MaturaPolski.pl Zdaj polski na 100%

„Ojciec Goriot” – streszczenie szczegółowe (dokładne)

Powieść otwiera rozbudowany, realistyczny opis miejsca akcji — mieszczańskiej gospody (pensjonatu) Dom Vauquer przy ubogiej, posępnej ulicy Neuve-Sainte-Geneviève w Paryżu (dzielnica między łacińską a przedmieściem Saint-Marceau), której akcja rozgrywa się w 1819 roku. Narrator uprzedza, że opowie prawdziwy dramat („All is true"), zrozumiały tylko w realiach Paryża, i ironicznie zwraca się do czytelnika, który przeczytawszy o nieszczęściach ojca Goriot, „zje obiad z apetytem", składając swą nieczułość na karb autora.

Drobiazgowo, z Balzakowskim naciskiem na to, jak otoczenie odzwierciedla ludzi, opisany zostaje sam dom: ponura ulica „przypominająca więzienie", zaniedbany ogródek z nadpsutą figurą Kupidyna i wolterowską inskrypcją, żółta fasada, a wewnątrz salon i jadalnia przesiąknięte niedefiniowalną „wonią gospody" (zaduch, stęchlizna, bieda). Meble są „stare, popękane, dogorywające", ściany jadalni oklejone wyblakłym papierem ze scenami z Telemaka (uczta Kalipso), z których drwią młodsi stołownicy. Panuje tu „nędza pozbawiona strony poetycznej, nędza ukrywana, oszczędzająca się, wyszarzana".

Właścicielką jest pani Vauquer (z domu de Conflans) — pięćdziesięcioletnia wdowa prowadząca gospodę od czterdziestu lat. Narrator kreśli jej portret w pełnej harmonii z otoczeniem: obrzękła, otyła „jak szczur kościelny" twarz z nosem „na kształt papuziego dzioba", oczy o wyrazie „słodkim jak uśmiech tancerki", ale mogącym w chwili zmienić się w „pochmurne spojrzenie rachmistrza". Jest wyrachowana i chciwa („gotowa na wszystko, by polepszyć swój los"), a zarazem uchodzi wśród lokatorów za „w gruncie dobrą kobietę". Narrator podsumowuje: „Gdzie jest więzienie, tam musi być i dozorca" — pani Vauquer jest niejako uosobieniem swojej gospody. Stali mieszkańcy dostają całe utrzymanie, a przychodni stołownicy tylko obiad za 30 franków miesięcznie; posługują kucharka gruba Sylwia i służący Krzysztof.

Narrator przedstawia siedmiu stałych mieszkańców gospody, których nędza (poza panią Couture) i wytarta odzież zdradzają „dramaty spełnione lub rozwijające się". Na pierwszym piętrze mieszka pani Vauquer oraz pani Couture, wdowa po komisarzu wojennym, opiekująca się jak matka młodą Wiktoryną Taillefer. Na drugim piętrze: podstarzały, automatyczny pan Poiret (opisany jako „cień szary", pusta „sprężyna społecznego młyna") oraz tajemniczy czterdziestoletni Vautrin (o ciemnej peruce, uchodzący za byłego kupca). Na trzecim: stara panna Michonneau (o wygasłym, przejmującym chłodem wzroku, żyjąca z dożywocia zapisanego jej przez pielęgnowanego starca), były fabrykant makaronu zwany ojcem Goriot oraz — w jednym z dwóch pokoi wynajmowanych „przelotnym ptakom" — student prawa Eugeniusz de Rastignac.

Narrator kreśli portrety kluczowych postaci. Wiktoryna Taillefer to blada, delikatna, cicha dziewczyna o „chrześcijańskiej łagodności", której los „mógłby dostarczyć wątku do powieści": jej bogaty ojciec (milioner Taillefer) nie uznaje jej za córkę, wydziedziczył ją na rzecz syna, przeznaczając jej ledwie 600 franków rocznie; matka umarła z rozpaczy u dalekiej krewnej, pani Couture, która teraz się nią opiekuje i wpaja jej pobożność. Wiktoryna wciąż kocha okrutnego ojca, corocznie daremnie puka do jego drzwi z przebaczeniem, a brat przez cztery lata ani razu jej nie odwiedził.

Eugeniusz de Rastignac to młody, przystojny szlachcic z ubogiej, wielodzietnej rodziny spod Angoulême, przybyły do Paryża na studia prawnicze. Ambitny i inteligentny, marzy o świetnej przyszłości i społecznym awansie, a jego „ciekawe spostrzeżenia" oraz zręczne wejście do paryskich salonów będą motorem obserwacji całej powieści. Rodzina odmawia sobie wszystkiego, by go utrzymać.

Najbardziej zagadkową postacią jest Vautrin — potężnie zbudowany, barczysty mężczyzna o rudych włosach na rękach, twarzy „z wyrazem okrucieństwa", lecz jowialny, rubaszny i uczynny. „Zna wszystko" (okręty, prawa, więzienia), pożycza pieniądze, naprawia zamki („Znamy się na tym"), nazywa panią Vauquer maman i ma jej wytrych. Za pozorną dobrodusznością kryje jednak przerażającą głębię i tajemnicę: jego stanowcze, przenikliwe spojrzenie budzi lęk, gdyż zdradza człowieka „niezdolnego cofnąć się przed żadnym występkiem"; z pasją godną Juwenala natrząsa się z prawa i chłoszcze zakłamanie wyższych sfer, co każe przypuszczać, że skrywa jakiś mroczny sekret. Nikt nie potrafi przeniknąć jego myśli, choć on odgaduje cudze sprawy.

Wśród tego towarzystwa Wiktoryna — oczarowana zarówno siłą Vautrina, jak urodą Rastignaca — dzieli między nich przelotne spojrzenia, lecz obaj zdają się jej nie dostrzegać. Mieszkańcy gospody żyją obok siebie obojętnie, „jak para starych małżonków", wyczerpawszy zasób współczucia; wszyscy patrzą na śmierć „jako na rozwiązanie zadania nędzy". Panią Vauquer narrator nazywa władczynią tego „domu-przytułku", która żywi „galerników skazanych na karę dożywotnią".

Kozłem ofiarnym tego mikrospołeczeństwa (odzwierciedlającego całe społeczeństwo w miniaturze) jest ojciec Goriot — najdawniejszy mieszkaniec, otoczony pogardą graniczącą z nienawiścią. Narrator odsłania jego historię. Były fabrykant makaronu wprowadził się w 1813 roku jako człowiek zamożny (zajmował najlepsze mieszkanie za 1200 franków, miał piękną garderobę — 18 holenderskich koszul, brylantowe szpilki, mnóstwo srebra, dochód szacowany na 8–10 tysięcy franków). Ze wzruszeniem pokazywał pani Vauquer srebra — pamiątki po zmarłej żonie, którą wspominał z czułością.

To skłoniło panią Vauquer do planu poślubienia go: marzyła, by „zrzucić całun Vauquera" i zostać panią Goriot, sprzedać gospodę i wejść do mieszczańskiego świata (zataiła, że sama uzbierała 40 tysięcy franków). Przez trzy miesiące stroiła się i zabiegała o niego. W to wplata się epizod z rzekomą hrabiną de l'Ambermesnil — awanturnicą, którą zwabiło ogłoszenie gospody; udając przyjaciółkę, obiecywała wybadać Goriota, lecz sama próbowała go usidlić, a gdy jej się nie udało (Goriot okazał się nieufny i oporny), uciekła nie zapłaciwszy za pół roku. Rozczarowana pani Vauquer, obwiniając o wszystko Goriota, przerzuca miłość w nienawiść i rozpoczyna serię drobnych, złośliwych prześladowań — zaczynając od odebrania mu dodatkowych wygód w gospodzie.

Kluczowe jest to, że Goriot z roku na rok ubożeje i podupada — z zamożnego, szanowanego „pana Goriot" staje się coraz nędzniejszym „ojcem Goriot", schodzi na coraz gorsze piętra i pokoje, wyzbywa się srebra. Ta tajemnicza degradacja (której przyczyny na razie nikt nie zna) czyni go w oczach mieszkańców pośmiewiskiem i przedmiotem pogardy — narrator zapowiada, że jej wyjaśnienie jest sednem „dramatu".

Nieufność gospodyni potęgują tajemnicze wizyty pięknych, elegancko ubranych kobiet u Goriota. Pani Vauquer i Sylwia biorą je za jego kochanki („Oto i druga!… trzecia!… czwarta!") i uznają starca za starego rozpustnika, zwłaszcza że nie mogą uwierzyć, by takie wytworne damy były córkami skromnego fabrykanta. Goriot z dumą tłumaczy, że to jego dwie córki — lecz nikt mu nie wierzy. Wokół jego osoby narastają najdziksze plotki: że gra na giełdzie, że jest szulerem, szpiegiem policyjnym, lichwiarzem-sknerą, rozpustnikiem — „istotą tajemniczą, obarczoną wszystkim, co może się wyrodzić z występku".

