Streszczenie szczegółowe (dokładne)
Tło fabularne (prehistoria dramatu)
Lajos, król Teb i mąż Jokasty, otrzymał groźną wróżbę, że zginie z rąk własnego syna. Gdy syn się narodził, oddał go niewolnikowi z rozkazem wyniesienia w góry Kiteronu. Dziecięciu przebito kostki u nóg i przeciągnięto przez rany sznur. Sługa jednak zlitował się i zamiast porzucić niemowlę na śmierć, oddał je znajomemu pasterzowi z Koryntu, który pasł bydło na tych samych polanach. Ten z kolei powierzył dziecko bezdzietnym władcom Koryntu – królowi Polybosowi i jego żonie Meropie. Chłopiec otrzymał imię Edyp (dosłownie „Obrzmiałonogi") od blizn na zranionych stopach.
Edyp dorastał szczęśliwie, nie wiedząc o swoim prawdziwym pochodzeniu. Pewnego dnia nierozważne słowo towarzysza wzbudziło w nim niepokój. Udał się do Delf, by od Apollina poznać prawdę. Bóg jednak zamiast odpowiedzi dał mu straszliwą przepowiednię: zamorduje własnego ojca, poślubi własną matkę i spłodzi z nią nieszczęsne potomstwo. Aby uniknąć tej grozy, Edyp opuścił Korynt i wyruszył na tułaczkę przez Focydę.
W tym samym czasie król Lajos podróżował do wyroczni delfickiej. W ciasnym wąwozie, gdzie zbiegają się drogi z Delf i Daulidy, poczet króla spotkał młodego pielgrzyma. Przy wymijaniu doszło do zwady – woźnica potrącił Edypa, starzec uderzył go ościeniem w głowę. Edyp w gniewie zabił Lajosa i całą jego świtę, z wyjątkiem jednego sługi, który zbiegł do Teb i rozsiewał wieść, że król zginął z rąk rozbójników.
Edyp przybył do Teb, gdzie po śmierci Lajosa rządy sprawował Kreon, brat królowej Jokasty. Miasto cierpiało pod władzą Sfinksa – potwora o twarzy ludzkiej, ciele i szponach skrzydlatego lwa, który porywał i uśmiercał tebańskich młodzieńców, stawiając im nierozwiązywalne zagadki. Edyp pokonał Sfinksa, odgadując zagadkę o istocie, która rano chodzi na czterech nogach, w południe na dwóch, a wieczorem na trzech (człowiek). Sfinks rzucił się w przepaść, a wyzwoliciel otrzymał w nagrodę rękę królowej Jokasty i tron tebański. Z tego związku narodziły się dzieci: Eteokles, Polinik, Antygona i Ismena.
Prolog (w. 1–150): Zaraza i wyrocznia
Akcja rozpoczyna się po wielu latach panowania Edypa. Na schodach pałacu królewskiego siedzi tłum błagalników – dzieci, starcy i kapłani – trzymających w rękach wiązki z gałązek wawrzynu i oliwek. Nad miastem unosi się dym kadzideł, słychać modlitwy i jęki.
Edyp wychodzi z pałacu i pyta, co sprowadziło lud na te progi. Kapłan Zeusa, jako najstarszy, zabiera głos w imieniu wszystkich. Wyjaśnia, że straszliwa zaraza nawiedziła Teby – ludzie umierają w kłosach zbóż i w owocach ziemi, giną stada bydła, kobiety tracą dzieci w połogach. Bóg „ogniem zionący" (demon zarazy z płonącą pochodnią) pustoszył miasto, a jęki wypełniają mroczne ostępy Hadesu.
Kapłan przypomina Edypowi jego dawny czyn – wyzwolenie Teb od Sfinksa bez żadnej pomocy zewnętrznej, jakby z ramienia bogów. Teraz błagają go ponownie o ratunek, by szukał lekarstwa czy to z boskiej rady, czy z ludzkiego natchnienia. Ostrzega, że piękniej jest przewodzić mężom niż pustce, i że ani gród, ani okręt nic nie znaczą bez ludzi.
Edyp odpowiada, że dobrze zna ich cierpienia, ale jego własna dusza cierpi najbardziej – za siebie, za nich i za całe miasto. Nie budzi się ze snu na ich głosy, bo i tak nie śpi – roni łzy i błąka się w myślach, szukając ratunku. Wysłał już Kreona, brata żony, do wyroczni delfickiej Apollina, by dowiedzieć się, co czynić.
W tej chwili nadchodzi Kreon z wieńcem laurowym na głowie – znakiem dobrych wieści. Na pytanie Edypa, czy mówić publicznie czy w domu, Kreon wybiera publiczność. Przekazuje odpowiedź Feba (Apollina): w kraju gnieździ się „zakała", którą należy wypędzić lub odpłacić mordem za mord. Chodzi o krew zamordowanego Lajosa, która woła o pomstę i ściąga klęski na miasto.
Edyp dopytuje o szczegóły. Kreon wyjaśnia, że Lajos wyruszył do wyroczni delfickiej i nigdy nie wrócił. Jedyny świadek, który przeżył, twierdził, że króla zabiła liczna banda rozbójników, nie jeden człowiek. Edyp pyta, dlaczego wtedy nie przeprowadzono śledztwa – Kreon odpowiada, że Sfinks odciągnął uwagę Teban od spraw tajemnych ku troskom chwilowym.
Edyp zobowiązuje się „od początku rzeczy ujawnić" – spłaci dług bogu i ziemi, nie jako dalszemu, lecz samemu sobie, bo morderca Lajosa mógłby równie łatwo podnieść rękę na niego. Nakazuje ludowi powstać z progów i zabrać wiązki błagalne, a kapłanowi – zwołać lud Teb na wiec.
Parodos – pieśń wejścia chóru (w. 151–215)
Chór starców tebańskich wchodzi na orchestrę, śpiewając pieśń pełną trwogi i nadziei. Pytają, jaką wieść niesie „słodka wieści Zeusa" z „Delf grodu, co się złotem lśni". Wzywają kolejno bogów opiekuńczych Teb:
- Zeusa córę Palladę (Atenę)
- Artemidę, która strzeże miasta i zasiada na okrężnym tronie na agorze
- Feba (Apollina) „w dal godzącego"
Proszą, by stanęli jako trójca obrońców, tak jak dawniej odpędzili grozę od miasta. Opisują rozmiary nieszczęścia: naród upada wśród moru, brak mieczy ku obronie, pola nie skłaniają się kłosem, matki umierają w połogach lub ronią płody. Ludzie „jak lotne ptaki" mkną „cwałem w Hadesu ciemnice". Nad miastem zawisła głusza, stosy trupów leżą po ulicach bez płaczu i pogrzebu. Żony i matki zawodzą żałobnym głosem.
Chór wzywa „Zeusa złotą córę" (Atenę) o pomoc, prosi o wygnanie wroga – Aresa (boga klęsk i zarazy) – „na morską toń lub w niegościnną dal, w głębie trackich fal". Błaga Zeusa o grom, Apollina o krocie strzał ze złotego łuku, Artemidę o żary łun. Wreszcie wzywają Bakchusa (Dionizosa), „złotosplotego" syna tej ziemi, by z płonącą żagwią stanął przeciw „Bogu klęsk".
Epejsodion I (w. 216–462): Klątwa Edypa i konfrontacja z Tyrezjaszem
Klątwa i śledztwo
Edyp zwraca się do ludu jako „świeży członek gminy" (nie znał przecież Lajosa ani okoliczności jego śmierci). Ogłasza uroczyste zarządzenie: ktokolwiek wie, z czyjej ręki zginął Lajos Labdakida, niech to wypowie. Jeśli sprawca boi się siebie oskarżyć, niech wie, że nie spotka go nic gorszego niż bezpieczne opuszczenie kraju. Jeśli ktoś zna mordercę z obcej ziemi – otrzyma nagrodę i wdzięczność.
