MaturaPolski.pl Zdaj polski na 100%

„Przedwiośnie” - streszczenie szczegółowe (dokładne)

Rodowód

Rozdział pierwszy wyjaśnia pochodzenie głównego bohatera powieści, Cezarego Baryki. Narrator od razu zaznacza, że nie chodzi tu o szlacheckie herby czy długie szeregi przodków, ale o współczesną rodzinę bez wielkiej przeszłości. Rodzice Cezarego to Seweryn Baryka i Jadwiga z Dąbrowskich - przedstawiciele polskiej inteligencji żyjącej na emigracji w Rosji. Jedynym ważnym przodkiem, o którym będzie mowa, jest dziadek Kalikst, którego historia stanie się rodzinną legendą.

Matka Cezarego, Jadwiga z Dąbrowskich, pochodziła z Siedlec i mimo długoletniego pobytu w Rosji nigdy nie nauczyła się dobrze mówić po rosyjsku. Żyła wspomnieniami rodzinnego miasta, ciągle tęskniąc za Siedlcami, które idealizowała. Nawet mieszkając w pięknym Baku nad Morzem Kaspijskim, opowiadała o stawie na Sekule, łąkach w Rakowcu czy nawet błotnistej szosie do Mord. Nadawała tym miejscom cechy rajskiego miejsca. Jej nieznajomość języka rosyjskiego prowadziła do komicznych sytuacji - raz pokłóciła się z dorożkarzem w Moskwie o „płoche bruki” (myląc rosyjskie słowo „briuki” - spodnie), a innym razem obraziła córkę gubernatora, gdy powiedziała o jej róży niewłaściwym rosyjskim słowem.

Seweryn Baryka ożenił się z Jadwigą w ekspresowym tempie - podczas miesięcznego urlopu zdążył znaleźć pannę, zdobyć przychylność rodziców, wziąć ślub i wrócić na czas do pracy w Rosji. Był typowym karierowiczem bez określonego wykształcenia czy zawodu, który szukał coraz lepszych posad, kierując się głównie wysokością pensji i dodatkami. Choć uczciwy z natury, gotów był wykonywać każdą pracę w granicach mieszczańskiej przyzwoitości. Rosja przedwojenna była idealnym miejscem dla takich jak on - inteligentnych Polaków z Królestwa, którzy dzięki sprytowi, wytrwałości i wzajemnemu wspieraniu się robili kariery w carskiej administracji.

Po ślubie Barykowie szybko doczekali się syna, któremu dano imiona Cezary Grzegorz. Seweryn systematycznie się bogacił, gromadząc pieniądze, meble, dywany, biżuterię, obrazy i książki w drogich oprawach. Wśród tych zbiorów szczególne miejsce zajmowała niepozorna broszurka - pamiętnik z powstania 1831 roku, w którym na stronie 37 wymieniony był dziadek Kalikst Grzegorz Baryka jako jeden z piętnastu obywateli, którzy poparli powstanie całym majątkiem. Dziadek był dziedzicem majątku Sołowijówka, który po upadku powstania został skonfiskowany przez Rosjan, a on sam musiał uciekać i żyć w biedzie na obczyźnie.

Ta skromna wzmianka w pamiętniku stała się podstawą rodzinnej legendy Baryków. Ojciec Seweryna napisał przy tytule broszury rozkaz: „Pilnować jak oka w głowie!” i rzeczywiście książeczka wędrowała z Sewerynem po całej Rosji - najpierw leżała na dnie kuferka między brudną bielizną, potem w szufladzie stolika, aż wreszcie trafiła do oszklonych szaf pełnych cennych zabytków. Legenda o Sołowijówce rosła z pokolenia na pokolenie, stając się mitem o czymś wielkim i wspaniałym, źródłem dumy i poczucia wyższości nad innymi.

W miarę awansowania Seweryn Baryka trafił wreszcie do Baku, gdzie został wysokim urzędnikiem w przemyśle naftowym z własnym biurem. Mieszkanie zamieniło się w luksusowy apartament z perskimi dywanami, drogimi meblami krytymi kaukaskimi atłasami, srebrnymi i złotymi naczyniami. Po latach oszczędzania miał w banku kilkaset tysięcy rubli i cieszył się powszechnym szacunkiem w środowisku. Żona wciąż tęskniła za krajem i namawiała do powrotu, ale dobra posada, wysoki zarobek, ciepły klimat, tanie owoce i jedwabie oraz wygoda życia zatrzymywały rodzinę w Baku. Nieświadomie przywiązali się też do carskiego systemu, na którym bazował ich dobrobyt.

Całą miłość i ambicje Seweryn skupił na synu Cezarym, zwanym pieszczotliwie Czarusiem. Chłopiec od najmłodszych lat miał najlepsze nauczycielki języków obcych - francuskiego, angielskiego, niemieckiego i polskiego, oraz drogich korepetytorów, gdy poszedł do gimnazjum. Uczył się nieźle, choć nadopiekuńczy rodzice przeszkadzali mu ciągłymi obawami o jego zdrowie. Ojciec i syn spędzali rozkoszne chwile w gabinecie na miękkim dywanie, gdzie kołysząc się w fotelu, wspólnie uczyli się tabliczki mnożenia, francuskich bajek czy polskich wierszyków. Mimo starań rodziców o zachowanie polskości szkoła i rosyjskie środowisko sprawiły, że Cezary lepiej mówił po rosyjsku niż po polsku - życie przepojone duchem rosyjskim robiło swoje.

Część pierwsza - „Szklane domy”

Część pierwsza rozpoczyna się w momencie, gdy Cezary właśnie otrzymał promocję do piątej klasy i skończył czternasty rok życia. Jego ojciec Seweryn został jako oficer rezerwy powołany do wojska w związku z wybuchem I wojny światowej. Rodzinna idylla szybko się skończyła - ojciec został wysłany statkiem do Astrachania, zostawiając syna i matkę w Baku. Początkowo Cezary nie odczuwał żalu, fascynowały go szczegóły związane z mundurową przemianą ojca, ale gdy statek odpływał, nagle ogarnęło go przerażenie i zaczął krzyczeć jak małe dziecko. Wszyscy pocieszali się, że wojna potrwa krótko - może kilka tygodni, najwyżej dwa miesiące.