Goriot tymczasem ubożeje coraz bardziej: schodzi na trzecie piętro (45 franków), rezygnuje z tabaki i fryzjera, wyzbywa się brylantów, srebra i pięknej bielizny, wdziewa nędzne ubranie. Fizycznie degraduje się w oczach wszystkich — z pulchnego, młodo wyglądającego sześćdziesięciolatka staje się drżącym, wybladłym, osowiałym starcem o zżółkłych, załzawionych oczach; studenci medycyny orzekają, że „wpadł w kretynizm". Pani Vauquer podsumowuje z „surową logiką": gdyby jego córki były naprawdę bogate, nie mieszkałby na trzecim piętrze za 45 franków. Pod koniec listopada 1819 (początek akcji) wszyscy w gospodzie uważają go za zidiociałego, zniedołężniałego rozpustnika, który „nigdy nie miał ani żony, ani córki".

Narrator powraca do Eugeniusza de Rastignac. Pierwszy rok studiów spędził na poznawaniu rozkoszy i tajników Paryża, przechodząc „szkołę" ambicji: podziwiając paryskie salony i powozy na Polach Elizejskich, zaczął ich zazdrościć i pragnąć awansu. Wróciwszy na wakacje do ubogiej rodziny (majątek pod Angoulême dający ~3 tysiące franków rocznie, z których 1200 z trudem oszczędzano na jego utrzymanie), dopiero teraz w pełni pojął niedostatek swoich bliskich (ojca, matki, dwóch braci, dwóch sióstr i ciotki), ich drobiazgowe wyrzeczenia. Świadom, że na nim opiera się przyszłość całej rodziny, tym goręcej zapragnął się wywyższyć — początkowo, „wzorem dusz wzniosłych", postanawiając zawdzięczać wszystko własnej zasłudze i pracy.

Szybko jednak Eugeniusz pojmuje, jak wielką rolę w karierze grają kobiety i koneksje, i postanawia zdobyć wpływowe protektorki. Jego ciotka pani de Marcillac (niegdyś bywała u dworu) wskazuje mu bogatą krewną — wicehrabinę de Beauséant, jedną z najświetniejszych dam przedmieścia Saint-Germain — i pisze do niej list polecający. Wicehrabina zaprasza Rastignaca na bal. Na balu olśniony blaskiem arystokracji student zakochuje się w pięknej hrabinie Anastazji de Restaud (nazywanej „koniem czystej krwi"), tańczy z nią i uzyskuje zaproszenie do jej domu przy ulicy du Helder. Przed Rastignakiem otwierają się dwa światy — salony na Saint-Germain (u Beauséant) i na Chaussée-d'Antin (u Restaud) — a on, młody, przystojny i ambitny, marzy o wielkiej karierze zdobywanej przez kobiety.

Wróciwszy nocą do gospody, Eugeniusz — postanawiając odtąd pracować — snuje marzenia o pani de Restaud. Przerywa mu jęk zza ściany. Zajrzawszy przez dziurkę od klucza do pokoju ojca Goriot, widzi zdumiewającą scenę: starzec przytwierdza do stołu srebrny wyzłacany półmisek i wazę, po czym z niezwykłą siłą zgniata je sznurem w bezkształtną bryłę i wytacza z niej „walec" (sztabę srebra), po czym ze łzami w oczach szepcze: „Biedne dziecię!". Rastignac bierze go najpierw za złodzieja lub wariata, ale scena budzi w nim litość. Tej samej nocy słyszy też tajemnicze kroki i brzęk złota u Vautrina, przyjmującego nocnych gości. „Ile tu tajemnic w tej gospodzie mieszczańskiej!" — konstatuje. Nazajutrz rano służący (Krzysztof i Sylwia) plotkują: Vautrin znów przyjmował gości i dał Krzysztofowi pieniądze za milczenie; ktoś obcy wypytywał na mieście, czy Vautrin czerni faworyty i zmienia koszule — a Goriot znów wyszedł skoro świt z twardym „jak żelazo" pakunkiem (ową sztabą srebra).

Przy śniadaniu Vautrin ujawnia, co wyśledził: ojciec Goriot był u złotnika na ulicy Dauphine i sprzedał zgnieciony srebrny serwis, po czym udał się do lichwiarza Gobsecka. Vautrin przechwytuje też Krzysztofowi list Goriota adresowany do hrabiny Anastazji de Restaud — okazuje się, że zawiera pokwitowanie (kwit), co potwierdza, że starzec spłaca jej długi. Vautrin cynicznie komentuje, że Goriot „głupi niedołęga, co wszystko stracił przez miłość dla kobiet".

Vautrin składa też ofertę Wiktorynie: skoro modlitwy nie zmiękczą serca jej ojca (milionera Taillefera z trzema milionami), potrzebny jest ktoś, kto „przemówi stosownie" — obiecuje wmieszać się w jej sprawy, by „wszystko poszło jak z płatka". Wiktoryna wzruszona prosi go o pomoc w pojednaniu z ojcem. (To zapowiedź mrocznego planu Vautrina.)

Podczas śniadania Rastignac opowiada o balu i o pięknej hrabinie, którą spotkał rano na ulicy des Gres. Vautrin natychmiast identyfikuje ją jako Anastazję de Restaud, dodając cyniczną uwagę, że kobieta paryska „wczoraj u księżnej, dziś u lichwiarza" gotowa się sprzedać, by błyszczeć. Na dźwięk imienia Anastazji twarz ojca Goriot to jaśnieje, to gaśnie — zdradzając głębokie, tajemnicze przywiązanie do hrabiny (mieszkańcy błędnie sądzą, że ją „utrzymuje"). Rastignac nie może uwierzyć, by piękna hrabina miała cokolwiek wspólnego z nędznym Goriotem. Vautrin proroczo napomyka o „ludziach namiętności" (hommes à passions) — a na jego uwagi panna Michonneau reaguje czujnym spojrzeniem, „jak rumak wojskowy na dźwięk trąbki" (zapowiedź jej roli w demaskacji Vautrina).

Vautrin rozwija swoją cyniczną filozofię: ojciec Goriot to człowiek owładnięty jedną obsesyjną namiętnością — córkami, które go „eksploatują"; przetopił srebro i był u Gobsecka, by spłacić długi Anastazji. Wygłasza słynną diagnozę zepsucia Paryża i społeczeństwa: „Ci, których powozy grzęzną w błocie, nazywają się uczciwymi ludźmi; ci, którzy brną piechotą — łotrami. Kto ukradł bagatelę, staje przed Trybunałem; kto ukradł milion — uchodzi za wzór cnoty". Rastignac z odrazą stwierdza, że „Paryż to kałuża", ale postanawia następnego dnia odwiedzić panią de Restaud, by zbadać prawdę.

Wieczorem wraca zapłakana Wiktoryna — jej wyprawa do ojca Taillefera skończyła się okrutną klęską: milioner kazał córce stać, zimno oświadczył, że nic jej się nie należy (matka nie miała posagu), a gdy Wiktoryna błagała go, by przeczytał ostatni list zmarłej matki, on obojętnie obcinał paznokcie, po czym wrzucił list w ogień; syn (jej brat) nawet jej nie przywitał. Ojciec Goriot, słysząc to, woła: „Cóż to za potwory!". Vautrin ponownie napomyka, że „warto by nauczyć rozumu" Taillefera.

Następuje obiadowa scena rodzajowa w gospodzie — mieszkańcy uprawiają modną zabawę słowną (dodawanie końcówki „-rama" do wyrazów: „zimnorama", „zuporama", „Goriorama"), pojawia się przyjaciel Rastignaca, student medycyny Horacy Bianchon. Vautrin brutalnie znęca się nad Goriotem (wtłacza mu kapelusz na oczy), wywołując ogólny śmiech. Kluczowe jest jednak, że Rastignac zaczyna dostrzegać w Goriocie coś więcej: widzi, z jaką miłością i bólem starzec wpatruje się w cierpiącą Wiktorynę, i mówi Bianchonowi, że źle osądzili starca — „to nie jest ani głupiec, ani człowiek bez czucia", a jego życie „zbyt jest tajemnicze, by nie zasługiwało na głębsze zbadanie".

Nazajutrz Rastignac składa pierwszą wizytę u hrabiny de Restaud przy ulicy du Helder — i doznaje serii towarzyskich upokorzeń: przyszedł piechotą (zabłocony, bez powozu), lokaje traktują go pogardliwie, przez pomyłkę wpada do łazienki, budząc śmiech służby. Uświadamia sobie boleśnie swoją niższość wobec paryskiego zbytku. W mieszkaniu dostrzega wychodzącego tylnymi schodkami ojca Goriot (słyszy pocałunek i czułe pożegnanie z hrabiną) — co potwierdza tajemniczą więź starca z Anastazją; przybyły w tilbury elegant (mąż) traktuje Goriota jak „potrzebnego lichwiarza".

