Gloria victis — streszczenie szczegółowe
Spis treści (8)
- 1. Nowela — otwarcie (r. 1863): wiatr nad Polesiem i leśna mogiła
- 2. Opowieść dębu: mały Tarłowski, Anielka i Jagmin
- 3. Opowieść świerka: walki, powroty i lwie serce w dziecku
- 4. Opowieść brzozy: naturalista wśród żołnierzy i nocne rozmowy o przyszłości świata
- 5. Straszny dzień: wieść o obławie i wymarsz do bitwy
- 6. Bitwa: piekło w leśnym raju
- 7. Mord na rannych i śmierć Tarłowskiego
- 8. Epilog: Anielka i krzyżyk, „Vae victis” i „Gloria victis!”
Nowela — otwarcie (r. 1863): wiatr nad Polesiem i leśna mogiła
Utwór opatrzony jest datą „r. 1863”. Narracja ma kształt baśniowej ramy: bohaterem-słuchaczem jest wiatr — „ciekawy, niespokojny”, latający po świecie po to, by zbierać jego prawdy i baśnie, minione dzieje, echa staczanych walk i nieść je „w przestrzeń, w dal, w czas, w pamięci, w serca”. Nie jest to wiatr z tych, co grzmią i obalają, lecz z tych, co kochają świat. Przylatuje nad Polesie litewskie — krainę równin, łąk i rozlanych wód, gdzie jedyną zasłoną przed jego lotem jest las. Las i wiatr to starzy przyjaciele, którzy przenikają się wzajemnie i prowadzą długie rozmowy.
Wiatr przelatuje nad Kanałem Królewskim — wstęgą wody wyżłobioną rękami ludzkimi, którą pamięta sprzed półwiecza — i wita się z lasem, pytając, co się tu przez ten czas działo. Drzewa odpowiadają, że działy się „rzeczy dziwne, głośne, dzwoniące, płaczące, rozlegające się krzykami, jękami”. Na rozległej polanie otoczonej drzewami wiatr czuje krew i słyszy jęki: ziemia — mówi — długo wydaje z siebie woń krwi swych dzieci, a powietrze długo trzyma pod niebem ich jęki. Dostrzega pagórek usypany ludzkimi rękami, a na nim krzyżyk — „Boże, jak mały, prosty, biedny”. Dąb z brodą zwisających gałęzi, brzoza w warkoczach i świerk w hełmie ze strzelistą iglicą odpowiadają chórem: to mogiła. Wielka mogiła — a krzyżyk jeden i taki mały. Śpi w niej „wiele serc mężnych, spalonych na ołtarzu”. Świerk, najwyższy w lesie, formułuje myśl przewodnią: są na ziemi bohaterowie wieńczeni i niewieńczeni, mający pomniki i ich niemający — to mogiła bohaterów bezimiennych, „pomarłych młodo i w mękach”. Pamięć o nich podtrzymuje tylko natura: dzika róża co lato od pół stulecia rzuca na mogiłę płatki („ja jedna!”), a liliowe dzwonki wydzwaniają nad nią pacierz żałobny („my jedne!”). Wiatr — ciało z kryształu i szronu, w którym migoczą blaski zachodzącego słońca — kładzie się na mogile i błaga drzewa, „tysiącoustnych a milczących stróżów mogił leśnych, bezimiennych, zapomnianych, nieuczczonych”, by wyśpiewały mu o niej „strofę życia i strofę śmierci”. O zachodzie, gdy zorza napełnia las światłami pożogi podobnymi do płonących kropel krwi, opowieść zaczyna stary dąb.