Po wyjeździe ojca Cezary poczuł ulgę związaną z nowo nabytą swobodą. Dotychczas ojciec sprawował nad nim żelazną władzę - choć nigdy go nie karał ani nie łajał, jedynie żartował i prosił z uśmiechem, jego wola była nieprzekraczalna jak kanony i paragrafy. Teraz ta obręcz rozluźniła się, a przerażenie w oczach matki - „Co na to ojciec powie?” - znikło. Chłopiec zaczął wymykać się spod kontroli, całymi dniami spędzał czas poza domem na łobuzerskich zabawach z kolegami, wagarował, wszczynał awantury z nauczycielami. Wybijał szyby Tatarom, strzelał z procy do ludzi z dachów, zorganizował kocią muzykę nielubianemu nauczycielowi, nocami włóczył się po bulwarach i zaułkach miasta.

Matka Jadwiga straciła kontrolę nad synem i żyła w ciągłej trwodze o niego. Bez męża musiała stać się osobą decyzyjną, co było dla niej męką - wstydziła się, gubiła w obowiązkach, nie wiedziała od czego zacząć. Popadła w bezsenność i spędzała noce, patrząc na śpiącego syna, rozmyślając o tym tajemniczym, obcym chłopcu, którego urodziła i wykarmiła, a który teraz obraca się przeciwko niej. Listy od Seweryna przychodziły regularnie - był na froncie w Prusach Wschodnich nad Jeziorami Mazurskimi - ale były suche i jednostajne. Matka kłamliwie chwaliła w listach zachowanie syna, a ojciec dziękował Cezaremu za dobre sprawowanie, co wywoływało u chłopca krótkotrwałe wyrzuty sumienia.

Tylko raz Cezary naprawdę się wzruszył - gdy śpiewał solo w kościele katolickim pieśń „O Panie, co losy ludzkości dzierżysz w dłoni Swej”. Ogarnęła go wtedy niepojęta tęsknota za ojcem i śpiewał tak pięknie, że słuchacze myśleli, iż to anioł zstąpił z obrazu. Jednak poza murami kościoła wracał do dawnego trybu życia - wraz z kolegami budował skrytki w skalnych pieczarach, gdzie przechowywali zakazane książki, stary rewolwer bez naboi i gruziński kinżał. Po wojnie listy od ojca przychodziły coraz rzadziej - był w Karpatach, potem w szpitalu gdzieś na granicy Polski, aż w końcu całkiem przestały nadchodzić.

W marcu 1918 roku w Baku wybuchła rewolucja i wojna domowa między Ormianami a Tatarami. Ormianie przy pomocy wojsk angielskich zajęli miasto, paląc meczety wraz z kobietami i dziećmi. W odpowiedzi Tatarzy poprosili o pomoc Turcję - armia turecka pod wodzą Nuri Paszy ruszyła na Baku, mordując po drodze ludność ormiańską. Miasto znalazło się pod ostrzałem artylerii tureckiej, Cezary z matką musieli opuścić mieszkanie i przenieść się do małego pokoiku. Chłopiec entuzjastycznie przyjął rewolucję, chodził na mityngi, słuchał mówców głoszących hasła komunizmu. Patrzył też na samosądy i egzekucje białogwardzistów, wracał do domu rozgorączkowany i opowiadał matce o tym, co widział.

Matka w tajemnicy przed synem wykopała część skarbu zakrytego przez męża i ukryła go poza miastem w ruinach. Gdy wydano dekret nakazujący oddanie ukrytych skarbów pod karą śmierci, Cezary z dumą wskazał miejsce ukrycia ojcowskich oszczędności w piwnicy. Władze zabrały pieniądze, a rodzinie coraz bardziej brakowało jedzenia - jadali tylko ryby i kawior. Matka potajemnie wyprawiała się na wieś, wymieniając złoto i srebro na zboże, które potem mełła u Tatarów i piekła chleb dla syna. Siły jej jednak malały, aż pewnego dnia zatrzymano ją, gdy próbowała wydobyć resztę ukrytego skarbu i skierowano do ciężkich robót w porcie.

Cezary błagał o przeniesienie matki do szpitala, ale wkrótce potem, pchnięta przez dozorcę, upadła i zmarła. Pochowano ją na katolickim cmentarzu, a syn zauważył, że ktoś zdarł z jej palca obrączkę ślubną wraz ze skórą, zostawiając czarną ranę. Po śmierci matki Cezary został sam i dopiero teraz zrozumiał, jak silna była ta pozornie słaba kobieta, która do końca walczyła o niego. Chodził na jej grób i prowadził z nią w myślach długie rozmowy, wyjaśniając jej swoje przekonania rewolucyjne. We wrześniu 1918 Turcy zdobyli Baku i wymordowali ponad 70 tysięcy Ormian - Cezary ocalał dzięki legitymacji jakiegoś „Państwa Polskiego” otrzymanej od konsula.

Został zmuszony do pracy przy zakopywaniu trupów. Pewnego dnia w wozie zobaczył zwłoki pięknej młodej Ormianki, której martwe oczy i otwarte w krzyku usta wstrząsnęły nim do głębi. Pracując przy masowym grobie zauważył dziwnego brodatego chłopa w łachmanach, który codziennie siedział na kupie kamieni i nucił coś, co brzmiało jak „Czaruś”. Gdy Cezary się przyjrzał, rozpoznał w nim ojca. Spotkali się potajemnie za parkanem latryny - Seweryn wyznał, że wrócił z legionów polskich przez całą Rosję, ukrywając się przed Tatarami, którzy mogli go wydać. Umówili się na nocne spotkanie przy grobie matki.

Po odejściu Turków ojciec i syn mieszkali razem w biedzie, przygotowując się do wyjazdu. Seweryn był fizycznie zrujnowany wojną, miał wiele ran i uszkodzoną czaszkę. Z trudem zbierali pieniądze na podróż do Polski. Ojciec opowiadał o walizce zostawionej w Moskwie u przyjaciela Bogumiła Jastruna, w której była czysta bielizna, lekarstwa i książeczka o dziadku Kalikście. Wyruszyli zimą statkiem do Carycyna jako robotnicy, z fałszywymi paszportami. W Carycynie przesiedli się do pociągu jadącego na północ.