W salonie Eugeniusz poznaje Maksyma de Trailles — pięknego, wytwornego kochanka hrabiny — do którego czuje natychmiastową nienawiść i zazdrość (Maksym ma nienaganny strój, jasne włosy, czyste buty, a on — zabłocone). Maksym i Anastazja dają mu odczuć, że jest intruzem. Pojawia się też hrabia de Restaud (mąż), początkowo oziębły. Sytuacja odwraca się jednak, gdy hrabina przedstawia Eugeniusza jako „spokrewnionego przez Marcillaców z wicehrabiną de Beauséant"magiczna moc arystokratycznego nazwiska natychmiast ociepla stosunek hrabiego (i niepokoi Maksyma). Rastignac odkrywa, jak potężnym kapitałem w świecie paryskim jest koneksja z Beauséant.

Anastazja, chcąc pozbyć się intruza, wymyka się z Maksymem, a Eugeniusz — pochlebiając mężowi i wciągając go w rozmowę o marynarce — usiłuje przedłużyć wizytę, by rozwikłać zagadkę stosunku hrabiny z Goriotem. Ta kobieta — zakochana w Maksymie, panująca nad mężem, a tajemnie związana ze starym fabrykantem makaronu — staje się dla niego zagadką, którą pragnie przeniknąć, by „zapanować nad prawdziwą paryżanką".

Eugeniusz popełnia jednak fatalną gafę: chcąc pochwalić się bliskością, wyznaje, że widział wychodzącego „ojca Goriot", swojego sąsiada. Na dźwięk słowa „ojciec" Goriot hrabia de Restaud wpada w gniew i lodowacieje („Można było nazwać go panem Goriot!"), a hrabina blednie i czerwieni się z zakłopotania. Nazwisko Goriota działa jak „różdżka czarnoksięska" o skutku odwrotnym niż nazwisko Beauséant — Rastignac zostaje potraktowany chłodno i wyproszony; hrabia poleca lokajowi, by odtąd nigdy go nie przyjmowano. Eugeniusz nie rozumie, jaką „niezręczność" popełnił, ale pojmuje, że nie może bywać w świecie bez majątku (powozów, lakierowanych butów, rękawiczek).

Postanawia jednak „sięgnąć jak najwyżej" — udaje się (wynajętą karetą) do pałacu wicehrabiny de Beauséant na przedmieściu Saint-Germain, licząc, że kuzynka wyjaśni mu tajemnicę Goriota i weźmie go pod opiekę. Tam znów uderza go przepych arystokracji (wykwintny powóz obcego magnata wart 36 tysięcy franków, wobec jego wynajętej „ślubnej" karety, z której śmieją się lokaje).

Narrator odsłania dramat samej pani de Beauséant: od trzech lat jest kochanką bogatego Portugalczyka, margrabiego d'Adjuda-Pinto — lecz on właśnie ma poślubić bogatą pannę de Rochefide, o czym cały świat wie, tylko nie ona (nie chce uwierzyć plotkom). Gdy d'Adjuda przychodzi, nie mając odwagi wyznać jej prawdy o ślubie, i chce się wymknąć, przybycie Rastignaca ratuje go z kłopotu. Wicehrabina, przeczuwając zdradę, despotycznym gestem zatrzymuje kochanka. Eugeniusz staje olśniony pośród tego świata, w który dopiero zaczyna wnikać.

Po wyjściu d'Adjudy wicehrabina odkrywa zdradę: podsłuchuje, że jego powóz jedzie „do pana de Rochefide" (do rodziny narzeczonej), i rażona jak gromem pisze do kochanka list z żądaniem wyjaśnień. Rastignac, wyczuwając, jak groźny to świat, prosi kuzynkę o protekcję i naukę życia — z rozbrajającą szczerością wyznaje, że w całym Paryżu zna tylko ją, że pragnie „uczepić się jej sukni". Wicehrabina, wzruszona, obiecuje mu pomóc. Gdy Eugeniusz opowiada o swojej porannej gafie u Restaudów i o „jakimś ojcu…", wchodzi księżna de Langeais — i obie damy prowadzą przy studencie okrutną, pełną ukrytych przycinków rozmowę.

Księżna, z wyrachowanym okrucieństwem, oznajmia pani de Beauséant, że nazajutrz ukażą się zapowiedzi ślubu d'Adjudy-Pinto z panną de Rochefide — zadając wicehrabinie publiczny cios (ta blednie, ale zachowuje pozory). Przy okazji obie wyjaśniają Rastignakowi kluczową tajemnicę: „ojciec Goriot" to rodzony ojciec hrabiny Anastazji de Restaud (Goriot to jej panieńskie nazwisko) oraz drugiej córki — baronowej Delfiny de Nucingen (żony niemieckiego bankiera). Były fabrykant makaronu wyzuł się z całego majątku, dając każdej córce po 500–600 tysięcy franków posagu, by dobrze wydać je za mąż i podwoić własne szczęście — a zięciowie (arystokrata de Restaud i bankier de Nucingen), wstydząc się plebejskiego teścia, wygnali go ze swych domów jak nędzarza. Córki, wciśnięte w wielki świat, wyparły się ojca, którego mimo to on wciąż kocha nad życie i któremu potajemnie oddaje resztki grosza (jak owo przetopione srebro na długi Anastazji). Dla Rastignaca jest to wstrząsające odkrycie — zarazem tragedia ojcowskiej miłości i obraz zepsucia wielkiego świata.

Księżna de Langeais rozwija cyniczny wykład o niewdzięczności i o roli zięcia (który „wycina wszystkie uczucia łączące córkę z rodziną"), tłumacząc, że Goriot musiał się „poświęcić" i sam skazać na wygnanie, bo w salonach córek wyglądał „jak plama dziegciowa"; uogólnia to w gorzkie prawo: „serce nasze to skarbnica; wypróżnijmy je od razu i otośmy zrujnowani" — kto raz wyleje całą miłość (jak Goriot cały majątek), zostaje odtrącony. Po jej wyjściu Eugeniusz woła: „Ojciec Goriot jest wzniosły!", przypominając sobie nocne zgniatanie srebra.

Pani de Beauséant, zdruzgotana zdradą d'Adjudy, ale dumnie postanawiając „bronić się", udziela Rastignakowi cynicznej nauki o świecie — kluczowego programu jego edukacji: „Postępuj ze światem tak, jak na to zasługuje… Im chłodniej będziesz rachował, tym dalej zajdziesz. Niech mężczyźni i kobiety będą dla ciebie końmi pocztowymi, które mogą padać na każdej stacji, byle byś doścignął celu". Radzi mu ukrywać prawdziwe uczucia jak skarb (inaczej stanie się ofiarą, nie katem) i wskazuje konkretną drogę kariery: skoro sam zamknął sobie dom Restaudów (imieniem Goriota), niech przez Goriota da się wprowadzić do jego drugiej córki — Delfiny de Nucingen, która marzy o wejściu do arystokratycznego salonu Beauséant. Ma ją uwieść lub „posłużyć się nią" jako „szyldem" i przepustką do wielkiego świata. Opowiada też o zawiści między siostrami (Anastazja przyjęta u dworu, Delfina — nie), które wyrzekły się siebie nawzajem tak jak ojca. Daje mu swoje nazwisko jako „nić Ariadny" przez labirynt świata — pod warunkiem, że nie splami jej imienia.

Rastignac wraca do gospody, gdzie kontrast między olśniewającym przepychem arystokracji a nędzą stołowników „zajadających jak zwierzęta" potęguje jego ambicję. Uświadamia sobie, że „prawo i moralność bezsilne są wobec bogaczy, że bogactwo jest ultima ratio mundi" — i przyznaje w duchu rację Vautrinowi: „bogactwo jest cnotą". Postanawia iść dwiema drogami naraz — nauki i miłości (kariery salonowej) — jeszcze nie wiedząc, że te linie nigdy się nie zejdą.

Przy obiedzie w gospodzie Eugeniusz publicznie staje w obronie Goriota („Ojciec Goriot wart więcej od nas wszystkich"), grożąc, że kto go dręczy, będzie miał do czynienia z nim — na co Vautrin drwiąco przypomina, że taka obrona wymaga umiejętności władania szpadą i pistoletem. Wzruszony Goriot ociera łzy. Vautrin rzuca też znaczącą uwagę: „jeżeli chcesz ocenić marionetki, wejdź do budy, a nie zaglądaj przez dziury" — zdradzając, że wie o nocnym podglądaniu.

By zdobyć pieniądze na życie w świecie, Rastignac pisze listy z prośbą o zapomogę — do matki (o 1200 franków, sugerując sprzedaż klejnotów) i do dwóch sióstr (o ich oszczędności), grając na uczuciach rodzinnych. Ogarnia go wyrzut sumienia: uświadamia sobie, że czyste ofiary matki i sióstr mają mu posłużyć jako „stopnie" do zdobycia Delfiny de Nucingen. Mimo to wysyła listy ze słowami gracza: „Uda się niezawodnie!". Wkrótce przekonuje się, że pani de Beauséant miała rację — trzykrotnie nie zostaje przyjęty u pani de Restaud (drzwi zamknięte na zawsze). Porzuca właściwie studia prawa, odkładając naukę do egzaminów, by przez piętnaście miesięcy „pływać po oceanie Paryża". Odwiedza panią de Beauséant, której miłość do d'Adjudy chyli się ku ostatecznej klęsce.