Następnie Edyp rzuca straszliwą klątwę na tego, kto będzie milczał lub ukrywał prawdę. Zakazuje przyjmować zbrodniarza pod dach, rozmawiać z nim, dopuszczać go do czci bogów, do ofiar i obrzędów. Nakazuje go wszędzie odpędzać jako „zakałę ziemi". I dodaje: gdyby zbrodniarz „z moją wiedzą w mym odnalazł domu, aby te klątwy na mą głowę spadły".
Edyp uzasadnia swoje zaangażowanie: teraz dzierży rządy, które niegdyś sprawował Lajos, dzieli łoże z tą samą niewiastą, a gdyby Lajos miał potomstwo – ich dzieci byłyby rodzeństwem. Skoro grom weń ugodził, Edyp wystąpi za nim jak za własnym rodzicem i „wszystkiego dokona, aby przychwytać tego, co uśmiercił syna Labdaka, wnuka Polydora, któremu Kadmus i Agenor przodkiem". Tym, co nie będą współdziałać, życzy, by bogowie nie dali im ani plonów z ziemi, ani dzieci z niewiast.
Przodownik chóru odpowiada zgodnie z przysięgą: nie zabił ani nie wie, kto zabił. Zauważa, że skoro Apollo wskazał drogę, powinien sam odkryć złoczyńcę. Edyp przyznaje słuszność, ale dodaje, że „wymóc z bogów, czego nie zechcą, nie zdoła śmiertelnik". Chór proponuje drugie wyjście – wezwać Tyrezjasza, ślepego wróżbitę, który „najdalej dorówna mistrzowi wiedzy" (Apollinowi).
Edyp odpowiada, że już dwukrotnie za namową Kreona słał po niego posłańców i dziwi się zwłoce. Chór wspomina stare pogłoski, że Lajos zginął z rąk „ludzi podróżnych". Edyp potwierdza, że słyszał to samo, ale świadka dotąd nie ma. Dodaje, że jeśli sprawca ma w sercu choć „drobinę trwogi", ulęknie się klątw. Chór zauważa: „Nie strwożą słowa, kogo czyn nie straszył".
Przybycie Tyrezjasza
Wchodzi ślepy wróżbita Tyrezjasz, prowadzony przez chłopca. Edyp wita go uroczyście jako tego, który „sprawy przenika jasne i tajne, na ziemi i niebie". Prosi o ratunek dla miasta i siebie – niech użyje lotu ptaków i innych środków swojej sztuki, by wskazać mordercę.
Tyrezjasz reaguje z bólem: „Biada, o biada tej wiedzy, co szkodę niesie wiedzącym!" Mówi, że zbyt dobrze to zna i gdyby o tym pamiętał, nie przyszedłby. Prosi, by go puścić do domu – „łatwiej co twoje i ja co moje zniosę, gdy usłuchasz".
Edyp jest zdumiony i oburzony. Zarzuca wróżbiarzowi, że odmawia pomocy miastu, które go wychowało. Błagalnicy padają na kolana. Tyrezjasz pozostaje nieugięty: „Ani ja ciebie, ni siebie nie zmartwię. Ja nigdy złych rzeczy moich, by nie rzec... twoich, nie wyjawię".
Edyp wybucha gniewem: „Ze złych najgorszy! Nawet byś skałę obruszył!" Oskarża wróżbitę, że zamierza zdradzić i zniszczyć miasto. Tyrezjasz odpowiada: „Upór mój ganisz, a w sobie nie widząc obłędów gniewu, nade mną się znęcasz". Edyp pyta, kto by się nie uniósł na takie słowa, które znieważają miasto.
Oskarżenie Tyrezjasza
Tyrezjasz mówi tajemniczo: „Zejdzie to samo, choć milcząc się zaprę". Edyp domaga się wyjaśnienia. Wróżbita odmawia, a król w gniewie wybucha: „wypowiem, co mi w błyskach gniewu już świta" – oskarża Tyrezjasza o to, że sam „podżegł i zgotował" zbrodnię, aż po sam zamach. „A nie byłbyś ślepym, to i za czyny bym ciebie winował".
Tyrezjasz odpowiada z mocą: „Doprawdy? A więc powiem ci, byś odtąd twego wyroku pilnując, unikał wszelkiej i ze mną, i z tymi rozmowy, jako ten, który pokalał tę ziemię".
Edyp jest wstrząśnięty bezczelnością: „I gdzież zamyślasz przed srogą ujść karą?" Tyrezjasz: „Uszedłem, prawda jest siłą w mej duszy". Na pytanie, skąd ma tę prawdę, odpowiada: „Od ciebie. Tyś mnie zmusił do mówienia".
Edyp każe powtórzyć. Tyrezjasz mówi wprost: „Którego szukasz, ty jesteś mordercą". Edyp grozi karą za powtórną obelgę, ale wróżbita kontynuuje: „Rzeknę, iż z tymi, co tobie najbliżsi, w sromie obcując, nie widzisz twej hańby".
Oskarżenie Kreona
Edyp oskarża Tyrezjasza o zmowę z Kreonem. Wybucha tyradą przeciw bogactwu, królestwu i sztuce wróżbiarskiej, które „zawiść się czepia". Zarzuca Kreonowi, że chce go zwalić z tronu przez podsuniętego „czarodzieja, kuglarza, który zysk bystro wypatrzy, a w swojej sztuce dotknięty ślepotą".
Przypomina, że gdy Sfinks się srożył, Tyrezjaszowi „zabrakło słów wyzwolenia". To Edyp, „nic nie wiedzący", pokonał potwora „ducha przewagą, nie z ptaków natchnienia". Teraz chcą go zwalić, by Tyrezjasz był blisko Kreona na tronie. Grozi, że obaj ciężko odpokutują.
Przepowiednia Tyrezjasza
Tyrezjasz odpowiada spokojnie: „Chociaż ty władcą, jednak ci wyrównam w odprawie. Nie twoim jestem sługą, lecz Apolla". Wypowiada słynne słowa: „Nie ty jesteś mi panem – ja sługą Apolla".
Następnie wygłasza straszliwą przepowiednię: Edyp, który szydzi z jego ślepoty, sam nie widzi „nędzy twojej", nie wie, z kim mieszka ani kto go zrodził. „Między żywymi i zmarłymi braćmi wzgardę masz, klątwy dwusieczne cię z kraju ojca i matki w obczyznę wygnają, a wzrok, co światło ogląda, się zaćmi".
Mówi dalej o „przystani nieprzystojnej", do której żagle wniosły Edypa, o nieszczęściu, które „z dziećmi cię zrówna i zgnębi". Każe szydzić z Kreona i z jego mowy: „Nie ma człeka między śmiertelnymi, którego złe by straszniej zmiażdżyć miało".
Edyp nie wytrzymuje: „Precz stąd co prędzej sprzed mego oblicza!" Tyrezjasz odchodzi, ale na progu dodaje ostatnie słowa: człowiek, którego szuka Edyp, jest tutaj, uważany za obcego, ale okaże się zrodzony w Tebach. „Z widzącego ciemny, z bogacza żebrak – na obczyznę pójdzie, kosturem drogi szukając po ziemi". Wyjdzie na jaw, że „z dziećmi obcował własnymi, jak brat i ojciec, że matki synem i mężem był, wreszcie rodzica współsiewcą w łożu i razem mordercą". Każe Edypowi to zważyć: „jeśli to prawdę obraża, za niemądrego ogłoś mnie wróżbiarza".
