Trzy drogi Polski w Przedwiośniu — Nawłoć, Chłodek, rewolucja
Spis treści (8)
- 1. Trzy drogi jako kompozycyjna teza powieści
- 2. Szklane domy — droga przed-polityczna, której nigdy nie było
- 3. Nawłoć — droga ziemiańska jako estetyzowana niesprawiedliwość
- 4. Chłodek — pęknięcie idylli i odsłona folwarcznej rzeczywistości
- 5. Rewolucja Lulka — droga radykalnej negacji i jej granice
- 6. Gajowiec — reformizm państwowy i jego niedostatki
- 7. Pochód na Belweder — niedomknięcie jako diagnoza
- 8. Trzy drogi, trzy klęski — sens problematyki
Konstrukcja „Przedwiośnia” jest jawnie problemowa. Trzy części powieści — „Szklane domy”, „Nawłoć” i „Wiatr od wschodu” — to nie tylko trzy etapy biografii Cezarego Baryki, lecz trzy projekty Polski, które autor stawia obok siebie po to, by każdy z nich kolejno zważyć i wybrakować. Żeromski nie pisze powieści tezowej; pisze raczej traktat fabularny, w którym żaden bohater nie ma racji do końca, a żaden program nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością. Sam Szymon Gajowiec ujmuje to w jednym zdaniu, mówiąc o swoim własnym dziele jako o próbie przedstawienia „Polski najistotniejszej, takiej, jaka żyje, cierpi, raduje się, w rzeczywistości najrealniejszej”. Ta „najistotniejsza Polska” jest u Żeromskiego niewydolna na trzy sposoby naraz: jako fantazja, jako stan posiadania i jako rewolucyjna negacja.
Trzy drogi jako kompozycyjna teza powieści
Cezary Baryka pojawia się w utworze jako bohater bez pozytywnego programu — wychowanek rewolucyjnego Baku, sierota, „pokolenie obciążone dziedzictwem zaborów”. Żeromski używa go instrumentalnie: pozwala mu kolejno wejść w trzy światy, w każdym dać się uwieść, a w każdym rozczarować. Pierwsza część jest pożegnaniem złudzeń przed-politycznych (mit szklanych domów rozsypuje się już na granicy), druga to konfrontacja z polską codziennością klasową, trzecia — z politycznymi ofertami młodej Rzeczypospolitej. Sam Gajowiec, najuczciwszy w powieści doradca Cezarego, formułuje diagnozę, której Żeromski nigdzie nie odwołuje: „To dopiero przedwiośnie nasze. Wychodzimy na przemarznięte role i oglądamy dalekie zagony. Bierzemy się do własnego pługa, do radła i motyki, pewnie że nieumiejętnymi rękami. Trzeba mieć do czynienia z cuchnącym nawozem, pokonywać twardą, przerośniętą caliznę”.
To dopiero przedwiośnie nasze. Wychodzimy na przemarznięte role i oglądamy dalekie zagony. Bierzemy się do własnego pługa, do radła i motyki, pewnie że nieumiejętnymi rękami. Trzeba mieć do czynienia z cuchnącym nawozem, pokonywać twardą, przerośniętą caliznę.
To zdanie jest jednocześnie tytułem powieści, metaforą jej tematu i kluczem do układu trzech dróg. Polska Żeromskiego nie jest ani Arkadią Nawłoci, ani „rajem ziemskim — takim jak w Baku”, ani uporządkowaną reformą Gajowca. Jest stanem, w którym żaden z tych obrazów nie spełnia własnych obietnic, a wybór między nimi jest wyborem między różnymi formami niedojrzałości. Dlatego problematyka powieści nie sprowadza się do pytania „która droga jest słuszna?”, lecz do pytania znacznie trudniejszego: dlaczego wszystkie trzy oferty Polski początku lat dwudziestych okazują się — z różnych powodów — nie do przyjęcia.