Przyszło ich tu kilkuset i rozłożyli się gwarnym obozem — odzież mieli rozmaitą, wspólne tylko czworokątne czapki barwy amarantusów albo polnych chabrów i jedną cechę wspólną: młodość. Zbudowali namioty z gałęzi (dla wodza, dla lepszych koni, dla przyszłych rannych), a wieczorem wzbili ku gwiazdom chór głosów śpiewających hymn skargi, ufności i prośby; drzewa słuchały zdumione, szepcząc: „Co to będzie?”. Wodzem był człowiek „świętego imienia”: Romuald Traugutt. Święte — bo według przykazania Pana opuścił żonę i dzieci, dostatki i spokój, a wziąwszy na ramiona krzyż swojego narodu, poszedł za idącym tą ziemią słupem ognistym i w nim zgorzał — nie tu jednak, nie w tej mogile śpi, lecz „kędyś daleko”. Drzewa zapamiętały jego czarnowłosą głowę, mądre i smutne oczy myśliciela (smutek bywa u ludzi bliźniaczym bratem mądrości) przy świeżym, niemal dziecięcym uśmiechu, zmarszczkę surową przeciągniętą przez czoło palcem tragicznych przeznaczeń i głos dzwoniący jak stal — tak grzmieć musiał w wąwozie termopilskim głos Leonidasa. Ale — zaznacza dąb — Leonidas mógł wiedzieć, że jego ofiara zagrodzi niewoli drogę do Grecji; Traugutt tego nie wiedział: biegły w sprawach orężnych, dostrzegał wyłaniającą się zza dnia ofiar „potworną, czarną noc”. Szedł jednak i prowadził — taka była moc słupa ognistego, tęsknota za krainą wolności i taki ciężki krzyż narodu.
Dąb zapowiada, że nie o wodzu będzie teraz opowiadał (o mężu wielkim opowieść winna być długa), lecz o jednym z bezimiennych, najmniejszych, najmłodszych — o tym, nad którego niemal chłopięcą głową ręka niewieścia zasadziła ten mały krzyżyk. Był piękny maj, konwalie kwitły jak nigdy, nad błękitną strugą śpiewał słowik. Powstańcy nie byli niewolnikami ciągniętymi do boju „na arkanie przemocy”, lecz dobrowolnymi ofiarnikami wysokich ołtarzy — ze światłem idei w głowach i ogniem miłości w sercach byli śmiali, gwarni i, co wiatr ma uwierzyć — szczęśliwi: ich dusze przyciągnęło to szczęście, „co rozkwita na wysokich górach i ma kielich purpurowy, a koronę uplecioną z cierni”. Na czele jazdy wódz postawił młodzieńca o wyniosłej postawie i czarnym, iskrzącym się oku — „młody Herkules z kształtów, Scypio rzymski z rysów” — którego rodzinny dom, opleciony bluszczem, stał niedaleko; z posłuszeństwem dziecka i pośpiechem kochanka biegł na swym strojnym arabie, ilekroć stalowy głos wodza zawołał: „Jazda!”.
Opowieść dębu: mały Tarłowski, Anielka i Jagmin
Dowódca jazdy nosi nazwisko Jagmin — gdy wódz je wywoływał, kwadratowa czapka krwawiła mu się nad czarnymi jak noc włosami, dłoń kładła się na głowni szabli, a za silnymi ramionami „leciał poszum niewidzialnych skrzydeł… owych dawnych” (aluzja do husarii — to czytanie podtekstu). Ale ulubieńcem dębu jest kto inny: mały Tarłowski, jak nazywano go w obozie. Nie był ani silny, ani urodziwy, ani bogaty — wątły, drobny, różowo-biały na twarzy, z oczami łagodnymi, nieśmiałymi i błękitnymi jak niezapominajki, „przebrana dziewczyna czy ledwie dorosłe chłopię”; niedawno minęło mu dwadzieścia lat. Budził ciekawość dębu, bo w jego dziewczęcych oczach osiadały przepastne zadumy, a po twarzy przepływały gorące łuny, jakby coś w nim wewnątrz płonęło. Urodził się daleko stąd; w te strony przywiał go „prąd górny, który wówczas światem płynął i ludzi wysokich rzucał w ramiona i pod stopy maluczkich”. Był młodym uczonym — naturalistą — który mógł na szerokim świecie wstępować na drogi wysokie, a wstąpił na niziutką: przybył rozdawać myśl i wiedzę maluczkim, założył w pobliskim miasteczku szkółkę codziennie napełniającą się „szczebiotaniem piskląt ludzkich”.