Stasimon I (w. 463–511): Pieśń o mordercy
Chór śpiewa o tym, na kogo wskazał głos z Delf – na kogoś, kto „strasznej zbrodni krwią ręce swoje zlał". Niech ucieka szybkim pędem koni, bo Apollo nań runie „z błyskiem, gromem, burzą" i „niechybne Erynie" (boginie zemsty) mu przywtórzą.
Z Parnasu śnieżnych szczytów padł rozkaz, by szukać przestępcy ukrytego. On „jak buhaj w dzikim lesie" to stoi w ciemnych grotach, to rwie się w skalne jary „w omylnych obrotach". Ucieka od wyroczni, ale „słowo wciąż jej żyje i krąży dokoła".
Chór wyznaje niepewność: wróżbita budzi straszną trwogę, ale nie umieją ani przywtórzyć, ani przeczyć jego słowom. Błądzą wśród obaw – nie wiedzą, co było zarzewiem gniewu między rodem Labdakidów a synem Polybosa. Wieść o tym milczy, więc po cóż mieliby ujmować sławy Edypa „jako mściciel ciemnej sprawy"? Zeus i Apollo przenikną ludzkich dusz ciemnie, ale „fałszywy sąd tego, któryby nade mnie stawiał wróżbiarza". Nie przywtórzą mu, aż prawda na jaw się dobędzie – bo gdy Sfinks gościł w grodzie, Edyp stanął i „wyzwolił i zagoił rany". „Nie dozna on mojej przygany".
Epejsodion II (w. 512–862): Konflikt z Kreonem i objawienia Jokasty
Przybycie Kreona
Kreon wchodzi oburzony: doszło do jego uszu, że Edyp go ciężko oskarża. Jeśli król mniema, że Kreon przyczynił się słowem lub czynem do jego trosk, to życie pod takim zarzutem nie ma dla niego wartości. Taka opinia to nie drobna krzywda, ale największa – skoro miałby uchodzić za przewrotnika wobec miasta, wobec króla i przyjaciół.
Przodownik chóru wyjaśnia: zarzut padł w gniewliwym zapale, nie w głębi duszy. Kreon pyta, czy Edyp naprawdę twierdzi, że z jego „podmuchu" wróżbita wygłaszał kłamstwa. Chór odpowiada: „Słowo to padło; skąd poszło, ja nie wiem". Kreon pyta, czy oskarżenie padło „z prostym wzrokiem i z wzniesionym czołem". Chór: „Nie wiem. Co władcy czynią, ja nie śledzę".
Starcie Edypa z Kreonem
Wchodzi Edyp i od razu atakuje: „Tyś tutaj? A więc śmiesz tak być bezczelnym, aby do moich przybliżać się progów, ty, coś zamierzył popełnić morderstwo i z władzy króla mnie gwałtem ograbić?"
Pyta Kreona, czy w nim dostrzegł słabość czy głupstwo, że snuł takie zamiary. Czy mniemał, że Edyp nie dojrzy jego ukrytych podstępów? Czy nie jest to „przewrotne przedsięwzięcie, bez sił, wspólników, tak rwać się na trony, które się ludźmi zdobywa i złotem"?
Kreon prosi o wysłuchanie i dopiero potem osąd. Przedstawia swój argument: po cóż miałby przedkładać rządy pełne trwogi nad spokojny żywot, który daje mu równą siłę? Teraz ma wszystko od Edypa bez znoju – czczą go wszyscy, wszyscy mu schlebiają, bo od jego łaski wiele zależy. Dlaczego miałby to porzucić? „Nie wykolei się człowiek rozważny".
Jako dowód proponuje zapytać wyroczni w Delfach, czy w całej prawdzie oddał głos boga. A gdyby Edyp poznał, że Kreon knował spisek z wróżbitą – „to chwyć mnie i zabij dwoistym, moim i twoim wyrokiem". Ale niesprawiedliwe jest „bez wszelkiej przyczyny złych mienić prawymi, ni prawych złymi". Dobrego przyjaciela odrzucić to jak wyzbywać się drogiego skarbu. Czas to pokaże – „cnocie czas jeden świadectwo wystawi, a złość nieprawych dzień jeden wyjawi".
Chór przyznaje rację Kreonowi i zaleca Edypowi ostrożność: „człek porywczy zbyt łatwo się potknie". Edyp odpowiada, że gdy spisek nadchodzi nagle i chyłkiem, on też musi być nagły w rozmyśle. Gdyby trwał w spokoju, Kreon dokonałby dzieła.
Kreon pyta wprost: „Cóż więc zamierzasz? Czy z kraju mnie wygnać?" Edyp: „Nic mniej; chcę śmierci twojej, nie wygnania". Każe najpierw udowodnić, w czym jest wina. Kreon odpowiada: „Mam ją dla siebie. Ty złym jesteś człekiem". Edyp: „Jednak słuchać trzeba". Kreon: „A gdybyś błądził?" Edyp: „I złego pana?"
Interwencja Jokasty
Z pałacu wychodzi Jokasta i gani obu: „Czemu, nieszczęśni, jątrzycie się słowy? Nie wstyd wam ludzi, gdy ogół choruje, własne poruszać spory i zatargi?" Każe Edypowi wejść do domu, a Kreonowi iść swoją drogą – „by błahych żalów nie spiętrzać nad miarę".
Kreon zwraca się do siostry: mąż jej miota straszne groźby – albo wygnanie, albo śmierć. Edyp potwierdza: „Tak jest, bom schwycił na złych go zamysłach podstępnie przeciw mej knutej osobie".
Kreon przysięga uroczyście: „Niech bym nie uszedł, lecz zginął pod klątwą, jeśli prawdziwe twoje oskarżenia". Jokasta błaga Edypa, by uwierzył tej przysiędze – „bacząc nasamprzód na święte zaklęcia, a potem na mnie i tych, co obecni".
Chór przyłącza się do próśb: „Usłuchaj chętnie i mądrze, o to cię błagam, mój władco!" Edyp pyta, w czym ma ustąpić. Chór: „Że pozwał bogów, nie mieć bez przyczyny hańbiącej winy!" Edyp zdaje sobie sprawę, że tego żądając, żądają jego śmierci lub wygnania. Chór przysięga na Słońce, że jeśli kiedykolwiek w duszy jego taka myśl postała, niech zginie marnym zgonem – ale serce ma zgnębione, gdy do nieszczęść miasta dochodzi klęska braterskiej waśni.
Edyp ustępuje: „Niech więc on idzie, choćbym i ze szczętem miał zginąć, albo z hańbą być wygnanym. Litość mą budzą twe słowa, nie jego. Moja nienawiść wszędzie go doścignie".
Kreon odchodzi, komentując: „Zżymasz się jeszcze, kiedy ustępujesz, zgnębionym jesteś, gdy gniew twój przycichnie. Takie natury są sobie katuszą".
Relacja Jokasty
Jokasta pyta, co zaszło między nimi. Edyp wyjaśnia krótko: Kreon miota oskarżenia, że Edyp jest mordercą Lajosa. Jokasta pyta, czy to z własnej wiedzy, czy z posłuchu. Edyp: „Nasłał wróżbitę przewrotnego".