Szklane domy — droga przed-polityczna, której nigdy nie było
Zanim Cezary zetknie się z którąkolwiek z realnych dróg, dostaje od ojca opowieść o szklanych domach — utopijną wizję Polski, w której zaawansowana technika rozwiązuje problem nędzy, mieszkania i higieny. Ta wizja jest pierwszą, najsłabszą i najszybciej obnażoną drogą. Żeromski demontuje ją z chirurgiczną precyzją: w chwili gdy Cezary przekracza granicę i wchodzi do pierwszego polskiego miasteczka, widzi „grząskie uliczki, pełne niezgruntowanego bajora”, „domy rozmaitej wysokości, formy, maści i stopnia zapaprania zewnętrznego”, „chlewy i kałuże, zabudowania i spalone rumowiska”. W tej chwili pojawia się formuła, która powraca przez całą powieść jako wewnętrzny refren bohatera.
Gdzież są twoje szklane domy? — rozmyślał brnąc dalej. — Gdzież są twoje szklane domy?…
Otwarcie drugiej części powieści jest właściwie kontynuacją tego pytania: „Dotarłszy do najrdzenniejszej Polski, bo do stolicy — Warszawy — ani po drodze, ani w tym mieście Cezary Baryka nie znalazł szklanych domów. Nie śmiał o nie nawet nikogo zapytać. Zrozumiał, że zmarły ojciec boleśnie zeń przed śmiercią zażartował sobie”. Pierwsza droga jest więc odrzucona jeszcze zanim zacznie się prawdziwa wędrówka po Polsce. Funkcja tego odrzucenia jest jednak strukturalna — szklane domy zostają w powieści jako miernik, do którego Żeromski przykłada potem każdą kolejną propozycję. Nawłoć nie jest szklanym domem, Chłodek nie jest szklanym domem, rewolucja Lulka nie jest szklanym domem, biuro Gajowca nie jest szklanym domem. Brak utopii nie znaczy, że została zapomniana — przeciwnie, pozostaje cichym oskarżeniem wobec każdej drogi, która próbuje zająć jej miejsce.
Nawłoć — droga ziemiańska jako estetyzowana niesprawiedliwość
Druga droga jest najbardziej uwodzicielska. Nawłoć, dwór Wielosławskich w okolicach Częstochowy, działa na Cezarego — i na czytelnika — jako pełnia kultury wcielona w obyczaj. Żeromski celowo pokazuje ją z punktu widzenia obcego: bakińczyka, dla którego polski dom ziemiański jest doświadczeniem nieznanym. Pierwszy wieczór w Nawłoci jest niemal liturgią: stary Maciejunio podaje wina, ksiądz Anastazy wzywa „Primum edere, deinde philosophari”, panna Karolina przekomarza się z Hipolitem, pani Wielosławska płacze ze szczęścia. „Pierwszy to pewnie raz od śmierci rodziców miał w sercu radość, rozkosz bytu, szczęście. Było mu dobrze z tymi obcymi ludźmi, jakby ich znał i kochał od niepamiętnych lat”.
Żeromski nie ukrywa siły tego uwiedzenia. Świat Nawłoci jest opisany z taką dokładnością obyczajową — śniadania, podwieczorki, „five o'clock tea”, „specialité de la maison”, segregowanie jabłek na strychu, pikniki w Odolanach, frak obstalowany w Częstochowie — że trudno mu odmówić urody. To właśnie nadaje krytyce Żeromskiego ostrość. Świadczy o niej dwie warstwy tekstu, które autor splata świadomie. Jedna to estetyka idylli; druga — szybko ujawniona — to ekonomia, na której idylla stoi. W pierwszym wieczorze, gdy parobcy strzelają z batów na powitanie panicza, a Hipolit „wytrząsnął z pugilaresu wszystkie walory” i rozdaje fornalom pieniądze, Cezary wybucha pijackim ostrzeżeniem, które jest jednocześnie jego bakińskim doświadczeniem i jasnowidzeniem przyszłości.