Nie przyjechał sam: przywiózł młodszą siostrę, bajecznie, niemal zabawnie do niego podobną — ta sama drobność, wątłość, te same rysy. Osieroceni ze wszystkich bliskich, byli na świecie tylko we dwoje; ona nazywała go Marysiem, on ją Anielką. Pracowali razem (brat uczył siostrę, siostra pomagała bratu), zawsze nierozłączni, zagadani, z błyskami w błękitnych oczach. Wkrótce zaczęli pokazywać się we troje — trzecim był Jagmin, młodzieniec spod zielonych bluszczów ze śniadym profilem Rzymianina, zewnętrznie zupełnie do nich niepodobny, „jakby innej rasy, czerwieńszej krwi, spod potężniejszego młota natury”. Między trojgiem zawiązywało się coś coraz serdeczniejszego: „przyjaźń? miłość? jedna i druga razem?”.
Scena zwrotna rozgrywa się w lesie za miasteczkiem: rodzeństwo siedzi na obalonej kłodzie, pochylone nad pierzastą trawą z pełzającym owadkiem, gdy nadchodzi zmieniony Jagmin — oczy mu gorzeją, drży silna ręka z herbowym sygnetem. Padają krótkie pytania i odpowiedzi: dzień wymarszu oznaczony, za dni dziesięć, zbiórka w Dziatkowiczach, potem za Kanał Królewski, do lasów horeckich. Tarłowski potwierdza postanowienie: „Chyba by dusza moja zmieniła się na inną!”. Anielka wybucha łkaniem rozpacznym — wiedziała, że to się stanie, ale gdy już się stawało, całe jej wątłe ciało kurczyło się w płaczu. Szybko jednak mocuje się ze łzami, prostuje drobną postać, obejmuje szyję brata i powtarza: „Idź, Marysiu, idź! Trzeba!”. Tego wieczoru w ogródku z jabłoniami i kwitnącymi bzami Anielka prosi Jagmina o opiekę nad bratem: silny duchem, ale słaby ciałem, niewprawny w ćwiczeniach męskich, od dzieciństwa tylko książka i górne myśli — a ona jedna wie, co to trwoga „jak szyba lodu na sercu, jak nóż w sercu”. Jagmin przyrzeka: będzie mu swoim — przyjacielem, bratem, w potrzebie obrońcą, „i razem powrócimy… albo…”. Nad drobnymi, drżącymi rękami dziewczyny pochyla się rzymski profil i składa na nich pierwsze pocałunki — narrator-dąb pyta złowieszczo: „Czy i ostatnie także?”. Oczy ich przy świetle gwiazd mówią sobie wiele, lecz usta w tej godzinie wyrocznej powiedzieć więcej nie mogą. Dąb prosi wiatr o chwilę spoczynku — są losy, o których nawet silne dęby długo mówić nie mogą bez dreszczy.
Opowieść świerka: walki, powroty i lwie serce w dziecku
Gdy na las pada chłodna rosa, a zorza przygasa do bladego złota, opowieść przejmuje świerk — najwyższy w lesie, widzący najdalej. Widywał walki staczane w oddaleniu, skąd odgłosy dochodziły jak głuche turkoty zza skraju firmamentu — podczas gdy na polanie panowały cisze letnie, motyle wisiały na kwiatach, a słowik śpiewał w kalinach; tam zaś „we wściekłościach zwierzęcych kłębiły się ciała ludzkie” i krew wsiąkała w drżącą ziemię. Świerk zastrzega, że krwawych walk ludzkich opiewać nie umie — stworzony jest na mieszkańca pokojów leśnych, dającego przytułek gniazdom — ale drżał z radości i śpiewał niebu „hosanna!”, ilekroć wracali żywi i zwycięscy. Po powrotach wódz odkrywał przed szeregami czarnowłosą głowę i dziękował im — za to, że posłuszne jak dzieci, a odważne jak lwy, nie dały się rozproszyć sile przemagającej i nie splamiły wstydem krzyża przyjętego na ramiona; nawet w dziękczynieniu głos jego był bez słodyczy, sam hart i wola żelazna, a na twarze żołnierzy spadał od tych stalowych słów „blask wniebobiorącej radości”. Wieczorami — ogniska z wonnym dymem jałowców, rżenie koni, spoczynek na mchach, szepty modlitw i przyciszone hymny chóralne.