Podczas długiej podróży w wagonie towarowym, leżąc obok siebie wśród Sartów, ojciec opowiadał synowi o nowej cywilizacji w Polsce. Mówił o genialnym wynalazcy, też nazwisku Baryka, który nad Bałtykiem skupił piaszczyste wydmy i zbudował hutę szkła. Wykorzystując prąd morski do napędzania turbin, produkował szklane belki i elementy, z których budowano tanie, higieniczne domy dla chłopów i robotników. Domy te ogrzewane były zimą gorącą wodą krążącą w rurach, a latem chłodzone zimną wodą. Opowiadał o szklanej kanalizacji Wisły, elektryfikacji kraju, szkołach i kościołach ze szkła, o całych wsiach zbudowanych z tego materiału.

W Moskwie zatrzymali się u Jastruna i odnaleźli walizkę z czystą bielizną i lekarstwami. Po przebraniu się w czyste ubrania czuli się jak odmienieni ludzie. Wkrótce dostali się do pociągu repatriacyjnego jadącego przez Charków do Polski. Niestety w Charkowie oddali walizkę do przechowalni na dworcu, a gdy chcieli ją odebrać, kolejarz oznajmił, że zniknęła. Stracili całą bieliznę, lekarstwa i rodzinną pamiątkę - książeczkę o dziadku. Musieli czekać tygodniami na transport do Polski, żyjąc w skrajnej nędzy. Seweryn ciężko zachorował, gorączkował, a Cezary musiał układać go w dziurze pod schodami.

Młody Baryka obserwował życie rewolucyjne Charkowa, chodził na mityngi, zachwycał się mówcami, zwłaszcza pochodzenia żydowskiego, którzy z genialną jasnością odsłaniali słabości starego świata. Jednocześnie musiał opiekować się chorym ojcem, który wciąż marzył o Polsce i opowiadał o szklanej cywilizacji. Wreszcie nadszedł pociąg, ale przewodnik inżynier Białynia odmówił zabrania dwóch dodatkowych pasażerów. Uratował ich nieznany wysoki, chudy człowiek, który wziął odpowiedzialność na siebie i ukrył Baryków w wagonie z kożuchami.

Podczas podróży ojciec coraz bardziej chorował w zaduchu i fetorze skór. Nieznajomy przynosił im jedzenie i przyprowadził lekarza, ale było już za późno. Seweryn przed śmiercią prosił syna, żeby jechał do Polski i odnalazł w Warszawie Szymona Gajowca, przyjaciela rodziny. Zmarł w wagonie, a jego ciało wyniesiono podczas postoju i pochowano przy kościele w nieznanym miasteczku. Cezary musiał jechać dalej sam. Nieznajomy okazał się księdzem, który przemycał go przez kolejne rewizje.

Po przekroczeniu granicy polskiej w Cezarego ręce inżynier Białynia wetknął czyjąś legitymację. Młody Baryka wszedł do Polski jako sierota, nie witając nikogo, tylko żegnając wszystko, co zostawił za sobą. Zobaczył nędzne, brudne miasteczko z dziurawymi dachami pokrytymi papą, błotniste ulice i brzydkie domy różnej wysokości. Nad rzeczką tańczyli boso chłopcy-żebracy przy dźwiękach harmonijki. Patrząc na to wszystko Cezary pomyślał gorzko: „Gdzież są twoje szklane domy?”. Przedwiośnie próbowało ukryć brzydotę miasteczka swoimi pierwszymi kolorami, ale widok polsko-żydowskiej mieściny był przygnębiający dla młodego człowieka, który spodziewał się zobaczyć kraj marzeń opisywany przez ojca.

Część druga - „Nawłoć”

Po dotarciu do Warszawy Cezary Baryka nie znalazł obiecywanych przez ojca szklanych domów - zrozumiał, że była to tylko piękna legenda, którą umierający ojciec opowiadał przed śmiercią. Mimo rozczarowania postanowił wstąpić na medycynę w Warszawie, może pod wpływem legendy o „kuzynie Baryku”, genialnym wynalazcy. Bez swoich bakińskich dokumentów, po dość pobieżnym egzaminie został przyjęty na studia i z zapałem rozpoczął naukę - krajał zwłoki, uczył się anatomii, chemii i botaniki. Zawarł nowe znajomości z Polakami, choć czasem ranili go swoją „nieszczerością” - nie był przyzwyczajony do ich sposobu bycia.

Materialnie bardzo pomógł mu Szymon Gajowiec, wysoki urzędnik w nowo powstałym Ministerstwie Skarbu, dawny znajomy ojca. Gajowiec dał mu nieetatową posadę w swoim biurze i załatwił korzystne lekcje języka rosyjskiego dla wyższych oficerów pochodzących z Galicji. Pan Gajowiec szczególnie interesował się matką Cezarego - poznał ją dawno temu w Siedlcach i kazał sobie wielokrotnie opowiadać o jej cierpieniach i śmierci, często słuchając ze łzami w oczach. Pewnego dnia wyznał Cezaremu, że kiedyś kochał jego matkę - była jedyną miłością jego życia, ale nie mógł konkurować z ojcem Cezarego, który przyjechał z Rosji otoczony nimbem powodzenia.

Z panem Gajowcem Cezary często rozmawiał o matce, zamykali się sam na sam i godzinami wspominali zmarłą. Dla Gajowca każdy szczegół dotyczący „panny Jadwigi” był cenny, a Cezary znajdował rozkosz w tych rozmowach, poznając nowy obraz matki - młodej, pięknej panienki z Siedlec. Obaj kochali się na nowo w widmie panny Jadwigi, która była mostem między ich samotnością.

Nauka i nowe życie w Warszawie nie trwały długo, ponieważ w 1919 r. wybuchła wojna z bolszewikami. Cezary wstąpił do wojska jak wszyscy jego koledzy z uniwersytetu, choć nie pałał entuzjazmem do walki i ideowo sympatyzował z polską stroną. Wstąpił z obawy przed niesławą - konforizm wojenny okazał się silniejszy niż przekonania. Pan Gajowiec, jedyny teraz jego opiekun duchowy, nie powstrzymywał go, choć rozstanie było dla niego bardzo trudne.

„Pole” bitwy było blisko - dymy płonącego Radzymina widać było z Warszawy, słychać było huk armat dobrze Cezaremu znany z Baku. Pewnego dnia, gdy wojska bolszewickie docierały już niemal do przedmieść Warszawy, a miasto było w panice i ruchu, Cezary po musztrze wszedł do kawiarni. Stoliki obsiedli bogaci Żydzi, plutokracja warszawska, która nie uciekła z miasta. Głośno dyskutowali, jak zachować się po wkroczeniu bolszewików - jedni przewidywali, że „da się zrobić” interes, inni obawiali się nieprzyjemności. Słuchając ich cynicznej rozmowy o tym, że „zobaczymy”, Cezary poczuł wstręt i postanowił walczyć.