Strzeż się, bracie! Pilnuj się! Za tę jednę srebrną papierośnicę, za posiadanie kilku srebrnych łyżek, ci sami, wierz mi, ci sami, Maciejunio i Wojciunio, Szymek i Walek, a nawet ten Józio — Józio! — wywleką cię do ogrodu i głowę ci rozwalą siekierą. Wierz mi! Ja wiem!
Ten cytat to nie tylko opis cudzego doświadczenia. To zarazem sąd Żeromskiego nad drogą Nawłoci jako odpowiedzią na pytanie o kształt Polski. Pisarz nie kwestionuje urody dworu ani kultury, którą ten dwór niesie. Kwestionuje wyłącznie założenie, że ta forma życia może być fundamentem państwa w roku 1921. Atrakcyjność Nawłoci jest u Żeromskiego dowodem rzeczowym przeciw Nawłoci: im piękniejsza staje się jako idylla, tym bardziej oczywiste jest, że pieczone kurczęta z rożna i tokaj nieboszczyka jaśnie pana są niemożliwe bez ekonoma Gruboszewskiego, parobków, kucharza Wojciunia i — przede wszystkim — komorników z chłodeckich pól. Pozwoliwszy Cezaremu zakochać się w Karolinie i pić bruderszaft z księdzem Nastkiem, Żeromski natychmiast każe mu przenieść się o kilka kilometrów dalej, na Chłodek.
Chłodek — pęknięcie idylli i odsłona folwarcznej rzeczywistości
Chłodek to z perspektywy Wielosławskich peryferyjny folwarczek w „państwie nawłockim”; z perspektywy Cezarego — laboratorium prawdy. Pomysł objęcia tu posady „pisarza prowentowego” Hipolit od razu odrzuca jako „rosyjski”, „tołstojowski”, śmieszny i blagierski, ale Cezary po katastrofie z Karoliną wraca tam jako uchodźca z idylli. Mieszka u ekonomostwa Gruboszewskich, w stancji „pomalowanej na kolor zupy pomidorowej”, w domu, którego belka nosi napis „Anno Domini 1782”, gdzie jeden ze słupów ganku „już tak wylatuje dwadzieścia cztery lata” — i nikt go nie naprawia, bo „nie ma co do tego dyspozycji”. Sam ten szczegół jest u Żeromskiego mikromodelem polskiego ziemiaństwa: trwa, bo jeszcze nie spadło.
Z Chłodku Cezary po raz pierwszy widzi to, czego z Nawłoci nie widać — wieśniaków, młyn pradawnego typu, komorników bez własnej roli. Żeromski poświęca im jeden z najtwardszych fragmentów powieści. Komornicy „chodzili na zarobek do dworów, służyli za fornali i ratajów”, „życie komorników było nędzne nad wyraz”, a starych ludzi „wywleczonych z ogrzanych chałup przez dzieci i wnuki” kładziono w stodole „na snopku kłóci, aby prędzej doszli i nie zadręczali żywych, spracowanych i głodnych”. Cezary patrzy na to z furią, której nie jest w stanie przerobić ani w sentyment, ani w program. Jego reakcja jest w tej powieści jednym z najbardziej obnażających zdań.
Cóż za zwierzęce pędzicie życie, chłopy silne i zdrowe! Jedni mają jadła tyle, że z niego urządzili kult, obrzęd, nałóg, obyczaj i jakąś świętość, a drudzy po to tylko żyją, żeby nie zdychać z głodu! Zbuntujcież się, chłopy potężne, przeciwko swojemu sobaczemu losowi!
Trzeba widzieć, jak ten okrzyk komponuje się z Nawłocią. Tam — kult jadła; tu — głód jako jedyny powód utrzymywania się przy życiu. Żeromski nie pisze pamfletu na ziemiaństwo; pisze diagnozę, w której idylla i nędza są tym samym układem widzianym z dwóch stron. „Oto miał przed oczyma drugi biegun systematów urządzenia żywota ludzkiego na świecie”. Chłodek nie jest osobną drogą — Chłodek jest negatywem Nawłoci, dowodem, że pierwsza polska droga nie jest projektem przyszłości, ale strukturą, która musi paść, i to nie z powodu rewolucji, ale z własnego ciężaru. Cezary opuszcza Chłodek bez programu, ale z pewnością, że tej Polski nie wybierze.
