MaturaPolski.pl Zdaj polski na 100%

Pożegnanie z Marią — streszczenie opowiadań

Spis treści (5)

Poniżej znajdziesz streszczenie czterech kluczowych opowiadań Tadeusza Borowskiego z maturalnego wyboru „Pożegnania z Marią”: „U nas w Auschwitzu…”, tytułowego „Pożegnania z Marią”, „Proszę państwa do gazu” i „Ludzie, którzy szli”. Trzy z nich rozgrywają się w Auschwitz-Birkenau, jedno — w okupowanej Warszawie. Łączy je narrator Tadek i beznamiętny, rzeczowy język, w którym potworność obozu opowiedziana jest tonem codziennej relacji.

U nas w Auschwitzu… — listy z „obozu oszustw”

Opowiadanie ma formę listów Tadka do ukochanej, uwięzionej w kobiecej części obozu. Tadek został wybrany z Birkenau na kursy sanitarne w macierzystym Oświęcimiu — kilkunastu ludzi ma „zmniejszyć śmiertelność” wśród dwudziestu tysięcy więźniów. Cały patos tej misji narrator obnaża ironią: jego wkład w ratowanie ludzi sprowadza się do obietnicy prześcieradła dla przestraszonego prominenta, który wyzdrowiał i odwdzięczył się kostką margaryny — Tadek smaruje nią buty. Dni na izbie chorych są „rozkoszne”: bez apeli, z „kanadyjskimi” kocami i piecem z majolikowych kafli, w którym gotuje się zdobyczne jedzenie. Ludzie z Auschwitz mówią o obozie z dumą — „u nas w Auschwitzu” — bo prawdziwym przekleństwem jest Birkenau: drewniane końskie baraki, błoto i cztery krematoria.

Tadek oprowadza ukochaną (i czytelnika) po obozowym „mieście”: jest sala muzyczna z niedzielnymi koncertami, zamknięta biblioteka, muzeum ze skonfiskowanymi fotografiami, a przede wszystkim puff — obozowy dom publiczny, wokół którego tłoczy się lagrowa prominencja: na dziesięć „Julii” przypada tysiąc „Romeów”. Jest i blok dziesiąty, gdzie za zabitymi oknami siedzą kobiety — króliki doświadczalne: sztucznie się je zapładnia, szczepi tyfus i malarię. Nad bramą widnieje napis „Arbeit macht frei” — pracy czyniącej wolnym Borowski przeciwstawia gorzką prawdę o kłamstwie wpisanym w sam język obozu. Wszystko to składa się na „Betrugslager — obóz oszustw”: trawniczki, tablice „kąpiel”, mecz bokserski i koncert symfoniczny o parę kilometrów od kominów mają oszukać świat i samych więźniów.

W listach Tadek próbuje znaleźć „formułę filozoficzną” na to, co widzi. Zabicie dwóch–trzech milionów ludzi tak, żeby nikt o tym nie wiedział, wydawałoby się pomysłem szaleńca — a tu dzieje się bez czarów i hipnozy: ludzie „płyną jak woda z kranu”, a ciężarówki podwożą ich jak na taśmie. Dręczy go bierność ofiar — nikt nie krzyknie, nie plunie, zdejmują czapki przed esesmanami i idą na śmierć. Najmocniejsza scena opowiadania: gdy dziesięć tysięcy mężczyzn czekało przed bramą, nadjechały samochody pełne nagich kobiet z FKL, które wyciągały ramiona i krzyczały: „Ratujcie nas! Jedziemy do gazu!”. Przejechały w głębokim milczeniu — „ani jeden człowiek nie poruszył się, ani jedna ręka nie podniosła się. Bo żywi zawsze mają rację przeciw umarłym”.

Opowiadanie zawiera też filozoficzne centrum całego zbioru. Borowski dokonuje gorzkiego przewartościowania kultury: antyk był „olbrzymim koncentracyjnym obozem”, piramidy i greckie posągi zbudowali niewolnicy, gdy inni „dyskutowali na niby” — a historię piszą zwycięzcy. Stąd credo narratora: „Nie ma piękna, jeśli w nim leży krzywda człowieka. Nie ma prawdy, która tę krzywdę pomija. Nie ma dobra, które na nią pozwala”. Obóz okazuje się też gigantycznym interesem: firmy budowlane, dostawcy drutów, cegły i oświetlenia zarabiają na nim krocie; ten, kto przeżyje, „musi kiedyś zażądać równoważnika tej pracy”. Drugą wielką refleksją jest oskarżenie nadziei: to ona każe ludziom iść apatycznie do komory i nie ryzykować buntu — „nie nauczono nas wyzbywać się nadziei i dlatego giniemy w gazie”.