Drugim motorem była powszechna euforia - wszyscy szli na wojnę jak na bal, z entuzjazmem. Robotnicy na zburzonym moście wzywali do walki nie z burżuazją, ale z najeźdźcą niosącym czerwone sztandary. Niedorośli chłopcy wyrywali się matkom i ginęli bohatersko. Cezary chciał zrozumieć, jaka siła pcha Polaków do walki z takim zapałem.

Gdy po przeszkoleniu wyruszył z kompanią za Pragę na szosę radzymińską, ujrzał niesamowity widok - ogromną kolumnę jeńców bolszewickich prowadzoną przez małych polskich żołnierzy. Szli w długich szynelach, boso lub w różnych buciorach, zdrożeni i głodni. Z przydrożnego szynku wytoczyła się gruba kobieta, która zaczęła wygrażać jeńcom pięściami, wyzywając ich i drwiąc z ich nędzy. Wykrzykiwała, że są głodni i że dałaby im jeść ziemniaki jak świniom, gdyby tylko miała. Ta scena pokazała Cezaremu prawdziwe oblicze wojny - mieszaninę triumfu, pogardy i paradoksalnego współczucia.

Oddziałek maszerował dalej, mijając Radzymin ze zgliszczami domów poprzewracanych pociskami. W jednym z ocalałych budynków zobaczył francuskiego oficera z siwą bródką, który sam z polskim szoferem wyruszał motocyklem na północ, ku uciekającej armii bolszewickiej. Mała polska kolumna ruszyła za wrogiem w ciemność, nie wiedząc, czy nieprzyjaciel rzeczywiście ucieka, czy znów uderzy na Warszawę.

Cezary niemało się nachodził w tej narodowej wojnie - wykonywał wściekłe marsze, wypady, zasadzki, czasem musiał uciekać przed przemożną siłą wroga. Uczestniczył w brawurowym natarciu generała Sikorskiego, maszerował dniami i nocami za uciekającym wrogiem. Nigdzie nie widział ojcowskich szklanych domów i przestał o nich myśleć. Nie widział też ideologii najeźdźców - tylko ruiny, zniszczenie, ślady rabunków i gwałtów. Gdzie były mosty, sterczały osmalone pale; gdzie były wsie, stały porozwalane pustki.

W kompanii zaprzyjaźnił się z Hipolitem Wielosławskim, również studentem uniwersytetu, a teraz dzielnym żołnierzem. W potyczce pod Łysowem koło Łosic Cezary uratował Wielosławskiego z opresji - gdy ten wpadł między bolszewików i został poraniony bagnetami, Baryka wrócił po niego, wziął go na ramiona i wyniósł z lasu Rogacz. Wielosławski nie zapomniał tej przysługi. Był szanowanym żołnierzem, choć pochodził z magnackiego rodu - darł buty w pościgu za wrogiem, spał na ziemi, dzielił się chlebem i słoniną. Z Hipolitem zawarli przyjaźń „od serca”.

Gdy rozeszła się wieść o rozejmie i ustąpieniu wroga z kraju, oddział został cofnięty z Białorusi na Mazowsze. W miasteczku Żerominie obaj przyjaciele odpoczywali po trudach wojny. Wkrótce jako studenci zostali zwolnieni z wojska. Hipolit zaprosił Cezarego na wypoczynek do rodzinnego majątku Nawłoć koło Częstochowy. Baryka przyjął zaproszenie - po przebraniu się w cywilne ubranie u pana Gajowca (który udzielił zaliczki na przyszłe prace biurowe) wyruszył do Nawłoci.

Na małej stacyjce czekała czwórka koni zaprzężonych do wysokiego powozu, którym powoził młody lokaj Jędrek, witający się wylewnie z „paniczem” wracającym z wojny. Hipolit sam ujął lejce i ruszyli miękkim gościńcem. Cezary po raz pierwszy jechał takim zaprzęgiem i czuł prawdziwą rozkosz. Konie gnały przez pastwiska i pola, a jesienny wiatr świstał koło uszu, budząc uczucie szczęścia, młodości i zdrowia.

W pewnym miejscu Hipolit skręcił w wąską dróżkę między chłopskimi działkami. Na pytanie, czy jechać gościńcem, czy "na Leniec", Jędrek wyjaśnił, że droga przez Leniec jest trudniejsza. Hipolit zdecydował się na skrót, strzelił z bata i konie skoczyły tak gwałtownie, że bryczka runęła naprzód, trafiła bokiem w płot i wywróciła się. Pasażerowie wylądowali w błocie - Hipolit w bruździe, a Cezary przeleciał dalej i zorał głową kilka zagonów. Po tej przygodzie pozbierali się, oczyścili i pojechali dalej dwakroć szybciej.

Mijali pałacyk w Leńcu, należący do pięknej wdowy Laury Kościenieckiej. Wreszcie w ciemną noc ujrzeli światła Nawłoci. Na ganku dworu czekała cała rodzina, wykrzykując radośnie imię Hipolita w różnych wariantach. Matka nie mogła się napatrzeć na syna, łzy szczęścia lały się z jej oczu.

Cezary został przedstawiony zebranym: matce Hipolita - dostojnej damie o władczych ruchach; młodemu księdzu Anastazemu - przyrodniemu bratu Hipolita; pannie Karolinie Szarłatowiczównie - siostrze ciotecznej, blondynce o niebieskich oczach; oraz wujowi Skalnickiemu. Wszyscy przyglądali się gościowi z prowincjonalną ciekawością. Rozmowa była chaotyczna - wszyscy naraz mówili, zadawali pytania i cieszyli się z powrotu Hipolita z wojny.

Panna Karolina, najgłośniej się odzywająca, żartowała, że Hipolit wcale nie wygląda na weterana wojennego, tylko jakby utył. Ksiądz Anastazy okazał się być wesołym, pucołowatym księdzem, który zaraz zaczął śpiewać swoją ulubioną piosenkę „Caroline, Caroline”. Stary służący Maciejunio ledwie nadążał z odkorkowywaniem butelek, a kolacja zamieniła się w radosne święto powrotu. Wszyscy patrzyli na Cezarego z sympatią - nawet stare ciotki Aniela i Wiktoria wypytywały o jego matkę i płakały, słuchając o jej losie.