Po jednej z bitew wódz wywołuje przed zwarty mur szeregów małego Tarłowskiego — z plamami krwi na odzieży i rękach, z twarzą uczernioną dymem, oczami błyskającymi niespokojnie i prawie ponuro. Traugutt, z czymś z ojcowskiej czułości na surowym czole, oznajmia szeregom: Tarłowski cudem odwagi uratował mu dziś życie — „Dziw, że w tym dziecku mieszka taki lew!”. Wdzięczny jest nie za to, że żyje, lecz za to, że nadal jak klamra sprzęga oddział i „jeszcze razem z wami służę nie żadnemu panu ziemskiemu, ale Umęczonej” (Umęczona = Polska; obrazowanie mesjanistyczne). Każe uczcić w nim dzielnego rycerza Umęczonej, obejmuje go ramieniem, a na jego tragicznej twarzy rozkwita serdeczny, perłowy uśmiech. Wokół małego wybuchają powinszowania i uściski — porwano go na ręce, a Jagmin, trzymając go w herkulesowym uścisku, długo szepcze mu coś o siostrze, o pannie Anieli. Uratował przecież „klamrę drogocenną”: wiedzę, która ich wiodła, i wolę, która ich wolę trzymała w okowach wytrwania „choćby przeciwko samej nadziei”. Wieczór kończy dziwna, dobra, braterska radość obozu.
Opowieść brzozy: naturalista wśród żołnierzy i nocne rozmowy o przyszłości świata
Sam bohater dnia jako jedyny radości nie podziela: na pytania odpowiada ledwie słowem, uściski odwzajemnia jakby we śnie. Obmywszy w błękitnej strudze kurzawę, krew i dym prochowy, znów ma twarz białą i różową (spieki słoneczne nie imały się jej, jak u niektórych niewiast), ale myśli niespokojnie, prawie posępnie — „jakby dusza jego kołysała się nad przepaścią pełną wątpień, zapytań, zagadek”. Gdy obóz śpi, on nie śpi. Świerk pierwszy rozumie ten smutek: Tarłowski, rozkochany w geniuszu natury i górnych myślach ludzkich, do bojów stworzony nie był — był stworzony do czego innego.
Opowieść przejmuje brzoza, która znała go z bliska. Wokół niej, przy strumieniu, rośnie tłum drobnych roślinek i krząta się tłum malutkich owadków — a mały Tarłowski z tym przyziemnym drobiazgiem przebywać lubił i tylko wtedy na jego twarzy jaśniało szczęście spokojne. Z geniuszem natury prowadził rozmowy długie i miłosne — bo takie rozmowy ludzie prowadzą tylko z przedmiotami swojego kochania. Naturę, pierwszą kochankę, przygłuszyło kochanie drugie, „tym płomienniejsze, że bolesne”, które go tu przywiodło — lecz o tamtej zapomnieć nie zdołał i stojąc co dzień przed obliczem śmierci, wciąż wpatrywał się w jej oblicze. Emblematyczna scena: gdy inni w godzinach odpoczynku gwarzą przy ogniskach, on chodzi nad strumieniem, pochyla się ku ziemi, podnosi znaleziska i zatapia w nich wzrok — szczęśliwy. Towarzysze pytają, czemu się tak przygląda; on, trzymając w palcach zielone piórko rzadkiej rośliny, cichym głosem opowiada o jej zamorskiej ojczyźnie i o cudzie wędrówek nasion drobnych jak pyłki na skrzydłach wiatru od bieguna do bieguna; innym razem o złotawym owadku biegającym mu po dłoni, jeszcze innym o zerwanej koronie nenufaru, w której woni zatapia twarz. Rośli, ogorzali żołnierze w czapkach jak ogromne chabry i amarantusy, z bronią u twardych pasów, skupiają się wokół najmniejszego z nich — i na te „skazane głowy” spływa ukojenie z cichych słów małego towarzysza, z tkanek rośliny, ze skrzydełek owada, z płatków wodnej lilii. „Oto do czego był stworzony”.