Jokasta reaguje stanowczo: „Ty więc nie bacząc wiele na te rzeczy, mnie raczej słuchaj" – niech Edyp wie, że „śmiertelnych sztuka wróżenia nie ima się wcale". Składa „stanowcze dowody":
Lajos otrzymał wróżbę (nie od samego Apollina, lecz od jego służby), że kiedyś śmierć go spotka z rąk syna, który zrodzi się z niego i z jej łona. „A wszakże jego, jak wieść niesie, obce zabiły zbiry w troistym rozdrożu". A niemowlę? Gdy trzeci dzień świtał, Lajos przebił mu kostki u nóg i wysadził „ręką obcą gdzieś w górskich ostępach".
Więc Apollo nie dopełnił tego, by syn powalił ojca, ani groźby, że Lajos legnie pod syna zamachem – „a tak głosiły przecie przepowiednie". Jokasta konkluduje: „Nie troszcz się o nie. Gdy tajemnej toni bóg chce co wydrzeć, on sam to odsłoni".
Niepokój Edypa
Słowa Jokasty wywołują w Edypie dokładnie odwrotny skutek – „jakiż mną owładnął, żono, niepokój i ducha wzruszenie!" Pyta o szczegóły: gdzie dokładnie zginął Lajos? Jokasta: „Focydą zwie się kraj ów, a dwie drogi z Delf i Daulidy zbiegają się w jedną".
Jak dawno? Jokasta: „Na krótko, nim ty władcą tej krainy zostałeś". Jak wyglądał Lajos? Jokasta: „Smagły był, włosów bielała już wełna, od twej postawy niewiele się różnił".
Edyp jęczy: „Biada mi, straszną rzuciłem ja klątwę, jak się wydaje, nieświadom na siebie!" Drży, że wróżbiarz „nie całkiem był ślepym". Prosi o jeszcze jeden szczegół: czy Lajos jechał skromnie, czy z liczną drużyną? Jokasta: „Pięciu ich było, a wśród nich obwiestnik; wóz tylko jeden Lajosowi służył".
Edyp: „Biada – już świta zupełnie!" Pyta, kto przekazał te szczegóły. Jokasta: jeden ze służby, który uszedł. Czy jest w domu? Nie – gdy wrócił i zobaczył, że Edyp u steru, a Lajos zabity, błagał pokornie, by go posłano na wieś między trzody, „tak iżby najmniej oglądał to miasto". Jokasta go puściła.
Edyp: „Niechby on tu się pojawił co żywo!" Jokasta pyta o powód. Edyp: „Boję się, żono, żem orzekł zbyt wiele". Jeśli sługa potwierdzi, że Lajosa zabiło wielu zbójców – Edyp jest wolny, bo jeden i wielu to nie to samo. Ale gdyby wspomniał o jednym podróżnym...
Wyznanie Edypa
Edyp opowiada Jokaście swoją historię. Ojcem był Polybos z Koryntu, matką Meropa z Dorydy. Zażywał tam wielkiej czci, aż pewnego dnia podczas biesiady podniecony winem mąż rzucił mu w twarz, że jest podrzutkiem. Edyp, choć gniewny, umiał się powstrzymać, ale nazajutrz badał rodziców. Oni żywili wielki żal do sprawcy obelgi, co Edypa cieszyło – ale słowa „ciągle truły i snuły się w myśli".
Bez wiedzy rodziców poszedł do Delf. Apollo nie odkrył tego, o co pytał, ale wypowiedział straszne wróżby: że skaże matkę w łożu, spłodzi ród budzący odrazę i zabije własnego rodzica.
Edyp postanowił nigdy nie wracać do Koryntu. Kroczył naprzód, kierując się gwiazdami. Gdy zbliżył się do „troistego rozdroża", spotkał obwiestnika i człowieka w wozie zaprzężonym w konie – tak jak opisała Jokasta. Woźnica i starzec gwałtem spędzali go z drogi. Woźnica go potrącił. Gdy to zobaczył starzec, uderzył Edypa ościeniem kolczastym w głowę. Edyp „oddał z lichwą" – ugodzony kosturem starzec runął na wznak ze środka siedzenia. „Tnę potem drugich".
„Jeśli obcego łączyło jakie z Lajosem krewieństwo, to któż nędzniejszym byłby od zabójcy?" Obcym ni rodakom nie wolno go przyjąć, rozmawiać z nim – trzeba go odpędzić. A przecież tę klątwę sam na siebie rzucił! Ręką kala teraz łoże ofiary.
„Czyż ja nie zhańbiony? Nie zbezczeszczony doszczętnie?" Jeśli musi się tułać, nie zobaczy swoich bliskich ani ojczyzny – inaczej musiałby poślubić matkę i zabić Polybosa, który mu dał życie. „Kto by w tym widział srogiego demona dopust, czyż domysł ten byłby fałszywym?"
Edyp błaga bogów, by nie dożył tego dnia – niech raczej zginie „z pośród śmiertelnych, nim takie nieszczęście ostrzem w moją ugodzi głowę".
Nadzieja w świadku
Jokasta: „Strasznym to, panie, lecz póki ów świadek prawdy nie wyzna, trwaj jeszcze w nadziei". Edyp pyta, jaką otuchę opiera na tym człowieku.
Jokasta: jeśliby tak samo mówił jak przedtem – że zabójców było kilku – Edyp jest wolny od winy, bo jeden i wielu to nie to samo. A gdyby nawet odstąpił od słów, to i tak zgon Lajosa nie spełnił wróżby. Apollo groził, że Lajos zginie od syna – a nieszczęsny syn nie zabił go, bo sam „dokonał już przedtem żywota".
Jokasta: „Ja więc na słowa wróżbiarzy ni tyle się nie oglądam, a tyle je ważę". Edyp przyznaje jej rację, ale prosi o posłanie po pasterza. Jokasta obiecuje natychmiast wysłać posłańca i zaprasza męża do domu.
Stasimon II (w. 863–910): Pieśń o pysze i prawach boskich
Chór śpiewa o świętych prawach: „Niech bym ja słowom i sprawom, co święte, cześć wierną dał i pokłony". Strzegą ich prawa „w eterze poczęte, nadziemskie zakony" – Olimp im ojcem, bo „z ziemskiego łona takie nie poczną się płody, ani ich fala zapomnień pokona". W nich trwa „Bóg wielki, mocny, wiecznie młody".
Pieśń ostrzega przed pychą (hybris): „Pycha rodzi tyranów; gdy pychy tej szały prawa i miarę przekroczą, runie na głowę ze stromej gdzieś skały, gdzie głębie zgubą się mroczą". Prosi boga, by „zbawił tego, co nas ratował w niedoli" – bóg jest ostoją i obrońcą.
Ale ostrzega tych, którzy słowem lub czynem obrażają „prawa święte i bóstw trony" – niech ich „straszny dogna los, skarci dumy wzlot szalonej", gdy za brudnym zyskiem gonią i od złych ludzi nie stronią, gdy świętość skazą plamią. „Któż by jeszcze się chełpił, iż kary on groty i bogów odeprze gniewy?"
Chór zadaje dramatyczne pytanie: „Jeśliby takie cześć miały roboty, na cóż me tańce i śpiewy?" Grozi, że nie pójdzie do Olimpii, do Delf ani do abejskiego chramu, „aż niebo swym wszechwidnym znakiem mowom ludzi zada kłam".
Ostatnia strofa jest bezpośrednim zarzutem wobec sceptycyzmu Jokasty: „O Zeusie, jeśliś ty panem niebiosów, o wszechwładco ziemi losów, bacz na krnąbrność ludzkich głosów". Co bóg o Lajosie wieścił, „mają już za sen i mary, i Apollo już bez części! Wniwecz idą wiary".