Cezary czuł się jak w rodzinie - był odurzony nie winem, ale szczęściem i ciepłem tego domu. Po raz pierwszy od śmierci rodziców miał w sercu radość i poczucie przynależności. Wszystko w tym dworze było przytulne i przyjazne jak dawne objęcia rodziców. Wzruszony tym przyjęciem i wspomnieniem własnej samotności, w pewnym momencie rozpłakał się i szeptał pijanemu już Hipolitowi, że powinien się strzec, bo ci sami ludzie mogą kiedyś obrócić się przeciwko niemu za posiadanie srebrnej papierośnicy. Ksiądz próbował go pocieszyć, a wieczór zakończył się wspólnymi tańcami i śpiewami.

Następnego ranka Cezary obudził się w pokoju gościnnym w budynku zwanym „Arianką” - dawnym zborze ariańskim przerobionym na mieszkania. Pokój był wysoki, z bielonymi ścianami i drewnianą powałą, przypominający dawną salę modlitw. Ksiądz Anastazy chrapał bohatersko w sąsiednim pokoju, a Hipolit spał jak zabity po wczorajszej libacji.

Cezary wyszedł na spacer po rozległym parku. Mgła zasnuwała aleje grabowe, ławki były zasypane zwiędłymi liśćmi. Czuł dziwny urok tego miejsca i radość, jakiej nie doświadczał od czasów dzieciństwa. Trafił na folwark między stodoły, obory i stajnie, potem do ogrodu warzywnego i ptasiego zagródka. Tam zobaczył zabawną scenę - jakaś panna z miasta, przestraszona przez agresywną perliczkę wykrzykującą „psiakrew!”, uciekała z krzykiem przez dziedziniec. Była to Wanda Okszyńska, siostrzenica rządcy Turzyckiego.

Po powrocie do dworu zastał przy fortepianie właśnie tę pannę Wandę, grającą wspaniale Poloneza A-dur Chopina. Okazało się, że dziewczyna nie radzi sobie w szkole (nie umie tabliczki mnożenia), ale ma niezwykły talent muzyczny. Może grać całymi dniami, upijając się muzyką jak inni alkoholem. Hipolit i Cezary przerwali jej grę, przedstawiając się. Panna była przerażona obecnością młodych mężczyzn, ale gdy Cezary zaproponował wspólne granie na cztery ręce, ożywiła się i zagrali razem.

Wkrótce do Nawłoci zawitała sąsiadka - pani Laura Kościeniecka z Leńca, piękna wdowa jadąca konno w męskim stroju wraz ze swoim narzeczonym Władysławem Barwickim. Laura doskonale jeździła konno, była naturalna, zgrabna i pełna uroku. Gdy Hipolit przedstawił jej Cezarego jako przyjaciela z wojny, ledwie na niego spojrzała, jakby był czymś mniej interesującym niż koń. Zaprosiła jednak obu do siebie na śniadanie.

W Leńcu, nowoczesnej willi raczej niż tradycyjnym dworze, Laura przyjęła ich już przebrana w elegancką suknię, która podkreślała jej urodę. Jej stopa w lakierowanym pantofelku wyglądała zupełnie inaczej niż w grubym bucie jeździeckim. Cezary był nią oczarowany, choć rozmawiała głównie z Hipolitem, planując wielki bal charytatywny w Odolanach dla zebrania funduszy na protezy dla inwalidów wojennych.

Pewnego popołudnia cała kompania z Nawłoci - ksiądz Anastazy, Hipolit, Cezary i Karolina - wybrała się bryczką na przejażdżkę. Zatrzymali się w folwarku Chłodek, gdzie był piękny staw z młynem. Gdy Hipolit i ksiądz poszli do ekonoma Gruboszewskiego, Cezary z Karoliną spacerowali nad stawem.

To miejsce dziwnie poruszyło Cezarego - przypomniało mu opowieści matki o stawie „Sekuła” w Siedlcach, za którym tęskniła całe życie. Karolina opowiedziała mu swoją historię - była sierotą, jej rodzice zginęli od bolszewików na Ukrainie, matka umarła w Warszawie w biedzie, a ona sama musiała teraz pracować u krewnych jako gospodyni. Mówiła o tym z goryczą, wspominając psa Gagę, który zdechł, nie mogąc znieść nędzy po wygnaniu z pałacu.

Cezary w odpowiedzi opowiedział jej o swojej ucieczce z Baku, śmierci rodziców i przybyciu do Polski. Było to dla niego dziwne uzewnętrzanie się przed nieznajomą, ale czuł ulgę, gdy mógł o tym mówić. Na koniec, nad tym stawem w Chłodku, zawarli przyjacielską „sztamę” - Cezary obiecał być jej sojusznikiem w życiu.

Pani Kościeniecka zmobilizowała całą okolicę do przygotowań do balu. Cezary został jednym z jej pomocników, co dawało mu pretekst do częstych wizyt w Leńcu. Problem stanowił brak fraka - Hipolit w końcu przekonał go, by przyjął frak w prezencie, jako symbol ich braterstwa. Pojechali do Częstochowy do krawca, a gdy frak był gotowy, panna Karolina wyprasowała koszulę i przygotowała krawat.

Gdy Cezary dziękował jej w swoim pokoju, zatańczyli razem, a potem się pocałowali. Karolina błagała go, żeby jej „nie gubił”, ale jednocześnie nie mogła się oprzeć jego urokowi. Te potajemne schadzki obserwowała jednak panna Wanda, szpiegując przez dziurkę od klucza, co tylko pogłębiało jej obsesyjną miłość do Cezarego.

Tymczasem rozwijał się prawdziwy romans między Cezarym a Laurą Kościeniecką. Pewnego dnia, gdy Cezary odwiózł pudła cukierków do Odolan, Laura zaprosiła go na potajemną schadzkę. Potem, wracając karetą z Odolan do Nawłoci po deszczu, oddali się namiętności - całowali się i kochali karecie. Laura wyznała, że musi wyjść za Barwickiego z powodów finansowych (może spłacić długi na majątku), ale to Cezarego kocha.