Nocą pod brzozą odbywa się kluczowa rozmowa ideowa. Jagmin — któremu sen spędza z oczu myśl o „zagadce ogromnej, w którą ziemia ta i najlepsi jej synowie uplątali się jak w krwawą pajęczynę”, a może i o tęskniącej daleko Anielce — przychodzi do przyjaciela i obaj, leżąc twarzami ku sobie, rozmawiają cicho o czasach dalekich w przyszłości, „które będą albo nie będą”: o świecie obmytym wodami ukojenia, w którym miecze mają być przekute na pługi, a jagnięta znajdować sen u boku lwów. Marzą o tym celu z tęsknotą i zachwyceniem, choć nie wiadomo, czy rzeka marzeń ludzkich kiedykolwiek do celu dopłynie. Tarłowski wypowiada gorzką skargę: choć przedmiot walki jest najdroższy i święty, przelana krew ludzka „trucizną w żyły spływa”, a rany zadane kładą się ranami na tych, co je zadają; gniew, ból i śmierć to „sępy pasące się na trupach radości”; nieszczęsny ród ludzki, którego synowie nawzajem skracają sobie życie. „Dlaczegóż nie urodziłem się w tej porze późnej, gdy świat będzie inny?” Ze smutnym uśmiechem cytuje wiersz starożytnego poety — Horacego, jak rozpoznaje Jagmin — o Prometeuszu, który do gliny człowieczej wlał po kropli pierwiastków zwierzęcych, serce zaprawiając „chciwością wilczą i wściekłością lwią”; stąd pomsty, gniewy i „lemiesze wojsk wrogich rozorywujące wały podbitych grodów”. Na słowa „podbitych grodów” Jagmin porywa się znad trawy: „Teraz inaczej być nie może!… Teraz walka to powinność!”. Tarłowski cicho, lecz stanowczo przyznaje: „Dopóki gwałt, dopóty święty przeciwko gwałtowi gniew! Dopóki krzywda, dopóty walka! Przez krew i śmierć, przez ruiny i mogiły, z nadzieją czy przeciw nadziei walka z piekłem ziemi w imię nieba, które na ziemię zstąpi…”. Dialog gaśnie w trzech coraz cichszych dopowiedzeniach: „Może zstąpi… Kiedyś… Gdy nas już na ziemi nie będzie”.
Straszny dzień: wieść o obławie i wymarsz do bitwy
Opowieść wraca do dębu: „Aż nadszedł straszny dzień”. Oddział miał oprócz straży obozowej straż daleką — pocztę obywatelską, której posłańcy przedzierali się przez cierniste zarośla i bagniste moczary jak królewicz z bajki do zamku zaczarowanej królewny; czasem strażnik ginął „w uścisku upiora lub w paszczęce smoka”, czasem docierał. W skwarne południe wpada na polanę zdyszany jeździec — witany przyjaźnie jako Kaliś, pan Kalikst — i wołając „Gdzie naczelnik?”, rzuca hasło: „Z nadzieją czy przeciw nadziei!” (to samo zawołanie, które nocą wypowiadał Tarłowski). Prowadzi go Radowicki, adiutant wodza, wysmukły młodzieniec w szafirowej czapce na złotych włosach — obaj to koledzy szkolni i sąsiedzi. W namiocie wodza narada z udziałem Jagmina; obóz zalega cisza „jak przed burzą piorunową”. Potem Traugutt wychodzi przed namiot i ogłasza wieści, z których „biły pioruny bliskiego boju i wicher śmierć wiał”: nadciąga ogromne wojsko, las już opasują oddziały piesze i konne, przez las drzew przedzierają się „lasy luf, pik, bagnetów” — będą tu za godzinę, dwie. Sto strzelb na jedną strzelbę, sto pik na jedną szablę. Wódz pyta: czy zlękną się tej prawdy? Nie są niewolnikami — są dobrowolnymi ofiarnikami wysokich ołtarzy. Ci, co zginą, „będą siewcami, którzy samych siebie rzucą w ziemię jako ziarno przyszłych plonów. Bo nic nie ginie. Z dziś zwyciężonych dla jutrzejszych zwycięzców powstają oręże i tarcze” — to ideowe sedno tytułowego „gloria victis”. Okrzyk bojowy: „W imię Boga i ojczyzny!”. Tłum odpowiada grzmotowym okrzykiem zapału; obóz kipi od siodłania koni, komend i formowania szeregów.