Rewolucja Lulka — droga radykalnej negacji i jej granice
W Warszawie Cezary zostaje zwerbowany — najpierw towarzysko, potem ideowo — przez kolegę ze studiów, Antoniego Lulka. Lulek jest u Żeromskiego portretem komunistycznego doktrynera, ale portretem zniuansowanym. Z jednej strony to „ideowiec najczystszej wody” żyjący „w najautentyczniejszej biedzie”, gotowy zmarnieć za swoje przekonania; z drugiej — fanatyk, dla którego każda klęska państwa polskiego jest powodem do radości, a najtajniejszym westchnieniem jest formuła: „Tylko przetrzymać do najprędszego końca tę »niepodległość«, a wtedy jeszcze swobodniej pooddycham na świecie!”. Lulek opracował też cały słownik pogardy: ziemiaństwo to „nawłoć”, kobiety z dworów to „laury, laurynki”, drobna szlachta — „barwiccy”.
Konferencja partyjna w lokalu „Polex. — Polski eksport manufaktury i ziemiopłodów” jest sceną kluczową dla całej trzeciej drogi. Towarzyszka „Karyla”, lekarka, wykłada doktrynę z metryczną dokładnością („85 procent dzieci w wieku szkolnym ma początki suchot”, „przeciętna długość życia robotnika wynosi 39 lat”, „w roku 1918 na 33 000 wypadków śmierci w Warszawie 25 000 było zmarłych na suchoty”). Towarzysz „Mirosław” dokłada do tego serię szczegółowych opisów tortur stosowanych przez polską policję — od bicia na piętach po elektryczne „badanie” Nykyfora Bortniczuka i śmiertelne katowanie kowala Kozłowskiego. Te fakty są w powieści podane bez tonu polemicznego — Żeromski nie podważa ich prawdziwości; podważa ich konkluzję.
Cezary reaguje w sposób, który jest u Żeromskiego programowy. Najpierw stawia jedną logiczną tezę: „klasa przeżarta nędzą i chorobami może być tylko obiektem czyjejś akcji odrodzeńczej, lecz w żadnym razie nie czynnikiem odradzającym. Chory dotknięty klęską braku kultury nie może przecie ani sam siebie, ani nikogo innego skutecznie leczyć”. Potem — pod naporem opowieści o policyjnym okrucieństwie — wybiega z zebrania i przechadza się ulicami Warszawy, „wodząc się za bary ze swoją duszą”. W tej scenie pojawia się jedno z najbardziej zdradliwych zdań powieści, sygnalizujące, że bakińskie doświadczenie Cezarego nie zostało wymazane przez Nawłoć ani Gajowca.
Chcą tu stworzyć raj ziemski — taki jak w Baku — mruknął do siebie.
Bakińskie tło jest tu rozstrzygające. Cezary widział na własne oczy, jak wygląda rewolucja w praktyce: rekwizycję mieszkania ojca, masowe egzekucje białogwardzistów, śmierć matki niosącej zboże w spódnicy, doby ryby i kawioru jako jedynego pożywienia. Stąd jego nieustępliwa pamięć każe mu zatrzymać się także wobec Lulka. Droga rewolucyjna jest u Żeromskiego odrzucona nie z powodu ślepoty na nędzę — przeciwnie, Cezary tę nędzę zna lepiej niż całe „Polex” — ale z powodu jej wewnętrznej logiki, w której zniesienie zła odbywa się przez nowe zło. „Wewnętrzny głos wieszczy odwodzi, iż ta droga nie prowadzi nigdzie. Ta droga prowadziłaby w krwawą próżnię”. Druga droga — komunistyczna — zostaje zważona i odrzucona; ale nie zostaje zapomniana, bo prowadzi go z powrotem do Gajowca w stanie najpiekielniejszej zaciekłości.