Obok wykładu jest i codzienność: kurs anatomii na zimnym poddaszu, opowieści współwięźniów przy stole — relacja z transportu, w którym próba ucieczki skończyła się serią z karabinu w stłoczonych ludzi; historia Mojszego z Sonderkommanda, który własnego ojca odesłał do komory słowami „Idź, ojciec, wykąp się w łaźni, a potem pogadamy”; wreszcie opowieść o Toleczce — rosyjskim chłopcu, który umierając kazał flegerowi przeżyć i zawieźć jego matce do Chabarowska wieść o śmierci syna, „żeby nie było granic, ani wojny, ani obozów”. Do Tadka przychodzą wreszcie listy z domu: brat pisze, że wydano jego wiersze — „są to wiersze o twojej miłości”. Opowiadanie zamyka jednak makabryczna rozmowa z Abramkiem z Sonderkommanda, który chwali się „nowym sposobem palenia w kominie” — czworo dzieci podpalanych od włosów — i tłumaczy: „u nas w Auschwitzu my musimy bawić się, jak umiemy. Jak by szło inaczej wytrzymać?”. Narrator puentuje: „Ale to jest nieprawda i groteska — jak cały obóz, jak cały świat”.

Pożegnanie z Marią — Warszawa, handel i zagłada za murem

Tytułowe opowiadanie rozgrywa się w okupowanej Warszawie. Tadeusz pracuje w firmie materiałów budowlanych — w kantorze, wśród ksiąg, telefonu i pustych butelek, trwa nocna, na wpół bohemiczna zabawa wojennej młodości. Przy stole siedzi Maria, narzeczona Tadeusza: rozmawiają o poezji i miłości, Maria zabiera Szekspira, bo na wtorkowym tajnym komplecie omawia „Hamleta”. Tadeusz mówi jej żartem: „Pulsujesz poezją jak drzewo sokiem. Uważaj, żeby świat ciebie nie zranił toporem” — zdanie, które okaże się gorzko prorocze. Przez kantor przewijają się goście: handlarz fałszywymi obrazami, filozofujący Apoloniusz, zapijaczony skrzypek — oraz zbiegła z getta Żydówka, dawna pieśniarka, która wzruszona zwykłą filiżanką herbaty powtarza w panice, że „trzeba odejść”, i rzuca prorocze zdanie: „po aryjskiej stronie też będzie getto. Tylko nie będzie z niego wyjścia”.

Drugi plan opowiadania to panorama okupacyjnej demoralizacji. Wszyscy handlują i wszyscy oszukują: firma sprzedaje mokry cement i fikcyjne manka, właściciel-Inżynier dorabia się na wojnie majątku z bocznicą kolejową, kierownik Jasiek handluje złotem, mieszkaniami i prowadzi „ożywioną wymianę z gettem”, a Tadeusz pędzi z nim bimber i po godzinach drukuje na powielaczu konspiracyjne komunikaty oraz własne „metafizyczne heksametry”. Obok, w budynku byłej szkoły, urządzono więzienie dla ludzi wyłapanych na roboty do Prus — granatowi policjanci nocą sprzedają z niego ludzi jak towar. Za rogiem czeka karuzela z jednym ogłupiałym dzieckiem — a za wiaduktem, w kordonie żandarmów, brezentowe ciężarówki wywożą Żydów.

Najbardziej przejmującą postacią jest stara doktorowa — niegdyś bogata właścicielka składu, dziś ukrywana w kantorze Żydówka w wytartej jedwabnej sukni, z twarzą „pustą jak wyludnione miasto”. Wciąż pyta, czy jej córka i zięć „zdążą wyjść” z getta. Gdy okazuje się, że jest za późno — „szpera na całego” — doktorowa podejmuje decyzję: wraca do getta, na śmierć, byle z rodziną. Kierownik kwituje to brutalnie („I tak, i tak giemza… Nie lepiej żyć?”), ale platformę pakuje; odjazd odbywa się pod eufemizmem „przeprowadzki”, a stara jedzie zwinięta „jak pies” między kołdrą a walizami. Sklepikarz podsumowuje: „Przynajmniej umrze z nią jak człowiek”. Tadek obserwuje to wszystko z lodowatą obojętnością — w pewnym momencie łapie się na tym, że patrząc na złote zęby doktorowej „instynktownie ocenia wagę i wartość całej szczęki”.

