Ostatnią radę, to przeczucie ciche, wybije z głowy jak marzenie liche. Nazajutrz w dumę wbiją go pochlebcy wyżej i wyżej, aż go szatan zdepce..."
Oleszkiewicz mówi dalej, że ci w niskich domkach, nikczemni poddani, naprzód za cara będą ukarani. Bo piorun, gdy bije w martwe żywioły, zaczyna z wierzchu, od góry i wieży, ale między ludźmi naprzód bije w doły i najmniej winnych najpierw uderza. "Usnęli w pijaństwie, w swarach lub rozkoszy, zbudzą się jutro – biedne czaszki trupie! Śpijcie spokojnie jak zwierzęta głupie, nim was gniew Pański jak myśliwy spłoszy, tępiąc wszystko, co w kniei spotyka, aż dojdzie w końcu do legowisk dzika."
"Słyszę! Tam! Wichry już wytknęły głowy z polarnych lodów jak morskie potwory, już sobie z chmury zrobiły skrzydła, wsiadły na falę i zdjęły jej okowy. Słyszę! Już morska otchłań rozochocona wierzga i gryzie lodowe wędzidła, już mokrą szyję pod obłoki wzdyma. Jeszcze jeden łańcuch trzyma – wkrótce rozkują, słyszę młotów kucie..." I postrzegłszy, że ktoś słucha z boku, zdmuchnął świecę i przepadł w mroku. Błysnął i zniknął jak nieszczęść przeczucie, które uderzy w serce niespodziane i przejdzie straszne, lecz niezrozumiane.
To przepowiednia wielkiej powodzi, która nazajutrz zalała Petersburg – jednej z największych katastrof w historii miasta, którą Oleszkiewicz przepowiedział, mierząc poziom wody w Newie.
Ustęp - do przyjaciół Moskali
Ustęp kończy się wierszem dedykowanym rosyjskim przyjaciołom poety. Mickiewicz pyta: czym mnie wspominacie? On sam, ilekroć marzy o śmierciach, wygnaniach i więzieniach swoich przyjaciół, myśli też o nich – ich cudzoziemskie twarze mają prawo obywatelstwa w jego marzeniach. Gdzie oni teraz?
Szlachetna szyja Rylejewa, którą Mickiewicz ściskał jak bratnią, wisi teraz przywiązana do hańbiącego drzewa na rozkaz cara. Klątwa ludom, które mordują swoich proroków! Ręka Bestużewa, wieszcza i żołnierza, którą wyciągnął do Mickiewicza, została oderwana od pióra i broni – car zaprzągł ją do taczki i dziś ryje w kopalniach, skuta obok polskiej dłoni. To nawiązanie do dekabrystów, rosyjskich rewolucjonistów, którzy w 1825 roku próbowali obalić cara i zostali straceni lub zesłani na Syberię.
Innych może dotknęła jeszcze sroższa kara – może ktoś z nich zhańbiony urzędem i orderem, przedał wolną duszę w łaskę cara i dziś wybija pokłony na jego progach. Może płatnym językiem sławi triumf tyrana i cieszy się z męczeństwa przyjaciół, może w ojczyźnie Mickiewicza polską krwią się krwawi i przed carem chlubi się z tego przekleństwa jak z zasługi.
Jeśli do was, z daleka, od wolnych narodów, aż na północ zalecą te żałosne pieśni i odezwą się z góry nad krainą lodów – niech wam zwiastują wolność jak żurawie wiosnę. Poznacie mnie po głosie – póki byłem w okowach, pełzając milkiem jak wąż, łudziłem despotę, ale wam odkryłem tajnie zamknięte w uczuciach i dla was miałem zawsze gołębią prostotę.
Teraz na świat wylewa ten kielich trucizny – żrąca i paląca jest gorycz jego mowy, gorycz wyssana z krwi i łez jego ojczyzny. Niech żre i pali – nie was, lecz wasze okowy. A kto z was podniesie skargę na te słowa, dla Mickiewicza jego skarga będzie jak szczekanie psa, który tak się wdroży do cierpliwie i długo noszonej obroży, że w końcu gotów kąsać rękę, która ją zrywa.