Epejsodion III (w. 911–1085): Posłaniec z Koryntu
Modlitwa Jokasty
Jokasta wychodzi z pałacu z wieńcami i kadzidłem – zamierza złożyć ofiarę bogom. Wyjaśnia, że troski różne zawładnęły nadmiernie duchem Edypa – nie waży on nowych wieści według dawnych, lecz poddaje się tym, co grozę wróżą. Skoro jej słowa nie wlały otuchy, zwraca się bezpośrednio do Apollina (tego samego, z którego co dopiero się natrząsała): „żebyś nam ulgi przysporzył ty zbożnej. Bo teraz my tu wszyscy zatroskani, patrząc na trwogi sternika tej nawy".
Przybycie posłańca
W tej chwili wchodzi starszy mężczyzna – posłaniec z Koryntu. Pyta uprzejmie, gdzie mieszka król Edyp. Chór wskazuje dom i Jokastę jako „prawą małżonkę". Posłaniec życzy jej szczęścia ze szczęsnymi. Jokasta odwzajemnia życzenie i pyta o cel przybycia.
Posłaniec: „Dobrą wieść niosę dla domu i męża". Jokasta pyta, jaką i skąd przybywa. Posłaniec: „Z Koryntu – słowa, które wnet wypowiem, sprawią ci radość – a może i troskę". Co może mieć podwójną siłę? Posłaniec: „Jego chcą ludzie istmijskiej krainy posadzić na tron; tak o tym mówiono".
Jokasta: „Cóż? Czyż już stary Polybos nie rządzi?" Posłaniec: „Przestał, bo śmierć go zabrała do grobu". Jokasta: „Cóż znowu? Umarł więc, starcze, Polybos?" Posłaniec: „Niech zginę, jeśli prawdy nie wyrzekłem".
Jokasta natychmiast wysyła służebną po Edypa. Raduje się: „O bogów wyrocznie, cóż się to stało! Z trwogi przed tym mężem uciekał Edyp, by snadź go nie zabił. A teraz los weń – nie Edyp ugodził!"
Reakcja Edypa
Edyp wychodzi z pałacu. Jokasta każe mu wysłuchać posłańca i rozważyć, „jako się pustym okazał głos bogów". Edyp pyta, co to za człowiek i co zwiastuje. Jokasta: „Idzie z Koryntu z nowiną o ojcu, że już nie żyje Polybos, że – skonał".
Edyp żąda potwierdzenia. Posłaniec potwierdza: Polybos „już poszedł na mary". Edyp pyta, czy przez podstęp czy chorobę. Posłaniec: „Drobna niekiedy rzecz starca powali" – i z słabości, i „z miary wieku, która nań przypadła".
Edyp wykrzykuje triumfalnie: „Przebóg! Po cóżby, o żono, kto zważał na Pytii trony, niebieskie świergoty ptaków, za których to głosów przewodem ja ojcobójcą być miałem? Toć teraz ten już pod ziemią, a ja zaś oszczepu ani się tknąłem – więc chyba tęsknota za mną go zmogła; tak byłbym zabójcą. Zabrawszy tedy grożące wyrocznie, legł on w Hadesie i starł je na nice".
Jokasta: „Czy nie mówiłam ci tego już dawno?" Edyp: „Mówiłaś, ale mną władnęła trwoga". Jokasta: „Nadal więc nie bierz tych rzeczy do serca".
Pozostały lęk
Edyp: „Lecz matki łoże, czyż nie ma mnie trwożyć?" Jokasta odpowiada filozoficznie: „Czemuż by troskał się człowiek, co w ręku losu, przyszłości przewidzieć nie zdolny? Jeszcze najlepiej żyć tak – od dnia do dnia". Radzi nie bać się „miłostek z matką", bo „wielu ludzi już we śnie z matkami się miłowało; swobodnie ten żyje, kto snu mamidła lekko sobie waży".
Edyp: „Pięknem byłoby to wszystko, coś rzekła, gdyby nie matka – przy życiu; że żyje, choć pięknie mówisz, ja muszę się trwożyć".
Objawienie posłańca
Posłaniec pyta, jaka niewiasta tak ich trwoży. Jokasta: „Meropa, starcze, żona Polybosa". Posłaniec pyta o powód grozy. Edyp wyjaśnia: „Straszliwa wróżba zesłana od bogów" – Loksias (Apollo) mu zwiastował, że obejmie matkę na łożu i przeleje krew własnego ojca. „Przeto ja długo, by złego się ustrzec, mijałem Korynt".
Posłaniec: „Czemuż więc dotąd, o władco, z tej trwogi cię nie wywiodłem, gdym przybył tu chętny?" Dlaczego? „Po to tu przybył, by skoro do domu wrócisz, i mnie się też co okroiło" (liczy na nagrodę).
Edyp: „O! Z rodzicami nie stanę pospołu!" Posłaniec: „Synu, toć jasnym, iż nie wiesz, co czynisz". Edyp: „Jak to, mój stary, poucz mnie, na bogi!" Posłaniec: „Czyż dla tych ludzi unikasz ty domu?" Edyp: „W trwodze, by Febus się jasno nie ziścił". Posłaniec: „Byś od rodziców nie przejął zakały?" Edyp: „To właśnie ciągle, o starcze, mnie trwoży".
I wtedy pada kluczowe słowo: „Więc nie wiesz, że się strachasz bez powodu". Edyp: „Jakoż? Gdy jestem tych dzieckiem rodziców". Posłaniec: „Polybos tobie żadnym nie był krewnym".
Edyp jest wstrząśnięty: „Cóż to, Polybos nie byłby mi ojcem?" Posłaniec: „Nie więcej ojcem ode mnie, lecz równym". Edyp: „Skąd by się ojciec z tym równał, co nie jest?" Posłaniec: „Wszakże ni ja cię spłodziłem, ni tamten". Edyp: „Więc skądże wtedy on mienił mnie synem?" Posłaniec: „Wiedz, iż z rąk moich otrzymał cię w darze".
Edyp: „I z obcej ręki przyjąwszy, tak kochał?" Posłaniec: „Bezdzietność takie mu dała uczucia". Edyp: „A tyś mnie kupił, czy znalazł przypadkiem?" Posłaniec: „Znalazłem w krętych Kiteronu jarach".
Edyp: „Jakże dostałeś się do tych ostępów?" Posłaniec: „Górskiemu bydłu za pastucha byłem". Edyp: „Pastuchem byłeś wędrownym i płatnym?" Posłaniec: „I twym wybawcą natenczas, o synu".
Edyp pyta, w jakiej potrzebie go spotkał. Posłaniec: „Stopy nóg twoich dać mogą świadectwo". Edyp: „Biada mi, dawne wspominasz niedole". Posłaniec: „Ja zdjąłem pęta z twoich stóp przebitych". Edyp: „Z pieluch więc straszną wyniosłem ohydę?" Posłaniec: „Od nóg nabrzmiałych nadano ci imię" (Oidipus = „obrzmiałonogi").
Edyp: „Przebóg, mów, ojciec je nadał czy matka?" Posłaniec: „Nie wiem, wie lepiej ten, co mi cię zwierzył". Edyp: „Nie sam mnie zszedłeś, lecz z innej wziąłeś ręki?" Posłaniec: „Nie sam, lecz inny cię wydał mi pastuch".
Edyp: „Któż on? Czy zdołasz go jeszcze oznaczyć?" Posłaniec: „Mówiono, że był u Lajosa w służbie". Edyp: „W służbie u króla dawnego tej ziemi?" Posłaniec: „Ażużci; pasał on Lajosa trzody". Edyp: „Czy on przy życiu, czy mógłbym go widzieć?"