Finał następuje nagle. Wracając wieczorem, Tadeusz widzi kolumnę ciężarówek pełnych ludzi złapanych w łapance — twarze spod brezentu „białe, jakby posypane mąką”. W świetle reflektora dostrzega twarz Marii: stoi w ciężarówce wciśnięta w tłum, podnosi kredowe dłonie ku piersiom „jak w geście pożegnania”, porusza wargami — i samochód rusza. „Nie wiedziałem zupełnie, co robić”. Opowiadanie zamyka beznamiętne, tym straszniejsze zdanie: Marię, „jako aryjsko-semickiego Mischlinga”, wywieziono z transportem żydowskim do obozu nad morzem, zagazowano, „a ciało jej zapewne przerobiono na mydło”. Tytułowe pożegnanie okazuje się jednym bezsilnym gestem rąk w blasku reflektora.

Proszę państwa do gazu — dzień na rampie

Najsłynniejsze opowiadanie zbioru pokazuje pracę Kanady — komanda rozładowującego transporty. Zaczyna się niemal sielsko: upał, obóz po odwszeniu chodzi nago, Tadek z przyjaciółmi zajada na pryczy biały chleb z Warszawy, „który jeszcze tydzień temu miała w rękach moja matka”, boczek i sardynki. Od kilku dni nie ma transportów — i tu pada kluczowy, cyniczny dialog. Na uwagę, że transportów może zabraknąć, marsylczyk Henri odpowiada, że zabraknąć ich nie może, „bobyśmy pozdychali na lagrze. Wszyscy żyjemy z tego, co oni przywiozą” — więźniowie funkcyjni żyją z mienia mordowanych. Sielankę przerywa goniec: „Kanada! Antreten! Transport przychodzi”.

Rampa jest „sielankowa” — prowincjonalna stacja obramowana zielenią. Esesmani zjeżdżają na motocyklach, witają się, pokazują sobie zdjęcia dzieci i rozmawiają o listach z domu — przerażające zestawienie zwyczajności z ludobójstwem. Potem nadjeżdża pociąg: w zakratowanych okienkach blade twarze, z wnętrza krzyki „Wody! Powietrza!”, które ucisza seria z automatu po wagonach. Zaczyna się rozładunek: ludzi z całym dobytkiem „ich dawnego życia” wyrywa się z wagonów „jak ślepą rzekę”, młodzi i zdrowi idą na prawo, reszta — do gazu. Obok krąży karetka z czerwonym krzyżem: to w niej „wozi się gaz, którym trują tych ludzi”. Pada zasada moralna rampy: „Jest prawo obozu, że ludzi idących na śmierć oszukuje się do ostatniej chwili. Jest to jedyna dopuszczalna forma litości” — dlatego na pytania „co z nami będzie?” odpowiada się „nie rozumiem po polsku”.

Z tej części pochodzą dwie najgłośniejsze sceny Borowskiego. Pierwsza: młoda, zdrowa kobieta ucieka przed własnym dzieckiem, które biegnie za nią z płaczem „Mamo, mamo!” — krzyczy „to nie moje dziecko!”, bo chce trafić między tych, którzy będą żyli. Dopada ją pijany marynarz Andrej, ciska „jak wór zboża” na auto i dorzuca jej dziecko pod nogi, a esesman pochwala: „Gut gemacht, tak należy karać wyrodne matki”. Druga: dziewczyna „o bujnych jasnych włosach” pyta Tadka wprost: „powiedz, dokąd oni nas powiozą?”. On milczy — a ona, przeczytawszy odpowiedź w tym milczeniu, mówi z „pańską pogardą”: „Już wiem” i sama wbiega po schodkach na auto jadące na śmierć. Panika i godność — dwa bieguny zachowań wobec zagłady.

W przerwie Tadek zadaje Henriemu pytanie, które jest moralnym jądrem opowiadania: „Słuchaj, Henri, czy my jesteśmy ludzie dobrzy?” — bo odkrywa w sobie nie współczucie dla idących do gazu, lecz „niezrozumiałą złość na tych ludzi, że przez nich muszę tu być”. Henri wyjaśnia spokojnie, że ta złość jest „normalna, przewidziana i obliczona” przez system. Transporty następują jeden po drugim „jak spóźniony seans tego samego filmu”: z wagonów wynosi się podeptane niemowlęta „jak kurczaki, po parę w jednej garści”, jednonogą dziewczynkę ciska się żywcem między trupy, a obłąkaną dziewczynę esesman dobija strzałem. Wyczerpany Tadek wymiotuje pod wagonem; obóz wydaje mu się teraz „zatoką spokoju” — wciąż umierają inni, a on żyje.

Bilans dnia: piętnaście tysięcy ludzi. Kanada wraca objuczona chlebem, marmoladą i perfumami — przez parę dni cały obóz będzie żył z „dobrego, bogatego transportu Sosnowiec-Będzin”, a złote zęby i brylanty wydobyte ze zwłok pojadą w zabitych skrzyniach do Berlina. O świcie z krematoriów ciągną „potężne słupy dymów” łączące się w „olbrzymią, czarną rzekę” — „transport sosnowiecki już się pali”. Komando mija oddział SS idący na zmianę warty ze śpiewem „Und morgen die ganze Welt…” — machina zagłady triumfuje.