Cezary zaczął wymykać się nocami do Leńca na spotkania z Laurą. Pewnej nocy, późną jesienią, wszedł przez znane sobie drzwi do biblioteki w Leńcu. Laura czekała na niego, zaprowadziła go do swojej sypialni na piętrze. Musieli być bardzo ostrożni, bo w domu była też teściowa Laury. Podczas gdy pokojówka rozbierała panią do snu, Cezary czekał w gabinecie. Potem Laura przekręciła klucz i wpuściła go do sypialni.

Ze złośliwości podkręcał i przygaszał knot lampy w oknie - to był umówiony sygnał między Laurą a odjeżdżającym Barwickim, że ona o nim myśli. Cezary bawił się tym sygnałem, dopóki światła karety Barwickiego nie znikły w ciemności. Potem Laura i Cezary oddawali się miłości.
Karolina jednak wszystko podejrzewała. Śledziła każdy ruch Cezarego, wąchała jego ubranie, szukając zapachu perfum Laury, chodziła po parku, szukając śladów kopyt konia. Odkryła, że ktoś przyjeżdża nocą konno do parku nawłockiego. Domyśliła się wszystkiego i cierpiała straszliwie z zazdrości.

Nadszedł dzień wielkiego balu charytatywnego w pałacu w Odolanach. Cała okolica była w gorączce przygotowań - fryzjerzy jeździli od dworu do dworu, wszyscy szykowali stroje. Maciejunio okazał się być także fryzjerem i kręcił loki wszystkim panom. Ksiądz Anastazy wystroił się w jedwabną sutannę z atłasowymi guzikami i lakierkami, w efekcie czego wyglądał dość komicznie.

Na balu Cezary czuł się początkowo nieswojo w eleganckim towarzystwie. Tańczył z różnymi paniami, ale myślał tylko o Laurze. Podczas tańca szeptała mu słowa miłości, nazywając go „Czarusieńkiem” i „Czarnoksiężniczkiem”. Była w pięknej różowej sukni balowej i wyglądała olśniewająco. Obok niej cały czas był Barwicki, co doprowadzało Cezarego do szału zazdrości.

Karolina, która wszystko widziała i rozumiała, zatańczyła z Cezarym dzikiego kozaka przy akompaniamencie Hipolita. W jej tańcu była desperacja i wyzwanie - pokazywała swoje ciało, kusząc i jednocześnie przeklinając zdrajcę. Obserwowała ją Wanda Okszyńska, której serce pękało, gdy widziała ich razem tańczących. Później Wanda zagrała na fortepianie sonatę Beethovena, wkładając w nią całą swoją miłość i cierpienie.

Pewnej grudniowej nocy Cezary poszedł jak zwykle do Leńca na schadzkę. Gdy wszedł do biblioteki, poczuł czyjąś obecność. Nagle oślepiło go światło latarki i poczuł cios szpicruty w twarz - to Barwicki czekał na niego w zasadzce. Wywiązała się walka. Cezary wyrwał Barwickiemu szpicrutę i zaczął go nią bić. Obaj bili się zawzięcie na pięści.

Weszła Laura ze świecą. Barwicki oświadczył, że wrócił z drogi, żeby „zostawić pamiątkę” kochankowi swojej narzeczonej. Laura stanęła w obronie Barwickiego, ganiąc Cezarego za nocne wizyty i kompromitowanie jej. Cezary w szale uderzył ją szpicrutą przez twarz i wyszedł.
Resztę nocy spędził w stogu siana, gdzie wił się z rozpaczy. Próbował wrócić do Laury, ale drzwi były zamknięte, dom milczał. O świcie spotkał na cmentarzu księdza Anastazego, który widząc ślad na jego twarzy, próbował go namówić do spowiedzi. Cezary odmówił. Ksiądz powiedział mu, że Karolina umarła jako jego ofiara - zakochała się w nim na śmierć, a on ją tylko wykorzystywał.

Gdy Cezary wrócił do Nawłoci, zastał kartkę od księdza wzywającą go natychmiast do umierającej Karoliny. Dziewczyna została otruta - wiła się w strasznych bólach. Zdążyła się jeszcze z nim pożegnać, ksiądz związał ich ręce stułą jakby do ślubu, a potem Karolina zmarła. Lekarz stwierdził otrucie strychniną.

Zaczęło się śledztwo. Ustalono, że Karolina tego dnia była u Turzyckich i piła tam wodę z sokiem porzeczkowym. To panna Wanda podała jej szklankę i sama ją osłodziła cukrem. Podczas rewizji znaleziono słoik ze strychniną w szafie rządcy. Wanda została aresztowana, ale nie było dowodów. Twierdziła, że nic nie wie, nigdy nie widziała trucizny. Została w końcu wypuszczona.

Cezary, który wiedział o tym, że Wanda była w nim zakochana (pamiętał dziwny uścisk ręki przy fortepianie), nic nikomu nie powiedział. Nosił wieści o śledztwie do Laury, spotykając się z nią potajemnie mimo wszystko.

Tuż przed Bożym Narodzeniem Hipolit przyniósł wiadomość, że Laura i Barwicki pobrali się w Krakowie. To był ostateczny cios dla Cezarego. Nie mogąc znieść pobytu w Nawłoci, poprosił Hipolita o pozwolenie zamieszkania na folwarku Chłodek. Chciał być sam, pomyśleć nad wszystkim, zagoić ranę na twarzy.

Hipolit ze smutkiem zgodził się na opuszczenie Nawłoci przez Cezarego, choć miał inne plany - rodzina chciała dać Karolinie Chłodek w posagu. Myślano, że Cezary się z nią ożeni i będą sąsiadami. Teraz wszystko się rozpadło. Cezary przeniósł się na Chłodek do ekonoma Gruboszewskiego, który podejrzewał go o chęć przejęcia jego posady.

Na Chłodku Cezary spędził dwa tygodnie, obserwując prawdziwe życie wsi. Mieszkał w starym dworku z 1782 roku, z pochylonymi ścianami i dziurawym dachem. Wstawał o świcie, chodził do młyna, rozmawiał z chłopami, pomagał przy młócce i rybołówstwie. Szczególnie interesowali go komornicy - bezrolni chłopi mieszkający kątem u gospodarzy, najbiedniejsi z biednych.

Widział starców wywleczonych do stodół „na umarcie”, głodne dzieci, kobiety dźwigające chrust z lasu. To był drugi biegun życia - tu nie było szklanych domów ojca, tylko nędza i walka o przetrwanie. Porównywał los tych ludzi ze swoim i czuł, że jego własne cierpienia przy tym bledną. Spędził Wigilię u Gruboszewskich, nie chcąc być w Nawłoci, choć rana na twarzy już się zagoiła.