Posłaniec wskazuje na miejscowych – oni wiedzą lepiej. Edyp zwraca się do chóru. Przodownik odpowiada: „Nie znam innego krom sługi, którego wezwać już z pola kazałeś. Jokasta chyba najlepszej udzieli wskazówki".
Ucieczka Jokasty
Edyp pyta żonę, czy pasterz, po którego posłali, to ten sam człowiek. Jokasta: „Cóż? Kto mu w myśli? Nie zważaj ty na to, słów tu mówionych nie pomnij na próżno".
Edyp: „Rzecz niepodobna, bym takie poszlaki dzierżąc, nie badał mego pochodzenia". Jokasta błaga: „Jeśli, na bogów, życie tobie miłe, nie badaj tego; mej starczy katuszy".
Edyp: „Odwagi! Nic ci nie ujmie, chociażbym z dziadów i ojców pochodził niewoli". Jokasta: „Jednak mnie słuchaj, błagam, nie czyń tego!" Edyp: „Zbytnia uległość nie zawrze mi prawdy". Jokasta: „Z serca najlepszą ci służę poradą". Edyp: „Co zwiesz najlepszym, od dawna mnie dręczy".
Jokasta krzyczy: „Nieszczęsny, niech byś nie wiedział, kim jesteś!" Edyp: „Czyż mi nie stawią wnet tego pastucha? Ta – niech się cieszy świetnością swych przodków".
Jokasta wypowiada ostatnie słowa: „Biada, nieszczęsny, to jedno już słowo rzeknę, a głos ten już będzie ostatnim" – i wybiega z sceny do wnętrza pałacu.
Chór pyta, dlaczego wypadła w tak „dzikiej rozpaczy". Edyp odpowiada: „Niech się zrywa!" – ona, jako wyniosła niewiasta, może się wstydzić jego „nędzy". On sam uważa się za „syna losu dobrotliwego", a miesiące (upływający czas) dawały mu „i szmaty i szkarłaty". Wobec tej „matki" nie boi się zmiany – musi poznać w pełni swe pochodzenie.
Stasimon III (w. 1086–1109): Radosna pieśń (tragiczna ironia)
Chór śpiewa krótką, pozornie radosną pieśń – nie rozumiejąc jeszcze prawdy. „Jeśli to nie sen, nie złuda, jutro, gdy skała twa, o Kiteronie, w pełni miesiąca zapłonie, wysławię cześć twą i cuda".
Zaśpiewają pieśń wielką, nazywając Kiteron „matką i żywicielką" Edypa. Pląsem uczczą go, że był ostoją władcom. „A ty, Febie, zawtóruj!"
Spekulują radośnie o pochodzeniu Edypa: Jakaż go zrodziła dziewica (nimfa)? Czy ojcem był Pan (bóg natury), czy Apollo „na szczytów cichej polanie"? Czy Hermes, „co włada w kyllenejskim jarze", czy Bakchus „lśniący na wirchów gdzieś tronie" – który od „krasnych dziewic otrzymał cię w darze, nimf w Helikonie"?
Epejsodion IV (w. 1110–1185): Przesłuchanie pasterza
Rozpoznanie pasterza
Edyp zauważa nadchodzącego starca: domyśla się, że to poszukiwany pasterz – wiek się zgadza, a prowadzą go ludzie Edypa. Przodownik chóru potwierdza: „On to, mój panie, wśród domu Lajosa wiernym był sługą, jak mało kto inny".
Edyp pyta najpierw posłańca korynckiego: „Czyś tego mienił?" Posłaniec: „Tego, co tu stanął".
Edyp zwraca się do starego sługi: „Starcze, patrz na mnie i wręcz odpowiadaj, gdy spytam. Byłeś ty sługą Lajosa?" Pasterz: „Tak, byłem sługą domowym, nie kupnym". Edyp: „Jakie tu miałeś zajęcia i służbę?" Pasterz: „Najwięcej, panie, chodziłem za bydłem". Edyp: „A w jakich miejscach miałeś twe szałasy?" Pasterz: „Na Kiteronie i bliskich polanach".
Edyp pyta, czy widział kiedyś posłańca korynckiego. Pasterz: „Przy jakiej sprawie? Kogóż masz na myśli?" Edyp wskazuje: „Tego tu, czyś ty z nim zadał się kiedy?" Pasterz: „Na razie ciężko to sobie przypomnieć".
Konfrontacja
Posłaniec wtrąca: „Nie dziw, o panie! Ja wraz mu przypomnę to, co zabaczył. Bo wiem to ja przecie, jakośmy trzy lata w ciepłych miesiącach wyganiali trzody tu na Kiteron; gdy zima nastała, ja przepędzałem bydło do mych stajni, on do Lajosa obory; no! mówże, czy tak się działo, czy zmyślam te rzeczy?"
Pasterz przyznaje niechętnie: „Będzie to prawda – choć temu już dawno". Posłaniec ciągnie: „Więc powiedz dalej, czy pomnisz, żeś dziecko oddał mi jakieś na pielęgnowanie?"
Pasterz wybucha: „Cóż to, po cóż mi pytanie to stawiasz?" Posłaniec: „Oto ten, kumie, co wtedy był dzieckiem". Pasterz: „Cóż ty, do licha, nie zamkniesz raz gęby?"
Edyp interweniuje: „Nie łaj go, stary, bo raczej twe słowa zgromić należy". Pasterz: „W czymże ja, dobry panie, zawiniłem?" Edyp: „Że przeczysz dziecku, za którym on śledzi". Pasterz: „Plecie bo na wiatr, nie wiedzieć dlaczego". Edyp: „Nie zeznasz z chęcią, to zeznasz pod batem".
Pasterz błaga: „Przebóg, nie smagaj, o panie, staruszka". Edyp: „Niechaj mu ręce spętają na grzbiecie!" Pasterz: „Za co? O biada! Jakiej chcesz nowiny?" Edyp: „Czyś dał mu dziecię, o które się pyta?"
Pasterz załamuje się: „Dałem; bodajbym dnia tego był zginął". Edyp: „Przyjdzie do tego, gdy prawdy nie zeznasz". Pasterz: „Doszczętniej zginę, skoro ją wypowiem".
Edyp: „Człowiek ten szuka, jak widać, wykrętów". Pasterz: „O nie, toć rzekłem, iż dałem je dawno". Edyp: „Skąd wziąłeś? Z domu? Czy dał ci je inny?" Pasterz: „Moim nie było, z innej wziąłem ręki".
Edyp: „Któż był tym mężem, z jakiego on domu?" Pasterz błaga: „Na boga, panie, nie pytaj mnie więcej!" Edyp: „Zginąłeś, jeśli raz pytać nie dosyć". Pasterz: „A więc – z Lajosa to było pomiotu". Edyp: „Czy z niewolnicy, czy też z krwi szlachetnej?"
Pasterz: „Biada, ma mowa tuż u grozy kresu". Edyp: „I słuch mój również, lecz słuchać mi trzeba".
Pasterz wyzna wszystko: „Zwano go synem jego; lecz twa żona najlepiej powie, jak rzeczy się miały". Edyp: „Czy tedy ona oddała?" Pasterz: „Tak, panie". Edyp: „W jakim celu?" Pasterz: „Bym zabił to dziecię". Edyp: „Wyrodna matka!" Pasterz: „Trwożyły ją wróżby".
Edyp: „Jakie?" Pasterz: „Że dziecko to ojca zabije". Edyp: „Po cóż je tedy oddałeś tamtemu?" Pasterz: „Z litości, panie; myślałem, że weźmie dziecię do kraju, skąd przybył; i otóż on je zratował na zgubę, bo jeśli tyś owym dzieckiem, to jesteś nędzarzem".