Ludzie, którzy szli — zagłada jako tło codzienności

Ostatnie opowiadanie wyboru zbudowane jest wokół obsesyjnego refrenu: „ludzie szli i szli — tą i tamtą drogą”, a obie drogi wiodły do krematorium. Na pustym polu za szpitalem więźniowie budują boisko; bloki obsiewa się kwiatami i szpinakiem. Stąd najsłynniejsza scena Borowskiego: narrator stoi na bramce tyłem do rampy; idąc po piłkę, widzi wysiadający z pociągu barwny tłum, a gdy wraca po nią ponownie — rampa jest pusta. „Między jednym a drugim kornerem za moimi plecami zagazowano trzy tysiące ludzi”. Ludzie szli, gdy Tadek mył podłogę, jadł obiad „lepszy niż w domu” i czytał wieczorem Pierre’a Loti. Był „zupełnie spokojny, ale ciało buntowało się” — obozowe otępienie i fizyczny protest organizmu w jednym zdaniu.

Drugą część wypełnia obraz odcinka C, zwanego Perskim Rynkiem: do nieukończonych baraków bez łyżek i misek wtłoczono ponad trzydzieści tysięcy ostrzyżonych młodych kobiet, siniejących na apelach „jak stado kuropatw”. Tadek z kolegami kryje tam dachy papą — nie z litości, lecz za zapłatę. Kobiety błagają o scyzoryk, łyżkę, chleb i wieści o bliskich; na rozpaczliwe pytanie matek, czy ich dzieci „przecież nie umarły”, pada poważna odpowiedź: „Im jest na pewno lepiej, jeżeli istnieje sprawiedliwy Bóg”. Blokowa Mirka ukrywa na barłogu kolorowych kołder chore dziecko, „żeby nie poszło do gazu”; druga blokowa — ruda, która „nic nie daje i nic nie bierze” — każe kobietom śpiewać, „żeby nie myślały”, aż w końcu nie wytrzymuje i wykrzykuje im prawdę: „Ten dym, który widzicie nad dachami... to z waszych dzieci! A teraz śpiewaj dalej”.

Przez czerwiec i lato transporty idą po dwadzieścia tysięcy dziennie — „koło miliona” z Węgier; więźniowie beznamiętnie szacują liczby i kwitują: „Nie zabraknie”. Skrajne zobojętnienie oddaje scena starca, który biegnie do rowu się załatwić, a potem śpieszy za gromadą do komory — „człowiek uśmiecha się ubawiony, widząc innego człowieka, któremu tak śpieszno do komory gazowej”. Spóźnione transporty Oberscharführer Moll dobija strzałem lub spycha żywcem do płonącego rowu; wstrząsająca jest historia młodej kobiety, którą prowadzący nad rów człowiek mimowolnie rozbraja „ludzkim, prostaczym gestem” podrapania się po głowie — chwyta go za rękę, pyta „co oni ze mną zrobią?”, a po strzale wpada z krzykiem w ogień. Pod koniec lata pociągi przestają przychodzić. Zbiór zamyka refleksja, że „pamięć ludzka przechowuje tylko obrazy”: barwny tłum na obu drogach, kobieta nad płonącym rowem, ruda blokowa pytająca „Czy człowiek będzie karany? Ale tak po ludzku, normalnie!” — i Żyd o zepsutych zębach, pytający co wieczór: „Może sprzedasz jajka dla Mirki?... Ona tak lubi jajka…”.

Dlaczego ten zbiór czyta się inaczej niż całą literaturę wojenną

Streszczenie fabuły nie oddaje tego, co w „Pożegnaniu z Marią” najważniejsze: tonu. Borowski nie komentuje, nie oskarża wprost, nie heroizuje — relacjonuje. Narrator Tadek jest uwikłany w system: je chleb z transportów, kryje dachy za złoto, ocenia szczękę doktorowej. Właśnie ta perspektywa „człowieka zlagrowanego” — ofiary, którą obóz nauczył żyć kosztem innych ofiar — czyni z tych opowiadań dokument straszniejszy niż jakikolwiek patos. Szczegółowe analizy znajdziesz w pozostałych opracowaniach tego działu: o człowieku zlagrowanym, obrazie obozu, narratorze Tadku i moralności w warunkach skrajnych.

Chcesz sprawdzić znajomość opowiadań przed maturą? Przećwicz zadania maturalne z tej lektury na stronie matury-online.pl/zadania/polski/pozegnanie-z-maria.