Przed odjazdem Kalikst zatrzymuje konia przy najmniejszym wzrostem żołnierzu i podaje mu drobny przedmiot: „Od siostry!”. To skrawek papieru zapisany niezmiernie drobno i zwinięty tak, by w potrzebie dało się go połknąć — takie listy pisano wówczas ze świata do obozów. Przejeżdżający Jagmin pyta z uśmiechem: „Od panny Anieli?” — list jest jak „kwiat ręką dziewczyny z daleka rzucony na te otwarte mogiły”. Tarłowski nie zdąża go przeczytać — pada komenda, więc kryje skrawek u piersi. Narrator pyta: „Czy dowie się kiedykolwiek?”. Oddział wyciąga z polany w porządku i milczeniu; zostają zdeptane trawy, konające kwiaty i puste namioty — w tym namiot dla rannych u stóp dębu, który „napełnić się miał wkrótce”. Nie odeszli daleko: plan bitwy był kunsztowny — obrona i zarazem napaść, zasadzka w nieprzeniknionej gęstwinie, za każdym drzewem przyczajone oko lufy, na każdym pólku mchowym dobyte z pochew szable.
Bitwa: piekło w leśnym raju
Dziwnie to wyglądało — mówi dąb — wśród ucętkowanej kwiatami zieloności i majowych pędów sosen, podnoszących w upalnej ciszy swe jasne, wieloramienne świeczniki nad twarzami ciemnymi, skamieniałymi w milczącym oczekiwaniu. Po twarzach chodziły błyski niecierpliwości, zapału, wytężonego nasłuchiwania i strącanych wolą na dno duszy bólów i trwóg; ptaki zlęknione odleciały, w powietrzu czuć było namiętne, niespokojne oddechy kilkuset piersi. Z głębi lasu narasta szum — „jakby powietrzem nadlatywało, jakby dołem lasu nadchodziło coś straszliwego”. Pada komenda: „Baczność! Gotować broń!”, odpowiada jej z oddali druga. Szara masa ogromna posuwa się z trudem wśród gęstych drzew, po ziemi najeżonej prętami latorośli i sieciami „podstępnych wiklin” — las, sojusznik powstańców, utrudnia jej marsz. Wtedy zza drzew zaczynają stukać gęste, pojedyncze wystrzały i rozsypuje się rój krótkich, ognistych błyskawic; od strony nadchodzących odpowiada „ogromny, długi grzmot” — rotowy, zbity ogień karabinów przeciw posiekanemu ogniowi strzelb rozsypanych na znacznej przestrzeni. „Była to rozmowa dwu różnych ze sobą grzmotów; drżały od niej ze zgrozy najsilniejsze drzewa lasu.”