Załamanie Edypa
Edyp krzyczy: „Biada, już jawnym to, czegom pożądał! O słońce, niech bym już cię nie oglądał! Życie mam, skąd nie przystoi, i żyłem, z kim nie przystało – a swoich zabiłem!" – i wybiega do wnętrza pałacu.
Stasimon IV (w. 1186–1222): Pieśń nad martwotą życia
Chór śpiewa najsmutniejszą pieśń tragedii – „Miserere" nad marnością życia:
„O śmiertelnych pokolenia! Życie wasze, to cień cienia. Bo któryż człowiek więcej tu szczęścia zażyje nad to, co w sennych rojeniach uwije, aby potem z biegiem zdarzeń po snu chwili runąć z marzeń".
Los Edypa jest im „jakby głosem żywym, bym żadnego śmiertelnika nie zwał już szczęśliwym". Edyp miotał strzały gdzieś daleko „za granice zwykłych szczęść i chwały", pokonał „wróżą dziewicę, ostrzem zbrojną szponów" (Sfinksa). Stanął jako wieża obronna, lud go wywyższył ku niebom, by był królem Teb.
„A dziś kogo większa moc klęsk i złego gnębi? Któż w czarniejszą runął noc do nieszczęścia głębi?" Edypa wysławiona głowo, „jednej starczyło przystanie na syna, ojca, kochanie i jednego łona".
„Jakoż cię mogły znosić do tej pory w milczeniu ojca ugory?" Czas wszystko widzi – odkrył „ślub nieślubny", zemsta zgoni „płodzących i płód".
„O niechaj byś się, Lajosa dziecię, nigdy nie był zjawił!" – nie byliby teraz skrwawieni rozpaczą. Edyp kiedyś otworzył im oczy – dziś grąży ich w mroczy.
Exodos (od w. 1223): Katastrofa i lament
Relacja posłańca domowego
Z pałacu wychodzi sługa z wieścią: „O wy, którzyście starszyzną tej ziemi, jakież będziecie wnet słyszeć i widzieć klęski i jakiej doznacie boleści, jeżeli trwacie w miłości tych domów".
Nawet wody Istru i Fazu (dwóch największych rzek Europy i Azji) nie zmyją „kałów, co kryją się w wnętrzu tego domostwa i wyjrzą na światło". To dzieła woli – „a najgorszą męką ta, którą człowiek własną ściągnie ręką".
Chór mówi, że to, co dotąd wiedzą, daje dość żałoby i jęków. Cóż nadto? Sługa: „By jednym słowem wyrzec i pouczyć, wiedzcie, że boska Jokasta nie żyje".
Chór pyta, jak zginęła. Sługa oszczędzi im najgorszego, bo nie patrzyli – ale opowie, co pamięta.
Śmierć Jokasty
Gdy Jokasta wbiegła w szale rozpaczy do przedsionka, pobiegła prosto do łożnicy, targając włosy obiema rękami. Drzwi za sobą gwałtownie zamknęła. Wzywała cieni zmarłego Lajosa, pamiętna dawnej miłości, od której on zginął – „matkę zostawiając na to, aby płodziła dalej z własnym płodem".
Jęknęła nad łożem, „co dało nieszczęsnej męża po mężu i po dzieciach dzieci". Jak wśród tego skończyła, sługa już nie widział – bo wyjąc Edyp wbiegł do środka.
Szał Edypa
Edyp biegał, żądając oszczepu, wołając „gdzie żona – nie żona, gdzie rola dwoista, której był siewcą i siewem". Duch (demon) chyba mu wskazał – nikt z ludzi. Z krzykiem strasznym, jakby za przewodem, runął ku odrzwiom, wysadził bramę z zawiasów i wpadł do komnaty.
Tam zobaczyli niewiastę wisząąą, zdławioną chustką. Edyp na ten widok „z wyciem okropnym, nieszczęsny, rozplątał węzeł ofiary". Gdy ciało zwisło na ziemię, nastąpiła podwójna groza.
Edyp wyrwał złociste sprzączki z szaty Jokasty, którymi spinała suknie. Wzniósł je i wbił w swoje źrenice, jęcząc: „Że dotąd wyście nie widziały, co ja cierpiałem i cóż ja popełnił, przeto na przyszłość w ciemności dojrzycie, czego bym nie chciał, co chcę, nie poznacie".
Wśród takich zaklęć raz za razem wymierzał ciosy w powieki. Wydarte źrenice zbarwiły lica – krew nie ściekała kroplami, lecz pełnym strumieniem, z ran sączyła czarna posoka.
„To się z obojgu zerwało nieszczęście, nieszczęście wspólne mężowi i żonie". Dawniej była tu świetność prawdziwa – „w dniu jednak dzisiejszym nastała groza, śmierć, hańba i jęki. Nie brak niczego, co złem się nazywa".
Chór pyta o obecny stan Edypa. Sługa: „Krzyczy, by bramy rozwarto i Tebom wskazano tego, co ojca zamordował, co matkę –" (wstręt mu wyrzec te słowa). Woła, że odchodzi z kraju pod klątwą – jak sam się zaklinał. „Lecz brak mu siły i brak przewodnika, bo złe zbyt ciężkie na niego runęło".
Wnet to ujrzą – bo odrzwia się otwierają. „Stanie przed wzrokiem taki wam widok, że wróg by zapłakał".
Wyjście Edypa oślepionego
Edyp wychodzi z krwawymi, pustymi oczodołami. Chór śpiewa z przerażeniem: „O straszny los dla ludzkich ocz, straszniejszy cios od wszelkich klęsk, które widziałem na ziemi". Pyta, jaki szał go nagarnął, jaki duch „z nawałem burz do takiej zgrążył cię głębi"? Chciałby wiele pytać, rozważyć – ale „strach mną trzęsie i groza".
Lament Edypa
Edyp jęczy: „O biada mi, biada! Nieszczęsny ja, do jakich ziem podążę? Gdzież uleci głos? O losie, w coś ty mnie powalił?"
Chór: „W strasznego coś, co słyszeć, widzieć grozą".
Edyp: „O ciemnie, chmury, i straszne i czarne, tylu klęskami ciężarne! Biada mi! Jakże po równo w niedoli rany i pamięć mych czynów mnie boli!"
Chór: „Nie dziw, że pośród tak ogromnej męki podwójnie cierpisz, zdwojone ślesz jęki".
Edyp: „O przyjacielu! Tyś jeden nie ustał w ochocie, by nieść ulgę mej ślepocie. Nie uszło mi to! Bo chociaż mi ciemno, głos twój ja słyszę nade mną".
Chór: „O straszny czynie! O straszny demonie, któryś mu w oczy pchnął dłonie!"
Edyp wyjaśnia: „Apollo, on to sprawił, przyjaciele. On był przyczyną mej męce. Na oczy własne targnęły się ręce. Bo cóż wzrok jeszcze użyczy temu, co widząc, nie dojrzy słodyczy?"
Chór: „Tak, jako mówisz, się stało".
Edyp: „Któż by mnie witał, kto kochał w tym mieście, cóż by słuchowi ochłodę dawało?" Prosi, by go unieśli precz – jest „ziemi zakałą" i ściągnął „gniew i klątwę bogów".
Chór: „Klęska cię gnębi, świadomość cię mroczy. Czemu cię, czemu poznały me oczy?"
Edyp przeklina tego, kto go ocalił jako niemowlę: „O niechaj by się ten nie był narodził, który mnie znalazł dzieckiem opuszczonym, życie zratował i z pęt oswobodził. Czemu wtedy mym zgonem sobie i miłym nie ujął niedoli?"