Gajowiec — reformizm państwowy i jego niedostatki
Szymon Gajowiec to droga trzecia: ewolucyjny patriotyzm państwowy. Wicewminister skarbu, dawny zalotnik matki Cezarego, autor książki o „Polsce nowożytnej”, „niezależnej od najeźdźców, ale również niezależnej od romantyków, mistyków, wieszczów, proroków, socjalistycznych i reakcyjnych dyktatorów papierowych”. W jego salonie wiszą trzy portrety: Mariana Bohusza, Stanisława Krzemińskiego i Edwarda Abramowskiego — „warszawiacy” czasów niewoli, których Gajowiec uznaje za swoich nauczycieli. To znaczące, że Żeromski każe Gajowcowi w obecności Cezarego dystansować się od nich. Krzemiński był ojcem wiary, Abramowski — twórcą programu wolnych stowarzyszeń. Gajowiec pokazuje, dlaczego ten program musi być w Polsce niepodległej odwrócony.
„Uczę się patrząc na to oblicze, na tego ducha, czego robić nie należy, ażeby dojść tam, gdzie on dojść pragnął, gdyż samo życie po tysiąc razy zaprzeczyło marzeniom tego społecznego mistyka”. To zdanie definiuje całą trzecią drogę: pragmatyczna kontynuacja przez negację. Trzeba mieć armię, bo Polskę napadnięto; trzeba mieć policję, bo „stowarzyszenie obrony — to jest ta sama policja, jeżeli ma być sprawnie i skutecznie działające”; trzeba mieć złotówkę, bo „nie możemy oddać w niewolę czyjąkolwiek naszych rodaków na Rusi”. Gajowiec jest „także mistykiem” — wierzy w „cud nad Wisłą” roku 1920 i w „dziwną, przedziwną siłę modlitwy” — ale jego mistycyzm dotyczy państwa, nie utopii. Polska Gajowca jest możliwa, bo jest mała: małe reformy, mała oświata, mała stabilizacja waluty.
Cezary, wróciwszy z zebrania komunistów, atakuje tę drogę z furią, która nie pochodzi z Baku ani z Nawłoci, lecz z konfrontacji obu doświadczeń jednocześnie. Wytyka Gajowcowi konkretne braki: brak reformy rolnej, gettoizację Żydów, nędzę na Wschodzie, bicie podczas śledztwa. „Pytam się, czemu nie dajecie ziemi ludziom bez ziemi?” Odpowiedź Gajowca — „Nie mamy pieniędzy na wykup” — wypada w tej scenie jak biurokratyczne wycofanie. Cezary formułuje wtedy żądanie, które jest jednym z najczęściej cytowanych zdań powieści.
Polsce trzeba na gwałt wielkiej idei! Niech to będzie reforma rolna, stworzenie nowych przemysłów, jakikolwiek czyn wielki, którym ludzie mogliby oddychać jak powietrzem. Tu jest zaduch.
Gajowiec broni się argumentami zewnętrznymi — zagrożeniem ze strony Rosji, Niemiec, Litwy, koniecznością obrony Lwowa, Poznania i Wilna. Jest to obrona uczciwa i, w warstwie informacyjnej, bezsporna; ale Żeromski jednocześnie pokazuje, że w jego obronie ginie odpowiedź na pytanie Cezarego o reformę. Trzecia droga jest u Żeromskiego ostrożna, racjonalna i — to istotne — niewystarczająca. Gajowiec nie zostaje skompromitowany jak Lulek; jego program nie jest też wykluczony przez powieść. Tym, co go dyskwalifikuje, jest tempo. „Bardzo coś długo trzeba czekać, aż się tu zabiorą do roboty” — odpowiada Cezary; „Wierzymy, że doczekamy się jasnej wiosenki naszej…” — kończy Gajowiec. Trzecia droga jest w „Przedwiośniu” drogą wiarygodną, ale niedopasowaną do tempa rzeczywistego cierpienia, które Cezary widział na Chłodku.