Narrator przedstawia szczegółowo biografię Goriota. Jan Joachim Goriot był przed rewolucją prostym robotnikiem w fabryce makaronu; został jej właścicielem, a podczas rewolucji, jako naczelnik sekcji, wzbogacił się na spekulacji zbożem w czasie głodu (1789), dochodząc do fortuny ~60 tysięcy liwrów dochodu. Był genialnym znawcą handlu zbożowego, lecz poza swą specjalnością — gburowatym prostakiem. Całe jego serce wypełniały dwa uczucia: najpierw głęboka miłość do żony (córki farmera z Brie), po której siedmioletnim szczęściu owdowiał (dochowując jej wierności) — a potem bezgraniczna, wręcz obłędna miłość ojcowska do dwóch córek, Anastazji i Delfiny. Wychowywał je w zbytku, spełniając każdą zachciankę, dał każdej połowę majątku w posagu (piękna Anastazja poślubiła arystokratę hrabiego de Restaud, kochająca pieniądze Delfina — bankiera barona de Nucingen). Sam przez pięć lat trwał przy handlu makaronem (co wstydziło zięciów), aż wreszcie wycofał kapitał. Wprowadził się do gospody Vauquer (z ~10 tysiącami liwrów dochodu), bo — jak odkrywa Rastignac — zięciowie zabronili żonom przyjmować ojca, a nawet publicznie się z nim widywać.

W grudniu nadchodzą listy od matki i siostry z pieniędzmi. Matka przysyła żądaną sumę (kosztem sprzedaży klejnotów i ofiary ciotki, która sprzedała swoje „relikwie"), pełna niepokoju i macierzyńskich przestróg, by syn nie schodził na „drogi kręte". Siostra Laura pisze list czuły i wesoły — obie z Agatą z radością oddały swoje oszczędności (razem 350 franków), a matka i ciotka po cichu jeździły do Angoulême. Łącznie Eugeniusz otrzymuje 1550 franków.

Rastignac tonie we łzach, czytając ofiary rodziny, i dokonuje kluczowego moralnego porównania: matka poświęciła klejnoty, ciotka relikwie, siostry oszczędności — dokładnie tak, jak Anastazja poświęca się dla Maksyma, a on sam robi to „dla egoizmu przyszłości". „Jakim prawem śmiałbyś przeklinać Anastazję?" — pyta siebie, doznając „wzniosłych wyrzutów sumienia". Mimo to postanawia zostać bogatym za wszelką cenę, by móc odpłacić rodzinie. Narrator opisuje przemianę, jaką sprawia posiadanie pieniędzy: student zamawia u krawca strój i czuje się odmieniony — „poczuwszy pieniądze w kieszeni, wznosi we wnętrzu filar, na którym się opiera", chodzi pewniej, „cały Paryż do niego należy". To studium młodzieńczej ambicji i tego, jak pieniądz daje pewność siebie i otwiera drzwi w bezwzględnym świecie.

Poczta przynosi worki z pieniędzmi, co nie umyka bacznemu Vautrinowi („Będziesz pan miał czym zapłacić za lekcje fechtunku"). Eugeniusz, chcąc zaznaczyć niezależność, spłaca dług Vautrinowi i pani Vauquer, co prowadzi do napiętej wymiany zdań i niedoszłego pojedynku — Vautrin z drwiną odmawia strzelaniny, ale bierze studenta na stronę, do ogrodu, „na poważną rozmowę". (Wiktoryna, przerażona, zdradza w tej scenie uczucie do Rastignaca, co Vautrin natychmiast zauważa: „Postaram się uszczęśliwić was oboje".)

Rozpoczyna się wielka scena kuszenia — Vautrin roztacza przed Rastignakiem swoją filozofię i propozycję. Odsłania część siebie: jest „artystą" zbrodni, człowiekiem, który „nie ulega niczemu" i dla którego „zabić człowieka to ot tyle znaczy"; gardzi pojedynkami (trafia „pięć razy w asa pikowego z trzydziestu pięciu kroków"), pokazuje bliznę po dawnym postrzale. Dowodzi Rastignakowi, że zna go „jak dzieło rąk swoich" — zna dokładnie nędzę jego rodziny (baron-ojciec oszczędzający spodni, matka z jedną suknią na sezon, siostry, bracia uczeni przez proboszcza) — i trafnie diagnozuje jego rozdarcie: „spokrewnieni z Beauséantami, a musimy chodzić piechotą; jadamy bigosik Vauquer, a marzymy o pałacu". Formułuje brutalną tezę o świecie, w którym są tylko „dwie drogi: głupia uległość albo bunt", i składa Eugeniuszowi zawrotną ofertę: „potrzeba ci miliona i to niezwłocznie… A ten milion ja dam panu".

Vautrin rozwija miażdżącą diagnozę społeczeństwa. Wyśmiewa jałowość uczciwych karier (prawnik, sędzia, prokurator — lata nędzy i upokorzeń za marne grosze; „na dwudziestu prokuratorów generalnych — dwadzieścia tysięcy kandydatów gotowych sprzedać własną rodzinę"). Głosi, że uczciwość do niczego nie prowadzi, a wybić się można tylko przez genialność albo zepsucie ("broń mierności"): „Trzeba wpaść w tłum jak kula armatnia lub wśliznąć się jak zaraza". Paryż to „las dziewiczy", po którym krążą dzikie plemiona żyjące z łupu, a Rastignac jest „łowcą milionów". Uczciwy człowiek to „wróg powszechny"; cały świat opiera się na obłudzie („uczciwy w Paryżu to ten, kto milczy i nie dzieli się z nikim"); moralność wieku sprowadza się do: „każdy, kto chce biesiadować, musi wprzód ręce powalać, a potem je dobrze umyć". Wyznaje też własne marzenie — zebrać kapitał, wyjechać do Ameryki i zostać plantatorem-właścicielem niewolników, wiodąc „życie patriarchalne".

Wreszcie pada konkretna, zbrodnicza propozycja: Vautrin proponuje, by Rastignac ożenił się z Wiktoryną Taillefer. Obecnie jest ona wydziedziczona, ale gdyby jej brat zginął, cała fortuna Taillefera (miliony) przypadłaby jej. Vautrin podejmuje się usunąć brata (sprowokować pojedynek, w którym ów zginie) — w zamian żąda 200 tysięcy franków prowizji z przyszłego posagu (płatnych po ślubie). Rastignac ma tylko zalecać się do biednej, spragnionej miłości dziewczyny, która ubóstwia go już teraz. Na pytanie „Cóż mam czynić?" Vautrin z radością wędkarza czującego branie odpowiada: „Prawie nic" — wystarczy zdobyć serce Wiktoryny. To kluczowa pokusa moralna powieści: droga do fortuny przez cudzą śmierć i wyrachowane małżeństwo.

Vautrin precyzuje plan: dziewczyną jest Wiktoryna Taillefer, która już kocha Eugeniusza; jej ojciec (podobno morderca z czasów rewolucji, teraz bankier) chce zostawić cały majątek synowi — lecz gdyby syn zginął, Wiktoryna zostałaby jedyną dziedziczką. Vautrin ma przyjaciela-pułkownika, który na jego skinienie sprowokuje młodego Taillefera do pojedynku i zabije go „w cieniu". Na przerażenie Rastignaca („Ależ to zgroza!") Vautrin odpowiada wykładem swojej relatywistycznej filozofii: „Nie ma na świecie zasad, są tylko wypadki; nie ma praw, są okoliczności"; przekonania trzeba „sprzedawać, gdy ich zażądają". Dowodzi, że różnica między jego zbrodnią a przyszłymi podłościami Rastignaca (uwiedzenie kobiety dla awansu, branie od niej pieniędzy) jest tylko taka, że „tam obejdzie się bez krwi, a tu bez niej obejść się nie może"; „pod każdą wielką fortuną kryje się zbrodnia". Daje studentowi piętnaście dni do namysłu i ostrzega, że ten posiadł już jego tajemnicę.

Rastignac przeżywa głębokie rozdarcie moralne: przyznaje, że Vautrin brutalnie powiedział mu to samo co pani de Beauséant, że jeśli „z cnotą nie można wchodzić w układy", to on już „okradł swe siostry". Waha się między marzeniem o czystym, uczciwym życiu („spojrzeć na swe życie i przekonać się, że jest czyste jak lilia") a pokusą awansu — ale gdy przymierza nowy, elegancki strój od krawca, „zapomina o wszystkich cnotliwych postanowieniach". Narrator komentuje, że młodzieniec chylący się ku złemu „nie śmie przejrzeć się w zwierciadle sumienia".