Po świętach Cezary zdecydował się wrócić do Warszawy na studia. Napisał do Hipolita prośbę o konie na stację. Żegnany bez żalu przez mieszkańców dworu, którzy patrzyli na niego jak na tego, który przyniósł śmierć i nieszczęście, odjechał saniami. Jeszcze zatrzymał się u Turzyckich. W głębokiej wnęce na schodach czaiła się Wanda Okszyńska - blada, wychudła, z czarnymi obwódkami pod oczami. Skinęła mu głową na pożegnanie, a gdy wyszedł, oparła głowę o zimny mur.

Jędrek zapytał, czy jechać prosto, czy przez Leniec. Cezary wybrał Leniec - chciał po raz ostatni zobaczyć to miejsce. Pałacyk był pusty, okna zasłonięte firankami - to znak, że pani wyjechała. Samotne łzy spłynęły po policzkach Cezarego. Hipolit udawał, że nie widzi, tylko mocno przytulił przyjaciela do piersi.

Tak zakończyła się druga część powieści - Cezary wraca do Warszawy sam, odrzucony i zraniony, pozostawiając za sobą śmierć Karoliny, szaleństwo Wandy i utraconą miłość Laury. Wszystkie iluzje o szklanych domach i lepszym świecie zostały zniszczone przez brutalne zderzenie z rzeczywistością - zarówno tą ziemiańską w Nawłoci, jak i chłopską na Chłodku.

Część trzecia - „Wiatr od Wschodu”

Po powrocie do Warszawy Cezary znów zapisał się na medycynę i zamieszkał u kolegi Buławnika przy ulicy Miłej, w dzielnicy żydowskiej. Mieszkanie było nędzne - na trzecim piętrze odrapanej kamienicy, z zaciekami i gnijącymi belkami. Buławnik, syn szynkarza czy paskarza, był nieprzyjemnym współlokatorem - skąpcem za dnia, prześmiewcą wieczorem, a w nocy chrapał niemiłosiernie. Cezary sprzedał frak otrzymany od Hipolita handlarzowi (choć ostatecznie trafił on do kufra Buławnika), żyjąc z tej transakcji przez jakiś czas. Gdy pieniądze się skończyły, musiał zgłosić się do pana Gajowca po pracę.

Pan Szymon Gajowiec przyjął Cezarego z radością i zaproponował współpracę przy pisaniu książki o Polsce współczesnej. Gajowiec był urzędnikiem wysokiego szczebla, ale po nocach pracował nad dziełem przedstawiającym Polskę realną, nie romantyczną - kraj z trzema różnymi systemami prawnymi po zaborach, przeładowany ludnością żydowską, z nierozwiązaną kwestią rolną, pełen biedy i zacofania. Chciał jednak w ten obraz rzeczywistości tchnąć ducha tych, którzy za czasów niewoli nie dali narodowi polskiemu zginąć. W gabinecie Gajowca wisiały portrety trzech „warszawiaków” - Mariana Bohusza, Stanisława Krzemińskiego i Edwarda Abramowskiego.

Bohusz był przyrodnikiem i popularyzatorem, który żyjąc w nędzy, uczył pokolenia inteligencji polskiej najlepszych idei Zachodu. Krzemiński, były członek Rządu Narodowego 1863 roku, historyk i publicysta, wierzył niezachwianie w niepodległość Polski i tę wiarę przekazywał otoczeniu. Abramowski, filozof i socjolog, stworzył teorię bojkotu państwa przez tworzenie wolnych stowarzyszeń i kooperatyw. Gajowiec tłumaczył, że ci ludzie reprezentują granicę między tym, czym już być nie należy w niepodległej Polsce - oni zastępowali czyn filozofią i literaturą, bo nic innego nie mogli robić pod zaborem - a praktyczną pracą budowania realnego państwa, którą teraz trzeba wykonać.

Mieszkając przy ulicy Miłej, Cezary codziennie przemierzał dzielnicę żydowską, obserwując jej specyficzne życie. Kamienice były brzydkie, obłupane z tynku, podwórza ciemne i cuchnące, pełne chorych, wynędzniałych dzieci. W przedsabatowe dni chodził do „gościnnych dworów”, gdzie sprzedawano koszerne produkty - panował tam nieopisany chaos, wrzask, handel na modłę żydowską z wydzieraniem sobie towarów z rąk. Widział setki małych sklepików wciśniętych w partery domów, z mizernym towarem wartości może dwudziestu złotych - trochę żelastwa, nici, szuwaksu.

Na wielkim podwórzu ze składami starego żelastwa obserwował, jak tłum Żydów kłóci się o najmniejsze kawałki rdzy, okruszyny, gwoździe. Doszedł do wniosku, że większość mieszkańców tej dzielnicy to ruchliwi próżniacy, którzy zamiast podjąć regularną pracę w fabrykach, wciąż szukają wielkich zysków, nic właściwie nie robiąc, oszukując się wzajemnie.

Do mieszkania Buławnika często przychodził Antoni Lulek, student prawa, chorowity blondyn z wiecznie kaszlącymi płucami. Lulek był fenomenalnie oczytany w literaturze marksistowskiej, znał na pamięć wszystkie dekrety władz bolszewickich, daty, cytaty. Był ideowcem komunistycznym najczystszej wody, żyjącym w autentycznej biedzie, nienawidzącym Polski niepodległej, którą nazywał „najreakcyjniejszym skirem ludzkości”. Każda klęska państwa polskiego budziła w nim radość, czekał na rychły upadek tej „burżuazyjnej” Polski. Pisał artykuły szkalujące Polskę do zagranicznych pism komunistycznych.

Antoni Lulek stopniowo wpływał na Cezarego i wykorzystywał jego rozczarowania. W rozmowach o Nawłoci używał określeń trafiających w uczucia Baryki - szlachtę nazywał „klasą próżniaczą”, zepsute kobiety ziemiańskie „laurami”, a gruboskórnych ziemian „barwickimi”. Cezary, choć używał tych określeń, czuł jednocześnie, że argumenty Lulka są uproszczone, że jest w nich jakaś ograniczoność i tępota. Lulek nie rozumiał złożoności sprawy polskiej, wartości przeszłości kulturalnej, nie dostrzegał, że jego wizja rewolucji mogłaby oddać władzę w Polsce w ręce trzech milionów Żydów z getta.