Pochód na Belweder — niedomknięcie jako diagnoza
Powieść kończy się sceną, która jest jednym z najbardziej dyskutowanych zakończeń polskiej literatury. Pierwszy dzień przedwiośnia, manifestacja robotnicza idąca od Nowego Światu przez plac Trzech Krzyżów pod Belweder. „Bezrobotni wskutek fabrykanckiego lokautu, strajkujący wskutek drożyzny i niemożności wyżycia z płacy zarobkowej tak nędznej, jaka była ich udziałem — i uświadomieni komuniści”. Cezary idzie w pierwszym szeregu „ująwszy się pod ręce ideowi przedstawiciele, między innymi Lulek i Baryka”. Ostatnie zdanie powieści brzmi: „Baryka wyszedł z szeregów robotników i parł oddzielnie, wprost na ten szary mur żołnierzy — na czele zbiedzonego tłumu”.
Baryka wyszedł z szeregów robotników i parł oddzielnie, wprost na ten szary mur żołnierzy — na czele zbiedzonego tłumu.
Co to znaczy — to pytanie, którego Żeromski celowo nie zamyka. Cezary wychodzi z szeregów: nie idzie więc z komunistami, choć fizycznie szedł z nimi przed chwilą. Ale wychodzi też w stronę żołnierzy państwa polskiego, czyli wprost na Gajowca. Nie jest manifestantem rewolucji, nie jest urzędnikiem skarbu, nie jest też paniczem z Nawłoci. Wszystkie trzy drogi zostały w nim — bakińska, ziemiańska, biurokratyczna — i wszystkie trzy odrzucił. Otwarte zakończenie jest u Żeromskiego nie wyrazem niezdecydowania pisarza, ale ścisłą diagnozą: w roku 1924 nie istniała w Polsce czwarta droga, którą można by zaproponować zamiast trzech istniejących. Pisarz nie udaje, że ją wymyślił.
Trzy drogi, trzy klęski — sens problematyki
Konstrukcja trójdzielna „Przedwiośnia” spełnia więc funkcję ściśle analityczną. Każda z trzech dróg jest pokazana z dwóch stron: z perspektywy własnej siły uwodzicielskiej i z perspektywy własnej niemożności. Nawłoć ma kulturę, ale stoi na komornikach z Chłodku. Rewolucja Lulka ma rację w opisie nędzy, ale prowadzi do baku. Reformizm Gajowca jest uczciwy, ale za wolny wobec głodu i nędzy, które wymagają „wielkiej idei” natychmiast. Żaden z trzech projektów nie zostaje wprost wskazany jako fałszywy w całości; żaden też nie zostaje wybrany. Cezary opuszcza po kolei wszystkie trzy, nie tworząc nowego programu, a Żeromski powstrzymuje się od podpowiedzi.
Tytułowa metafora jest tu kluczem. Przedwiośnie to pora, w której zima jeszcze nie ustąpiła, a wiosna jeszcze nie weszła. Polska po 1918 roku jest w tej samej pozycji: ma wszystko, czego nie miała przez 123 lata zaborów, ale nie ma tego, czego potrzeba do nowej formy państwa — programu, który byłby zarazem sprawiedliwy społecznie i wykonalny politycznie. Trzy drogi Żeromskiego są dokumentem tej luki. Powieść nie mówi, którą drogę wybrać; mówi tylko, że obecne trzy są niewystarczające — i że dopiero gdy ta niewystarczalność zostanie nazwana, można zacząć szukać czwartej. W tym sensie „Przedwiośnie” pozostaje w polskiej literaturze utworem z gatunku rzadkiego: powieścią, która stawia pytanie i nie udaje, że je rozwiązała.
Sprawdź swoją znajomość problematyki w zadaniach maturalnych z „Przedwiośnia”: <a href="https://matury-online.pl/zadania/polski/przedwiosnie?from=maturapolski" target="_blank" rel="noopener">matury-online.pl/zadania/polski/przedwiosnie</a>.