W tym samym czasie ojciec Goriot i Rastignac stają się przyjaciółmi. Goriot, dowiedziawszy się przez służące córek, że Delfina de Nucingen będzie na balu u marszałkowej de Carigliano (za pośrednictwem pani de Beauséant Eugeniusz może się tam dostać), z rozczulającą naiwnością prosi studenta, by tam był i opowiedział mu potem, jak bawiły się i były ubrane jego córki. Wygłasza poruszający monolog o swej bezinteresownej, wręcz psiej miłości ojcowskiej: opowiada, jak potajemnie wyczekuje córek na Polach Elizejskich, by choć w przelocie ujrzeć ich uśmiech, jak raz czekał do trzeciej w nocy, by spojrzeć na Anastazję; nie chce od nich pieniędzy — „cóż ja jestem? Nędzny trup, którego dusza przebywa zawsze z córkami". Jego miłość „nikomu nie szkodzi", a jednak jest źródłem jego samotności i poniżenia.

Elegancki już Rastignac przechadza się po Tuileriach, budząc zainteresowanie kobiet, i coraz bardziej ulega demonowi próżności; słowa Vautrina tkwią mu w sercu. U pani de Beauséant doznaje jednak afrontu: wicehrabina, zajęta własnym dramatem, ozięble go odprawia — a Eugeniusz „dostrzega żelazną rękę pod jedwabną rękawiczką", egoizm pod wdziękiem. Zaraz jednak, zawstydzona, zaprasza go na obiad, gdzie olśniewa go arystokratyczny przepych (wobec którego czuje wstręt do gospody Vauquer i postanawia się z niej wyprowadzić, uwalniając od Vautrina).

Wieczorem wicehrabina zabiera go do opery, gdzie Eugeniusz staje się przedmiotem powszechnej uwagi. Widzi w loży Delfinę de Nucingen (druga córka Goriota) — zachwyca się nią, mimo złośliwych uwag kuzynki (która „w każdym jej ruchu widzi Goriota"). Prosi panią de Beauséant, by przedstawiła go na balu u księżnej de Carigliano, gdzie mógłby „przystąpić do pierwszego ataku" na Delfinę. Wicehrabina radzi mu wykorzystać moment: Delfina jest w rozpaczy, bo jej kochanek de Marsay ją porzuca, a „kobiety z Chaussée d'Antin lubią zemstę". W loży zjawia się skruszony d'Adjuda-Pinto, a szczęście rozjaśniające twarz wicehrabiny ukazuje Eugeniuszowi, czym jest prawdziwa miłość — czym budzi w nim podziw i litość dla kuzynki.

Wicehrabina każe d'Adjudzie przedstawić Rastignaca Delfinie. Eugeniusz rozpoczyna umiejętną grę uwodzicielską: mówi Delfinie, jak bardzo ojciec (Goriot) ją ubóstwia, że przez dwie godziny rozmawiał z nim o niej, że pani de Beauséant chwaliła jej dobroć dla ojca — grając na jej próżności i na rywalizacji z siostrą Anastazją. Zdobywa jej przychylność, siadając na miejscu jej męża w loży.

Rastignac prawi Delfinie zalotne komplementy i deklaracje młodzieńczej, „nieskażonej" miłości. Delfina, zachęcając go, zwierza się z własnego nieszczęścia: jej mąż, brutalny baron de Nucingen, kazał jej przyjmować ojca tylko w godzinach porannych, co ją unieszczęśliwiło; a przy tym cierpi, bo jej kochanek de Marsay ją porzuca (dla księżnej Galathionne). Eugeniusz zdobywa jej sympatię, a poznany baron zaprasza go do siebie. Rastignac wraca do gospody zakochany w Delfinie i pełen ambitnych planów: liczy, że przez nią i jej męża-bankiera dorobi się fortuny, i cynicznie myśli: „bydlę moje już okiełznane". Narrator zauważa, że takie „transakcje" sumienia prowadzą do „łatwej moralności" epoki.

Wróciwszy, Eugeniusz budzi ojca Goriot wieścią, że widział Delfinę. Po raz pierwszy wchodzi do nędznej izby starca — zimnej, wilgotnej, pozbawionej firanek, z ubogim łóżkiem i resztkami sprzętów — wstrząsający kontrast z olśniewającym strojem córki na balu. Na pytanie, jak może mieszkać w takiej „dziurze", wydawszy córki tak bogato, Goriot wygłasza wielki monolog o ojcostwie — sedno ideowe powieści: „Żyję tylko życiem mych córek… Ja zimna nie czuję, gdy wiem, że im ciepło; nudów nie znam, gdy wiem, że one się śmieją". Wyznaje, że Boga pojął dopiero, gdy został ojcem (jak Bóg obecny jest w całym stworzeniu, tak on w córkach — a kocha je „mocniej, niż Bóg świat kocha"). Cieszy się, że Eugeniusz wolałby Delfinę („bo ona szczerzej kocha"), lecz zaraz broni Anastazji (zazdrość sióstr „dowodzi tylko ich przywiązania"). Marzy tylko o tym, by mieszkać przy córkach i słyszeć ich głosy, i deklaruje, że czyściłby buty temu, kto uszczęśliwiłby Delfinę — nieświadomie błogosławiąc przyszły związek córki z Rastignakiem.

Gdy Eugeniusz wyznaje, że zakochał się w Delfinie i będzie u niej w sobotę, Goriot promienieje — obiecuje kochać studenta, jeśli ten uszczęśliwi córkę (grożąc zarazem: „gdybyś ją zdradził, zabiłbym cię"). Od tej chwili Goriot czyni z Rastignaca przyjaciela i powiernika, a zarazem sprzymierzeńca: liczy, że przez niego zbliży się do Delfiny i że młodzieniec da córce zaznać nieznanego jej dotąd szczęścia miłości (największym bólem starca jest to, że Delfina „nie zaznała jeszcze rozkoszy miłości").

Nazajutrz przy śniadaniu Rastignac mimowolnie spogląda na Wiktorynę okiem kalkulującym ("Osiemset tysięcy franków!"), a między nim a dziewczyną zawiązuje się nieme porozumienie uczuć — co czyni pokusę Vautrina groźniejszą. Vautrin bacznie go obserwuje. W ogrodzie Luksemburskim Eugeniusz prowadzi z Bianchonem słynną rozmowę o „mandarynie" (z Rousseau): czy zabiłbyś siłą woli nieznanego mandaryna w Chinach, by zdobyć majątek? Bianchon odmawia i studzi go zdrowym rozsądkiem („szczęście ludzkie zawsze mieści się między podeszwą a wierzchołkiem głowy"), przynosząc mu ulgę. Bianchon ostrzega też, że Michonneau i Poiret rozmawiali z podejrzanym agentem policyjnym — trzeba ich obserwować (zapowiedź demaskacji Vautrina).

W domu czeka list Delfiny z zaproszeniem do jej loży (na sobotę) i na obiad. Rastignac trzeźwo rozpoznaje, że jest jej potrzebny jako „przynęta na de Marsaya" i narzędzie zemsty oraz przepustka do salonu pani de Beauséant — ta chłodna świadomość pozwala mu „stawiać własne warunki". Postanawia iść. Starannie się stroi (budząc salwę żartów stołowników) i z ciekawością, ale i rosnącym uczuciem, oczekuje spotkania z baronową.

Wyjeżdżając kabrioletem na obiad u pani de Nucingen, Eugeniusz zostaje pożegnany komiczną tyradą Vautrina, który udaje ulicznego szarlatana zachwalającego cudowny towar; gdy pada, że student jedzie „do córki pana Goriot", exfabrykant spogląda na niego z zazdrością. W bankierskim pałacu przy ulicy Saint-Lazare Rastignac zastaje Delfinę smutną i zrozpaczoną, choć ta usiłuje ukryć zmartwienie — spodziewał się uszczęśliwić kobietę, a znajduje ją nieszczęśliwą, co drażni jego miłość własną. Delfina zbywa go („złote łańcuchy ciężą bardziej niż inne"), lecz w końcu wystawia go na próbę: zabiera go powozem męża do Palais-Royal, wręcza mu sto franków (całe swe wolne mienie) i błaga, by w domu gry zaryzykował je w ruletę i albo przegrał wszystko, albo przyniósł jej sześć tysięcy franków. Eugeniusz, nie znając gry, stawia całość na numer dwudziesty pierwszy (odpowiadający jego wiekowi), wygrywa, przenosi na czerwone, wygrywa znów — zgarnia siedem tysięcy dwieście franków; wspomaga jeszcze dziesięcioma luidorami żebrzącego „byłego prefekta napoleońskiego" i wraca do Delfiny z siedmioma tysiącami.