Pewnego dnia Lulek zaprowadził Cezarego na tajne zebranie komunistyczne, które odbywało się w biurze firmy „Polex - Polski eksport manufaktury i ziemiopłodów”. W zadymionej sali zebrało się około dwudziestu pięciu osób - robotników, ale i ludzi w garniturach. Przemawiał blondyn o typie polskiego proletariusza, wykładając podstawy marksizmu - że historia ludzkości to walka klas, że burżuazja musi ustąpić miejsca klasie robotniczej, że konieczna jest międzynarodowa solidarność proletariatu.

Po nim mówiła towarzyszka Karyla, lekarka, która przedstawiała dane o zwyrodnieniu społeczeństwa kapitalistycznego - 85 procent dzieci w Warszawie ma początki gruźlicy, robotnik żyje średnio 39 lat, a ksiądz 60. Cezary nie wytrzymał i zabrał głos, wskazując na sprzeczność - jak klasa „przeżarta nędzą i chorobami” może być czynnikiem odrodzenia społeczeństwa? Wywołał tym burzę, zwłaszcza gdy zasugerował, że może to Polska jako całość, nie sama klasa robotnicza, będzie czynnikiem odrodzenia.

Wtedy zabrał głos towarzysz Mirosław, Rusin, który zaczął oskarżać Polskę o ucisk mniejszości narodowych i prześladowanie ruchu robotniczego. Mówił o czterech tysiącach więźniów politycznych, o torturach w więzieniach - traktowaniu prądem elektrycznym, wlewaniu wody do gardła, łamaniu kości. Opowiedział historię Kozłowskiego z powiatu wołkowyskiego, któremu związano ręce z kolanami, wsunięto między nie drąg i rzucano nim o ścianę, aż po trzech dniach zmarł. Cezary, wstrząśnięty tymi oskarżeniami, nie wytrzymał napięcia i wybiegł z zebrania, ścigany drwiącym śmiechem Lulka.

Idąc ulicami Warszawy w zimowej mgle, Cezary czuł się kompletnie zagubiony. Słyszał w sobie krzyk ojca i płacz matki, zaprzeczał jednym i drugim, ale swojej własnej drogi nie miał. Wszedł do kawiarni i siedząc przy oknie, obserwował policjanta chodzącego w tę i z powrotem po ulicy jak wahadło. W półsennym przywidzeniu zdawało mu się, że to on sam stoi tam w mundurze, winowajca wszelkiego złego, mający prawo torturować, ale też pilnujący porządku, bez którego ludzie rzuciliby się sobie do gardeł. Wspomniał słowa Platona o głosie wewnętrznym, który odwodzi od działania, ale sam do niczego nie pobudza.

Następnego dnia poszedł do Gajowca, by pracować nad książką, ale zamiast spokoju, poczuł wściekłość. Zaczął atakować Gajowca pytaniami - czemu nie dają ziemi chłopom, czemu gnębią mniejszości, czemu tyle nędzy, czemu dzieci zbierają mokry pył węglowy z ulic, żeby się ogrzać? Gajowiec bronił się, że Polska jest młodym państwem otoczonym wrogami, że najpierw musi się obronić, że wszystko przyjdzie z czasem, że potrzeba pieniędzy na reformy. Cezary oskarżał władze o brak wielkiej idei, o tchórzostwo, o to, że nie mają męstwa Lenina do przeprowadzenia radykalnych zmian. Gajowiec odpowiadał, że gdy państwo jest atakowane ze wszystkich stron, pierwszą ideą musi być obrona - nie dać Lwowa, Wilna, Poznania wrogom. Spór był coraz ostrzejszy, Cezary mówił o torturach w więzieniach, Gajowiec przypominał zbrodnie bolszewików.

W marcu Cezary otrzymał list od Laury z prośbą o spotkanie w Ogrodzie Saskim. Początkowo podejrzewał podstęp Barwickiego, ale poszedł. Laura wyglądała młodziej, była ubrana w sobolowe futro, piękniejsza niż kiedykolwiek. Zapytała, czy znowu będzie ją bił batem po twarzy. Wyznała, że gdyby wtedy nie zrobił tej awantury u Barwickiego, może by się jakoś z tego wszystkiego wykaraskała, znalazła sposób na spłatę długów. Przez jego napaść musiała natychmiast wziąć ślub, żeby się ratować swój wizerunek. Teraz musi być żoną Barwickiego i umierać z tęsknoty za Cezarym.

Laura płakała rozpaczliwie. Cezary był wstrząśnięty - teraz on poczuł się winny całego nieszczęścia. Laura powiedziała, że przyszła tylko po to, żeby na niego popatrzeć, na jedyną miłość swojego życia. Gdy Cezary chciał chwycić jej rękę, wyrwała ją. Powiedziała, że teraz związało ją słowo honoru dane Barwickiemu. Cezary, ogarnięty zazdrością, zadrwił z jej „słowa honoru”, ukłonił się i odszedł, choć Laura rozpaczliwie go wzywała.

Pierwszy dzień przedwiośnia przyniósł wiatr południowy i topnienie śniegów. Tego dnia wielka manifestacja robotnicza szła Alejami Ujazdowskimi pod Belweder. Powodem był konflikt w fabryce, gdzie robotnicy zajęli zakład po odmowie podwyżek, a właściciel ogłosił zamknięcie miejsca pracy. W pochodzie szli bezrobotni, strajkujący i komuniści. W pierwszym szeregu, trzymając się pod ręce, maszerowali działacze partyjni, wśród nich Lulek i Cezary. Cezary był ubrany w żołnierski żakiet i czapkę. Gdy zbliżyli się do Belwederu, z wartowni wyszedł oddział piechoty i zastąpił drogę pochodowi. Wtedy Cezary wyszedł z szeregu i sam jeden ruszył wprost na żołnierzy, prowadząc za sobą tłum manifestantów.

Na tym kończy się powieść - Cezary, prowadzi komunistyczną manifestację przeciwko Polsce, za którą walczył. Jego droga od idealistycznego żołnierza przez rozczarowanego kochanka do rewolucjonisty symbolizuje tragiczne rozdźwięki polskiego przedwiośnia - czasu wielkich nadziei i wielkich rozczarowań, gdy sen o lepszym świecie zderzył się z brutalną rzeczywistością odrodzonego, ale pełnego problemów państwa.