Bitwa trwa długo, godzinami. W dymach kłębiących się jak napowietrzne morze szara masa — to w kolumnach, to w kształcie półobręczy — przybliża się i cofa, ale rośnie wciąż i gęstnieje: „tysiące coraz nowe, konne, piesze, jak rzeki wezbrane o wodach nieprzebranych”. Ilekroć morze dymu rozdziera się na chwilę, widać po obu stronach postacie ludzkie rozciągnięte na mchach i wiklinach „jak czarne, leżące cienie”. Padają trupy — lecz nie wszyscy upadający są trupami. Pada i mały Tarłowski, ale żyje. Od początku bitwy, klęcząc na jedno kolano za rosochatą olchą, nabijał, celował i strzelał bez ustanku, zapamiętale, z wprawą nabytą w ćwiczeniach obozowych — „jakby nigdy pragnieniem nie biegł ku rajskiej erze wiecznego pokoju świata”: coś lwiego czy tygrysiego błyszczało mu w oczach o rozpalonym błękicie, usta zaciskały się „w linię srogą jak krwawa uraza” (gorzkie spełnienie Horacjańskiej „kropli wściekłości lwiej”, na którą sam nocą wyrzekał). Ugodziło go w ramię coś podobnego w dymie do wydłużonego ciała czarnej pszczoły — kula; ramię zwisło, strzelba wypadła, chciał się porwać i runął na paprocie. Dwie pary silnych ramion zniosły go do namiotu dla rannych u stóp dębu, gdzie na mchowych i paprociowych pościelach leżało już kilkunastu ludzi, a nad nimi przyklękali dwaj lekarze obozowi z zatroskanymi twarzami i czynnymi rękoma.
Wokół polany robi się coraz goręcej: szara masa „z żelaznym prawem liczby” zaokrągla się w obręcz i opasuje polanę coraz bliżej; ludzie zaczynają spotykać się oko w oko i zwierać pierś z piersią. W gęstniejącym dymie — krzyki, przekleństwa, zdyszane, coraz śmiertelniejsze komendy, strumienie potu i strugi krwi. „Piekło, piekło, mówię ci, wietrze prędki, szalało w tym naszym cichym, wonnym, kwiecistym, niewinnym raju leśnym. Piekło ludzkie.” I zdawało się, że nic straszniejszego dziać się już nie może. Dąb formułuje przestrogę: patrząc na ludzi, nie mów nigdy „tu kres ich tragedii” — nikt we wszechświecie nie obliczy szczytu, na który wzbić się mogą ich tragedie, zbrodnie i „niedorównany we wszechświecie ból”.
Mord na rannych i śmierć Tarłowskiego
Zza gęstwiny olch i osin wysuwa się oddział wojska konnego, najeżony lasem długich pik, i z przeraźliwym krzykiem pędzi przez pustą polanę ku namiotowi pełnemu ludzi — ku rannym pozbawionym sił i broni oraz klęczącym nad nimi lekarzom. Wtedy rozlega się głos stalowy, przewyższający wrzask boju: „Jazda! Na obronę rannych!”. Jeźdźcy Jagmina, czarni od dymów, na zziajanych koniach wpadają na polanę z podniesionymi szablami. Słońce ma się ku zachodowi i świeci zza dymu „tarczą z rozżarzonej miedzi”; na spalone twarze i obnażone szable pada rdzawoczerwony, bezpromienny, ponury blask. Dopadają namiotu już okrążonego, z rozwaloną ścianą gałęzi, i całą siłą rozpędu koni uderzają w tłok, sypiąc błyskawice szabel i strzały pistoletowe. Czarnowłosy dowódca, „do Archanioła z mieczem płomiennym podobny”, pierwszy doskakuje otworu — i staje jak wryty.
Za późno. W namiocie nie ma już rannych ani lekarzy — są tylko trupy broczące krwią, jeszcze otrzymujące nowe rany, umilkłe albo charczące w strasznym konaniu. A pośrodku tego pola mordów dokonuje się ostatni: mały Tarłowski, osadzony na ostrzach kilku pik i wzniesiony wysoko w powietrze, wystawia na rdzawoczerwony blask słońca twarz białą jak chusta. Męczeńska twarz o umierających oczach, z czerwonym sznurkiem krwi od złotych włosów do ust wstrząsanych konwulsją, poznaje jednak przyjaciela; ręka szybkim ruchem rzuca ku niemu czerwony przedmiot i mdlejący głos woła: „Jagmin! Siostrze!”. Ostatni dar, ostatnia myśl, ostatnie słowo. Chusta ociekająca krwią zlatuje „jak ptak czerwony” na szeroką pierś dowódcy jazdy — lecz w tejże chwili pada pod nim koń ugodzony kulą i Jagmin znika wśród tłoku, dymu i ulewy ognistych błyskawic. Dąb milknie; nad polaną zapada noc — mroczna, ale przezroczysta, gwiaździsta, majowa. Wiatr leży na mogilnym pagórku ze skrzydłami żałośnie zwiniętymi; od gorejącego płomyka odbitej gwiazdy taje kryształ jego piersi i ścieka na wysokie trawy — tak na bezimiennej, zapomnianej mogile leśnej płacze wiatr.