W powozie Delfina, zalana łzami wdzięczności, wygłasza wielkie wyznanie o swej nędzy tajemnej: baron de Nucingen, choć wziął jej siedemset tysięcy franków posagu, nie daje jej do rąk ani grosza, wyznaczając upokarzającą pensyjkę; ona zaś ze zbytniej dumy nie chce go prosić. Odsłania też, że jej kochanek de Marsay porzucił ją niegodnie, i broni prawa kobiety, by dzielić wszystko z mężczyzną, któremu zawdzięcza szczęście („pieniądze nabierają wagi dopiero, gdy uczucie znika"). Dziś Nucingen odmówił jej sześciu tysięcy — myślała o samobójstwie; do ojca zwrócić się nie mogła, bo z Anastazją zrujnowały go doszczętnie. Rastignac ją wybawił od wstydu i śmierci. Delfina zatrzymuje sześć tysięcy, a tysiąc franków oddaje Eugeniuszowi jako jego „wspólniczą" część wygranej i każe mu przysiąc, że nigdy już nie wróci do gry. List do de Marsaya (ze zwrotem jego pieniędzy) Rastignac radzi wysłać bez słowa — sama koperta z biletami; Delfina zachwycona („to tchnie prawdziwym Beauséantem"). Wieczór w operze, tkliwe ściskanie dłoni; Delfina odmawia mu jednak pocałunku (byłby już nie objawem wdzięczności, lecz obietnicą), obiecując go dopiero na balu w poniedziałek u marszałkowej de Carigliano.

Wróciwszy, Eugeniusz zastaje Goriota czuwającego, by „opowiedzieć mu jego córkę". Starzec, słysząc o łzach Delfiny, wpada w rozpacz i wściekłość na zięcia — ma jeszcze tysiąc trzysta liwrów dochodu, sprzedałby wszystko; żąda kamizelki, na której płakała córka, i zapowiada, że pójdzie do adwokata Derville'a wywalczyć zwrot jej kapitału. Rastignac oddaje mu tysiąc franków dla Delfiny, by je schował w kamizelce; Goriot ze łzami błogosławi studenta. Na balu u Carigliano Delfina, wystrojona, triumfuje, a Eugeniusz — jako „kuzyn pani de Beauséant" — po raz pierwszy smakuje rozkosz zadowolonej próżności, budząc zazdrość młodzieży i zbierając zaproszenia najświetniejszych salonów. Nazajutrz, słuchając jego przechwałek przy śniadaniu, Vautrin wygłasza szatańsko drwiący wykład o kosztach modnego życia — konie, tilbury, kareta, krawiec, perfumy, bielizna, kamerdyner: co najmniej dwadzieścia pięć tysięcy franków rocznie, inaczej „wpadamy w błoto". Stawia studenta wobec wyboru: „cnotliwe poddasze i praca nieustanna albo inna droga" — i porozumiewawczo mruga na Wiktorynę. Przez cały styczeń Rastignac wiedzie życie lekkomyślne: obiaduje z Delfiną, gra, wygrywa i przegrywa, zadłuża się, odsyła rodzinie tysiąc pięćset franków z podarkami, lecz nie ma odwagi ani grosza, by opuścić upokarzającą gospodę, i nosi kosztowności do lombardu.

Poznawszy z bliska pożycie Nucingenów, Eugeniusz pojmuje, że kto zmienia miłość w narzędzie kariery, musi napić się upokorzeń. Na drwiące pytanie Bianchona, „czy nie zabiliśmy tylko mandaryna", odpowiada ponuro: „nie umarł jeszcze, ale już charczy". Delfina, kokietując, wciąż odsuwa chwilę oddania się — narrator tłumaczy to jej dumą, nieufnością po zawodzie z de Marsayem i rozkoszą, jaką znajduje w prawdziwej miłości po miłości kłamanej. Zniecierpliwiony i przyciśnięty długami Rastignac osuwa się ku planowi Vautrina: pozostaje po obiedzie sam z Wiktoryną i rzuca jej zawoalowane wyznania („a gdybyś miała być bogata i szczęśliwa, czy nie przestałabyś kochać biednego młodzieńca?"), na które dziewczyna odpowiada rozpromienionym skinieniem. Zjawia się Vautrin: „Chyba kawaler Eugeniusz de Rastignac zamierza wejść w związki z panną Taillefer?". Zostawszy sam na sam ze studentem, kusiciel rozpościera przed nim bilety bankowe — Rastignac, przegrawszy sto luidorów d'Adjudzie i de Traillesowi, jest w potrzebie. Zastrzegłszy, że po zwierzeniach Vautrina nie może zaciągać wobec niego zobowiązań, podpisuje jednak weksel na trzy tysiące pięćset franków płatny za rok (wysoki procent ma go „uwolnić od skrupułów"). Vautrin roztacza swą filozofię: człowiek wyższy dogadza wszystkim zachciankom, „człowiek jest wszystkim albo niczym" (Poireta „można rozetrzeć jak pluskwę"), a jedynym prawdziwym uczuciem jest przyjaźń dwóch mężczyzn (Piotr i Jaffier z Venice Sauvée — „Pomóż mi zakopać trupa!"). Kończy: „Pan się ożenisz. A teraz do ataku!".

Vautrin wychodzi, nie czekając na odmowę. Rastignac, wzburzony przymierzem z człowiekiem budzącym wstręt, powtarza sobie, że nie ożeni się z panną Taillefer; jedzie do pani de Restaud, spłaca długi honorowe i przy wiście odzyskuje przegraną, po czym nazajutrz oddaje Vautrinowi trzy tysiące franków. Tymczasem Poiret i panna Michonneau spotykają w Ogrodzie Botanicznym podejrzaną figurę — agenta Gondureau, który (przez satyryczny obraz urzędniczej głupoty Poireta, czczącego magiczne słowo „jego ekscelencja minister") wyjawia sekret: Vautrin to zbiegły galernik znany jako Trompe-la-Mort, w rzeczywistości Jakub Collin, skazany na dwadzieścia lat, bankier trzech galer i tajnego Towarzystwa Dziesięciu Tysięcy (wziął niegdyś na siebie fałszerstwo popełnione przez ukochanego młodego Włocha). Policja pragnie odkryć jego nielegalną kasę i proponuje Michonneau, by za pomocą flakonu płynu wywołała u Collina fałszywy atak apopleksji, a potem uderzeniem w ramię ujawniła piętno galernika — za trzy tysiące franków, jeśli to on. Przechodzący Bianchon łowi uchem dziwne nazwisko Trompe-la-Mort.

Nazajutrz Goriot uprowadza Eugeniusza do jego pokoju, by zdradzić niespodziankę: on i Delfina od miesiąca potajemnie urządzają dla studenta kawalerskie mieszkanie przy ulicy d'Artois (Delfina ma mieć trzydzieści sześć tysięcy franków rocznego dochodu z odzyskiwanego posagu). Starzec kładzie na kominku pudełko z herbem Rastignaca — dar Delfiny, zegarek Bregueta z bilecikiem „chcę, żebyś myślał o mnie w każdej chwili". Goriot z rozczulającą pokorą błaga, by pozwolono mu zamieszkać w izdebce piętro wyżej, tak by mógł słyszeć kroki zięcia i głos córki; wyznaje, że od sześciu lat nie szedł pod rękę z żadną z córek, i że słowo „tatku" (w odróżnieniu od zimnego „mój ojcze") przywraca mu poczucie ojcostwa. Rastignac prosi go, by udał się do Taillefera-ojca o audiencję — sam zamierza ostrzec rodzinę przed jutrzejszym pojedynkiem syna. Goriot, upewniwszy się, że student kocha jedynie Delfinę, promienieje.

Nazajutrz Vautrin zapowiada, że pułapka gotowa: „nasi chłopcy się poczubili", jutro w reducie de Clignancourt hrabia Franchessini zabije młodego Taillefera pchnięciem szpady w czoło, a Wiktoryna odziedziczy fortunę. Przy obiedzie Vautrin upaja Eugeniusza i Goriota winem z domieszką usypiającą (udaje, że wino trąci korkiem, i posyła po zaprawiony trunek) — wśród szalonej zabawy w naśladowanie krzyków ulicznych i końcówki „-rama" obaj zapadają w sen. Szepcze pijanemu studentowi, że udaremnił jego ostrzeżenie i że „chleb siedzi już na łopacie". Czule całuje śpiącego w czoło, a Wiktoryna z macierzyńskim szczęściem trzyma jego głowę na ramieniu i kradnie mu pocałunek, po czym zasypia jako „najszczęśliwsza w Paryżu istota". Tej nocy Michonneau, urażona przezwiskiem „Wenus z Pere-Lachaise", ostatecznie postanawia wydać Collina; u Gondureau dowiaduje się, że policja liczy na opór galernika, by go zabić (co oszczędzi kosztów procesu), i poznaje żargon zbrodni (sorbona — głowa żywa, kloc — odcięta).