Chór: „Po mojej także byłoby to woli".
Edyp: „Nie byłbym krwawych spełnił win, ni matki skalał sromu; dziś nędzny ja, wyrodny syn, zakałą jestem domu. I wszelkie klęski i katusze w głowę godzą, dręczą duszę".
Chór: „Żeś dobrze począł – nie śmiałbym ja wierzyć. Żyć w takiej ciemni! O lepiej ci nie żyć".
Edyp broni swojego czynu: „Nie praw mi tego i szczędź mi nauki!" Jak miałby patrzeć na ojca w Hadesie, jak na matkę – wobec czynów, za które żaden stryczek nie wystarczyłby jako kara? Czy widok dzieci – „skądkolwiek one" – dałby ochłodę? Nie dla niego rozkosz takiego widoku! Ani miasto, ani świątynie, ani grody – bo on sam, „najwyższą w Tebach dzierżąc chwałę", się ich zbawił, miotając złorzeczenia, by wygnać „zakałę bogów i pokolenie Lajosa".
„Czyżbym ja zdołał takie hańby znamię dźwigając, podnieść ku dzieciom me czoło?" Lepiej by też zgładził słuch – „by i ucho odtąd nie słyszało". Chciałby żyć w nieświadomym duchu, pozbawiony i wzroku, i słuchu.
Przeklina Kiteron, Koryntię, Polybosa i Meropę – „w pozłociste przybrano tam strzępy" zły dziecko z nieszczęsnych. Przeklina troiste drogi i leśne ostępy, które piły jego „ojcobójczą posokę". Przeklina „śluby, o sromy!" – które zrodziły i potem brały posiewy od własnego płodu, „jedne tu domy objęły matki i żony, i dziewy z krwi jednej, ojców i braci i syny i hańby bezdeń wśród ludzkiej rodziny".
Błaga: „Przebóg, ukryjcie mnie kędyś w oddali, zabijcie, albo w toń morza odludną strąćcie. Bierzcie mnie! Dalej, bez trwogi, bo takiej ohydy żaden śmiertelnik już po mnie nie dźwignie".
Przybycie Kreona
Wchodzi Kreon. Edyp jęczy: „Biada mi! Cóż ja do niego wyrzeknę? Czyż on zawierzy? W ostatnich bo czasach srodze ja wobec niego zawiniłem".
Kreon odpowiada godnie: „Nie by urągać przyszedłem, Edypie, nie by cię gromić za dawniejsze winy". Ale jeśli obecnym nie wstyd ludzi, niech przynajmniej baczą na „to wszechwidzące światło Heliosa" – taką ohydę trzeba ukryć, „nie ścierpi jej ani ziemia, dżdże święte, ni słońce". Każe zawrzeć Edypa w domu co prędzej – „bo tylko krewni mogą bez pochyby krwi swojej grozy i widzieć i słyszeć".
Prośby Edypa
Edyp błaga: skoro Kreon rozproszył jego trwogę i dobrotliwie się zwrócił do złego – niech uczyni to, co będzie prosił, „raczej na ciebie bacząc, niż na siebie".
Edyp prosi: „Wyrzuć co żywo mnie z tej tu krainy tam, gdzibym żadnych nie spotykał ludzi". Kreon odpowiada, że byłby to uczynił, ale wpierw chce spytać bóstwa, co czynić. Edyp: „Przecież tego wola już zjawiona: chce bezbożnego śmierci ojcobójcy". Kreon: „Taki był wyrok, lecz w dzisiejszej doli lepiej wybadać, co począć nam trzeba". Edyp: „O mnie nędznego ty badać chcesz bogów?" Kreon: „Bo i ty pono dasz teraz im wiarę".
Edyp prosi o pogrzeb dla Jokasty – „tym, co twoi, nie ujmiesz posługi". Co do siebie – niech go nie uznają godnym zamieszkiwania miasta ojczystego. Niech go puszczą „w góry, kędy mój Kiteron wystrzela w nieba", gdzie rodzice „żywemu niegdyś znaczyli mogiłę" – niech zginie od tych, co zgubić go chcieli.
Wie jednak, że „ani choroba, ni co innego mnie zmoże, ni zwali" – śmierć przeżył, by paść „w grozie wielkiej". „Niech więc się moje spełnia przeznaczenie".
O dzieci
O synów – Eteoklesie i Poliniku – Edyp się nie troszczy: „są oni mężami i nie zabraknie im życia zasobów".
Ale o córki, „biedaczki, sieroce dziewczęta", które siadywały z nim przy stole i z którymi dzielił każdą strawę – o te błaga Kreona. Prosi, by mógł je objąć rękami, opłakać. „Uczyń to, książę szlachetny!"
Kreon spełnia prośbę – wprowadzają małą Antygonę i Ismenę. Edyp, choć ślepy, słyszy ich płacz: „Cóż to? Czyż mnie słuch zwodzi, na bogi, czy słyszę głos moich pieszczot, jak kwilą?"
Kreon: „O nie! Zrobiłem po twojej ja woli, wiedząc, co serce twe zwykło radować".
Edyp błogosławi Kreona i obejmuje córki: „O dziatki! Gdzież wy? Nie stróżcie ode mnie!" – choć ich nie widzi, płacze nad nimi. Wyobraża sobie ich przyszłość: rzadki człowiek wsparcia użyczy, rzadka zabawa nie będzie miała w sobie goryczy i łez.
Gdy przyjdzie pora miłości – kto się stawi z ochotą, kto „podejmie hańbę, co groźną sromotą rodziców miażdży i dzieci przygniata"? Kto poślubi córki człowieka, który „w łożu swej matki, z której ma życie i sam się narodził", był ojcem? „To wam w twarz rzucą. Więc któż wam swe serce odda? Któż pojmie? Któż w domu ugości? Nikt!"
„O nieszczęsne! W ciężkiej poniewierze żyć wam tu przyjdzie bez czci i miłości".
Błaga Kreona, by był ojcem dla sierotek – „nie pozwól tym biednym tułać się samym wśród nędzy i głodu". Prosi: „Przyrzeknij, poręcz to, książę, mi dłonią!"
Do córek mówi: „Gdyby nie wiek wasz, o dzieci, ni głosu, ni rad bym szczędził; dziś prośbą skończycie, bym żył, gdzież dadzą, a wam z ręki losu lepsze niż ojcu przypadło tu życie".
Zakończenie
Kreon: „Łez już dosyć, dość już żalu, wstępuj więc do wnętrza już". Edyp: „Słucham, choć mi to bolesne". Kreon: „Wszystko ma swój kres i czas".
Edyp próbuje jeszcze targować się – czy otrzyma obietnicę wygnania. Kreon: „Co nastąpi, wskaże Bóg". Edyp: „Lecz ja w bogów nienawiści". Kreon: „A więc zgoda? [...] Idź, lecz wprzódy dzieci puść".
Edyp nie chce się rozstać z córkami. Kreon: „Nie chciej woli przeprzeć znów, bo coś przedtem ty osiągnął, zniszczył dalszy życia bieg".
Słowa końcowe
Chór wygłasza epilog tragedii – przestrogę dla wszystkich:
„O ojczystych Teb mieszkańcy, patrzcie teraz na Edypa, który słynne zgłębił tajnie i był z ludzi najprzedniejszym, z wyżyn swoich na nikogo ze zawiścią nie spoglądał, w jakiej nędzy go odmętach srogie losy pogrążyły.
A więc bacząc na ostatni bytu ludzi kres i dolę, śmiertelnika tu żadnego zwać szczęśliwym nie należy, aż bez cierpień i bez klęski krańców życia nie przebieży".