Epilog: Anielka i krzyżyk, „Vae victis” i „Gloria victis!”
Wiatr pyta jeszcze: a ten krzyżyk? Odpowiadają liliowe dzwonki, które litośnie chłodziły jej rozpalone czoło i piły łzy lejące się z jej oczu. Po latach, po wielu, smętną jesienią przyszła tu ciemna, drobna kobieta i u stóp pagórka padła twarzą na zioła. Biedna twarz — nie była już biała ani różowa, „białość jej i różowość wypiło z niej życie”; nie wiadomo, co czyniła na świecie, a w oczach stała odbita „samotność tęskniąca, gorzka”. Biedne ręce, niegdyś całowane tak miłośnie; biedne oczy, niegdyś tak podobne do błękitnych, dziewiczych oczu brata. On „nieprzespanie spał” na dnie pagórka — z jej ostatnim pozdrowieniem: szczypteczką prochu, w który rozsypał się na jego piersi nieprzeczytany list. „I tamten…” — urywają dzwonki (przemilczenie sugerujące, że w mogile śpi i Jagmin). Ponieważ była jesień, dzwonki nie miały kwiatów — objęły tylko chłodnym liściem jej twarz gorącą od płaczu i piły łzy, które płynęły długo. Nieprędko wstała z ziemi; mały krzyżyk, który przyniosła z sobą, utkwiła wśród ich łodyg, po czym jej drobna postać odeszła w zmierzch wieczorny, znikła wśród żółtych drzew „i nie wróciła już więcej nigdy”.
Zamknięcie ramy należy do dębu: „I płynęły lata za latami…”. Wiosnami przylatywały ptaki, tańczyły wiewiórki, odkwitały dzikie róże i motyle wieszały się u ich koron; jesieniami huczały wichry, a w szkliste zimy drzewa wznosiły nad wzgórzem grobowce ze szkła szronów i marmuru śniegów; czasem zatrzymywał się wśród nich jeleń w królewskiej postawie, przebiegały kozy, zając znaczył na śniegu zygzaki śladów. Dwie rzeczy były niezmienne: „wysoka od ziemi do nieba samotność z obliczem niemym” i nieśmiertelny strumień czasu, niestrudzenie szemrzący: „Vae victis! vae victis!” (biada zwyciężonym). Ale wiatr już nie płacze. Wstaje znad mogiły, rośnie w powiewną kolumnę ponad wierzchołki drzew — niebotyczny, roziskrzony odbiciami gwiazd — i roztaczając skrzydła latawca-olbrzyma rzuca na cały las okrzyk: „Gloria victis!” (chwała zwyciężonym). Woła go ku gwiazdom i srebrzystym drogom mlecznym, potem spływa ku ziemi i „gniewnym czy świętym szałem zdjęty” niesie go nad polami, wodami, lasami, miastami i wioskami, na całą kulę ziemską i całe sklepienie niebieskie. Zdumiewają się pola, wody i miasta, pytając, kto głosi tę niesłychaną, fantastyczną nowinę — czy baśń dostała skrzydeł, czy wołają duchy strącone z innych planet, czy głos ten zwiastuje przemienienie świata, czy jego skończenie. A wiatr prędki leci od nieznanej, bezimiennej, wielkiej mogiły leśnej, niosąc „w przestrzeń, w czas, w pamięci, w serca, w przyszłość świata” okrzyk rozbrzmiewający triumfem dalekiej przyszłości: „Gloria victis!” — odwrócenie okrutnej sentencji czasu i ostateczna odpowiedź noweli na klęskę powstania styczniowego.
Chcesz sprawdzić znajomość „Gloria victis” przed maturą? Przećwicz zadania maturalne z tej lektury na stronie matury-online.pl/zadania/polski/gloria-victis.