Nazajutrz — dzień pamiętny w gospodzie. Wszyscy przesypiają poranek po zaprawionym winie; Michonneau wlewa płyn do srebrnego kubka Vautrina. Nadchodzi list od zaniepokojonej Delfiny (czekała do drugiej w nocy), a zaraz po nim służący Taillefera z wieścią, że Fryderyk został pchnięty szpadą w czoło i umiera. Wiktoryna z panią Couture wybiegają; Vautrin komentuje chłodno. Goriot, widząc niedokończony list, wzrusza się, gdy Eugeniusz z odrazą oświadcza: „Ja nie ożenię się nigdy z panną Wiktoryną". W tejże chwili trucizna działa: Vautrin, wyrzekłszy „młodzieńcze, szczęście spływa na nas we śnie", pada; Eugeniusz woła „Jest więc sprawiedliwość boska!". Gdy chorego przeniesiono na górę, Michonneau uderza go w ramię i odsłania dwie białe litery piętna, łakomie wodząc okiem po jego sprzętach w poszukiwaniu kasy.

Rastignac, dręczony obawą, że stał się wspólnikiem zbrodni, przechadza się po Ogrodzie Luksemburskim i po surowym rachunku sumienia wychodzi „wypróbowany jak sztaba żelazna"; całuje list Delfiny i postanawia pielęgnować Goriota jak ojca. Wieczorem Bianchon demaskuje galernika: na słowo „Trompe-la-Mort" Vautrin blednie, a jego magnetyczne spojrzenie powala Michonneau. Wpada policja z żandarmami; cios w głowę zrzuca perukę, ukazując przerażającą twarz Collina o ceglastoczerwonych włosach. Galernik w lwim porywie ryczy, agenci wyciągają pistolety — lecz w mgnieniu oka chwila rozwagi studzi wściekłość: Collin z uśmiechem poddaje się dobrowolnie, prosząc o kajdany. Przyznaje się do nazwiska i wyroku, wygłasza wobec stołowników przemowę pełną cynicznej wielkości („na naszym ramieniu mniej hańby niż w waszym sercu, niedołężne członki zgangrenowanego towarzystwa; najlepszy z was nie mógł mi się oprzeć"), demaskuje Michonneau i zdrajcę Fil-de-Soie. Rastignac ze spuszczonymi oczyma przyjmuje to „zbrodnicze kuzynostwo" jako karę za swe złe myśli. Żegnając się, Collin szepcze mu, że zostawia w nim „szczerego przyjaciela", gotowego przyjść z pomocą w potrzebie, i wykonuje kajdanami żartobliwe pchnięcie szpadą. Sylwia podsumowuje: „a jednak był to dobry człowiek".

Oburzeni stołownicy pod wodzą Bianchona wypędzają zdrajczynię Michonneau (Poiret, wierny jak pies, odchodzi za nią do konkurencyjnej gospody pani Buneaud). Nadchodzi kolejny cios dla pani Vauquer: młody Taillefer umarł o trzeciej, a pani Couture z Wiktoryną — teraz jedną z najbogatszych partii w Paryżu — przenoszą się do jej ojca; gospoda pustoszeje. Wśród ruiny zjawia się Goriot promieniejący — przyjeżdża fiakrem i niemal siłą uprowadza Rastignaca, by ten zjadł obiad z Delfiną w nowym mieszkaniu przy ulicy d'Artois; na wieść o aresztowaniu Vautrina i śmierci Taillefera macha ręką („mniejsza o to, co to nas obchodzi?"). Delfina wita Eugeniusza łzami radości. Gdy student, wzmocniony w szlachetnych uczuciach przygodą Vautrina, wzbrania się przyjąć urządzone mieszkanie, Delfina przekonuje go płomienną mową, że jej dar to „broń naszej epoki", jak zbroja, którą dawniej dama wręczała rycerzowi. Spór rozstrzyga Goriot: wyznaje, że sam „stał się żydem" — sprzedał tysiąc trzysta pięćdziesiąt liwrów dożywotniego dochodu, spłacił wszystkich dostawców i pożycza Eugeniuszowi pięć tysięcy franków, sam zaś zamierza żyć jak książę w izdebce na górze za czterdzieści su dziennie. Wśród łez wzruszenia starzec pyta: „czy nie jesteście mymi dziećmi?… alboż nie jesteście szczęśliwi?".

Delfina rzuca się ojcu na kolana, okrywając pocałunkami i łzami jego pomarszczoną twarz. Goriot, po dziesięciu latach znów przyciskający córkę do piersi, ściska ją tak dziko, że krzyczy „mnie boli!" — na co starzec blednie z przerażenia, a narrator porównuje jego oblicze do wizerunków cierpiącego Zbawiciela. Cały wieczór schodzi na tych ojcowskich szaleństwach: Goriot pada przed córką, całuje jej nogi, przyciska głowę do jej sukni. Eugeniusz, patrząc na tę miłość bez granic, przyznaje w duchu, że bezinteresowne uczucie ojca przewyższa potęgą jego własne. Zaznacza się jednak pierwszy zgrzyt: Delfina szepcze, że obecność ojca „będzie ich krępować" — zarodek przyszłej niewdzięczności, którego zazdrosny Eugeniusz nie umie zganić. Wracając nocą do gospody, obaj mężczyźni rozprawiają o Delfinie z rosnącym uniesieniem — miłość ojca i miłość kochanka toczą ze sobą cichą walkę.

W domu Vauquer zastają gospodynię pogrążoną w żałobie niczym „Mariusz na ruinach Kartaginy": po jednym dniu straciła policję w domu, aresztowanego Vautrina (którego wciąż wspomina jako miłego, hojnego człowieka i nie może uwierzyć w jego zbrodnie), Michonneau (która dostanie tysiąc talarów dochodu i przenosi się do konkurentki Buneaud, porywając wiernego Poireta) oraz obie kobiety Couture. Gdy Goriot i Eugeniusz oznajmiają, że przenoszą się na Chaussée-d'Antin, zadają jej cios śmiertelny — dom pustoszeje, zostają trzy filiżanki kawy, a wdowa prorokuje, że „za dziesięć dni śmierć tu przyjdzie". Złowrogim znakiem znika też jej kot Mistigris. Nazajutrz posłaniec przynosi Eugeniuszowi zaproszenie od wicehrabiny de Beauséant na wielki bal — dla „pana i pani de Nucingen", lecz z listu jasno wynika, że barona nie życzy sobie oglądać; wicehrabina chce poznać siostrę pani de Restaud i prosi, by Eugeniusz nie oddał Delfinie całego uczucia. W długiej dygresji narrator kreśli obraz miłości paryskiej — próżnej, samochwalczej, kosztownej jak religia — od której wolne są tylko dusze żyjące w samotności, z dala od doktryn społecznych.

Rastignac, przekraczając „paryski Rubikon", zrzuca prowincjonalną powłokę i staje się niepodobny do młodzieńca sprzed roku. Delfina, uszczęśliwiona zaproszeniem, wyznaje, że pragnie wejścia na przedmieście Saint-Germain dlatego, że bywa tam Eugeniusz, i zdradza rodzinną rywalizację: Anastazja także zjawi się na balu w sukni ze złotogłowu i rodzinnych brylantach, by rozproszyć krążące po klubach plotki (de Trailles miał podpisać weksle na sto tysięcy franków, a hrabina — sprzedać Żydowi brylanty). Żegnając kochanka o pierwszej w nocy, Delfina wyznaje zabobonny lęk, że szczęście trzeba będzie okupić „straszną katastrofą".

Nazajutrz, w dniu przeprowadzki, Eugeniusz — ukryty w swym pokoju, gdzie wrócił podrzeć znaleziony rewers dla Vautrina — podsłuchuje przez ścianę rozmowę Delfiny z ojcem. Córka przybiegła w rozpaczy: adwokat Derville ostrzegł, że Nucingen szykuje się do oporu. Baron oświadczył jej, że jeśli natychmiast zażąda posagu, ogłosi bankructwo, lecz jeśli zaczeka rok, jej kapitał się podwoi, a nawet potroi; przysięgał, odprawił tancerkę, płakał, oddał się „na łaskę i niełaskę". Goriot demaskuje to jako komedię oszusta — Niemiec przyparty do muru zasłania się imieniem żony, by zabezpieczyć się przed skutkami spekulacji. Wzburzony do granic, przysięga, że przejrzy księgi, kasę i umowy, że dzięki separacji majątkowej córka zachowa „swój milionik, swoje pięćdziesiąt tysięcy liwrów dochodu", choćby miał „podnieść gwałt na cały Paryż".

Delfina studzi jego zapał (zemsta mogłaby ją zgubić) i odsłania mechanizm oszustwa Nucingena: baron kupuje na swe imię ziemię, podstawieni spekulanci wznoszą domy, płacąc przedsiębiorcom wekslami z odległym terminem, po czym ogłaszają bankructwo — oszukani wykonawcy idą z niczym, a firma de Nucingen służy za przynętę; kapitały baron rozesłał tymczasem do Amsterdamu, Londynu, Neapolu i Wiednia, by były nieuchwytne. Cena, jaką stawia żonie, jest jasna: „pozwól mi dopuszczać się zbrodni", a w zamian on przymknie oczy na jej związek z Eugeniuszem. Na te słowa Goriot pada na kolana, wołając: „Boże, cóżem ja ci zawinił? Córka moja oddana w ręce nikczemnika!".

Rozmowę przerywa przybycie Anastazji (co ratuje ukrytego Eugeniusza od zdemaskowania). Hrabina, blada i zrozpaczona, przynosi drugą katastrofę: mąż dowiedział się o wszystkim. By spłacić stutysięczny dług Maksyma de Trailles (który groził samobójstwem), sprzedała lichwiarzowi Gobseckowi rodzinne brylanty de Restaudów. Hrabia zastawił na nią pułapkę — pokazał jej odkupioną szkatułkę i zażądał, by podpisała akt sprzedaży swoich dóbr, a przy okazji zapytał, które z dzieci jest naprawdę jego (Ernest, najstarszy). Goriot, z „krwią tygrysią" w żyłach, chce zamordować zięcia i zabrać wnuka jako narzędzie nacisku. Anastazja wyznaje jednak, że to wciąż nie koniec: pozostało spłacić dwanaście tysięcy franków, Maksymowi grozi więzienie za długi (Sainte-Pélagie), a ona poświęciła dla jego miłości „mienie, sławę, spokój i dzieci". Obie siostry, złączone dopiero nieszczęściem, płaczą w ramionach ojca, który czuje, że to jego śmierć.

Spór między siostrami rozgorzał na nowo — Delfina wypomina Anastazji, że de Trailles kosztował ją ponad dwieście tysięcy franków; Goriot, chcąc uciszyć okrutne słowa, zakrywa hrabinie usta dłonią. Wobec rozpaczy starca, który wije się w bólu i uderza głową o ścianę („ja nie mam dość siły… zdychaj, psie!"), Eugeniusz przerabia weksel podpisany dla Vautrina na regularny rewers na dwanaście tysięcy franków i wręcza go Anastazji. Ta jednak, zorientowawszy się, że student był za ścianą i słyszał jej hańbę, wybucha nienawiścią do Delfiny (podejrzewając, że siostra celowo wystawiła jej tajemnice); Goriot pada zemdlony „jak postrzałem śmiertelnym ugodzony". Wymuszone pojednanie sióstr trwa krótko — Anastazja wraca tylko po podpis ojca pod wekslem, co Eugeniusz trafnie odgaduje („ona miała zawsze skłonność do udawania"). Ledwo przytomny starzec szepcze prorocze: „One nie są szczęśliwe".

Nazajutrz Bianchon rozpoznaje u Goriota nadchodzący atak apopleksji wywołany gwałtownym wstrząsem moralnym — choroba nieuleczalna. Tego dnia Delfina, zajęta sobą, wygłasza w teatrze wyznanie, że jest „więcej kochanką niż córką", a miłość do Eugeniusza przyćmiła w niej wszystko. Tymczasem wychodzi na jaw, do czego doprowadził starca ostatni cios: Goriot sprzedał ostatnie srebra i za czterysta franków oddał Gobseckowi cały dożywotni dochód, by dać Anastazji tysiąc franków na balową suknię ze złotogłowu; snuje przy tym obłąkane plany wyjazdu do Odessy po zboże i wyrobu krochmalu, „który przyniesie miliony". Rastignac, zajęty upajaniem się nowym mieszkaniem i Delfiną, niemal zapomina o umierającym sąsiedzie.

Nadchodzi dzień balu u pani de Beauséant. Delfina, wystrojona, odmawia odwiedzenia ojca przed balem („ależ nie będziesz mnie uczył, com winna swemu ojcu") — Eugeniusz patrzy z przerażeniem na to „wykwintne ojcobójstwo". Rozmyśla nad trzema wielkimi wyrazami społeczeństwa — Posłuszeństwem, Walką i Buntem; Rodziną, Światem i Vautrinem — lecz brak mu odwagi, by nakazać kochance cnotę, i tchórzliwie usprawiedliwia Delfinę. Dopiero gdy w drodze opowiada jej o okrutnej próżności Anastazji i o ceną, jaką za suknię płaci ojciec, Delfina — otarłszy łzy, „bo ją oszpecą" — obiecuje czuwać przy ojcu po balu. Na balu wicehrabina de Beauséant, opuszczona przez d'Adjudę (kontrakt ślubny podpisano u dworu), panuje nad światem jak „Niobe z marmuru", z pogodną twarzą żegnając salony. Powierza Eugeniuszowi ostatnią przysługę — odebranie od d'Adjudy jej listów, które następnie spala w szkatułce cedrowej; darowuje studentowi swoje pudełko na rękawiczki jako pamiątkę i o piątej rano wyjeżdża na zawsze do Normandii. W tkluczowej scenie pożegnania z księżną de Langeais dwie zdradzone kobiety godzą się, a Eugeniusz pojmuje, że „piękne dusze nie mogą przebywać długo na tym świecie".

O świcie Rastignac wraca piechotą do gospody — jego edukacja się dopełnia. Agonia Goriota trwa; starzec w malignie woła córki („One tańczą! Ona ma swą suknię!"). Brak pieniędzy na leczenie zmusza Eugeniusza do zastawienia zegarka od Delfiny; on i Bianchon pielęgnują konającego, okładając go synapizmami i moksą. Posłany Krzysztof wraca z niczym: hrabia de Restaud oświadczył, że teść „może sobie umierać", i zatrzymuje żonę dla załatwienia interesów; Delfina jeszcze śpi po balu. Wtedy Goriot wygłasza wielki monolog przedśmiertny o niewdzięczności córek — sedno ideowe powieści: „trzeba umrzeć, żeby poznać, czym są dzieci"; oskarża, że „zięciowie zabili mu córki", że pieniądz daje wszystko, „nawet córki", to znów sam się obwinia, że je zepsuł nadmiarem miłości, i błaga, by przyprowadzono je „przemocą, żandarmami". W kolejnych falach malignii przeklina córki i zaraz cofa przekleństwo, wciąż wierząc, że przyjdą.

Eugeniusz rusza po córki. Hrabia de Restaud chłodno odmawia — widzi w Goriocie „nieprzyjaciela swego spokoju"; Anastazja, całkowicie ujarzmiona przez męża, nie może wyjść. U Delfiny, która leży chora („zaziębiłam się po balu"), Eugeniusz wybucha: dopiero gdy wyznaje, że zastawił jej zegarek, „bo ojciec nie ma za co kupić całunu", baronowa zrywa się z łóżka i podaje mu sakiewkę (w której jest ledwie sześćdziesiąt sześć franków) — obiecując przyjść, gdy tylko się ubierze. Tymczasem pani Vauquer targuje się o prześcieradła i dwieście franków należności, licząc, że jedno pójdzie na całun. Bianchon i Eugeniusz, zmieniając konającemu koszulę, znajdują na jego piersi łańcuszek z włosów zmarłej żony i medalion z lokami córek (Anastazji i Delfiny) — dotyk pamiątki wywołuje u starca ostatnie westchnienie radości.

Ojciec Goriot umiera, chwyciwszy za włosy pochylone nad nim głowy obu studentów, których łzy wziął za łzy córek — „Ach! Moje anioły!". Umiera więc zwiedziony „kłamstwem najstraszliwszym i najniewinniejszym zarazem", myląc się „po raz ostatni". Delfina przybywa za późno (Teresa donosi, że baronowa zemdlała i puszczano jej krew), a Anastazja zjawia się już przy zwłokach, błagając martwego ojca o przebaczenie i mdlejąc na krzyk „mój ojciec umarł!". W jadalni stołownicy rzucają obojętne żarty o „śmiercioramie", a jedyną „mową pogrzebową" są słowa pani Vauquer: „lepiej mu, że umarł".

Następuje nędzny pogrzeb biedaka. Zięciowie i córki nie przysyłają ani grosza, ani pełnomocnika; Rastignac i Bianchon opłacają wszystko z własnej kieszeni (z zastawionego zegarka), kupują żebraczą trumnę i obrządek najuboższej klasy. Eugeniusz składa martwemu na piersi medalion z włosami córek (który pani Vauquer chciała zatrzymać, „bo to złoto"). W kościele Saint-Étienne-du-Mont i na Père-Lachaise ojca odprowadzają jedynie Eugeniusz i wierny Krzysztof; dopiero na cmentarz przybywają dwa puste powozy z herbami de Restaud i de Nucingen — symbol ostatecznej obłudy. Gdy grabarze proszą o napiwek, Eugeniusz musi pożyczyć dwadzieścia soldów od Krzysztofa. Nad świeżym grobem młodzieniec roni „ostatnią łzę młodzieńczą".

O zmierzchu Rastignac wchodzi na wzgórze cmentarne, skąd widać rozświetlający się Paryż między kolumną Vendôme a kopułą Inwalidów — świat wielkiego towarzystwa, do którego pragnie się dostać. Zmierzywszy „ten ul brzęczący" wyzywającym spojrzeniem, rzuca światu słynne wyzwanie: „Teraz my się spróbujemy!" — po czym idzie na obiad do pani de Nucingen.