Sklepy cynamonowe — streszczenie szczegółowe
Spis treści (7)
„Sklepy cynamonowe” to tytułowe opowiadanie zbioru Brunona Schulza (1934). Poniżej znajdziesz szczegółowe streszczenie tego onirycznego, mityzującego rzeczywistość utworu — opowieści o nocnej wędrówce chłopca-narratora przez przemienione, magiczne miasto.
Ojciec zatracony w innej sferze
W okresie najkrótszych, sennych dni zimowych ojciec narratora jest „zatracony, zaprzedany, zaprzysiężony” tamtej, niewidzialnej sferze. Twarz i głowa zarastają mu dziko siwym włosem strzelającym wiechciami z brodawek i nozdrzy, co upodabnia go do starego, nastroszonego lisa. Wyostrzone węch i słuch utrzymują go w nieustannym kontakcie z ciemnym światem mysich dziur, pustych przestrzeni pod podłogą i kanałów kominowych; każdy nocny chrobot ma w nim czujnego dostrzegacza i współspiskowca. Pogrążony w tej niedostępnej dla rodziny sferze, porozumiewa się spojrzeniem z kotem, również wtajemniczonym, a przy obiedzie potrafi nagle odłożyć sztućce, kocim ruchem podkraść się do drzwi pustego pokoju i zaglądać przez dziurkę od klucza, by wrócić zawstydzony, mamrocząc swój wewnętrzny monolog.
Wyjście do teatru i zguba portfela
Dla dystrakcji matka wyciąga go na wieczorne spacery, na które idzie bez oporu, lecz roztargniony i nieobecny duchem. Raz całą rodziną idą do teatru. W brudnej, źle oświetlonej sali przed widzami wynurza się ogromna bladoniebieska kurtyna „jak niebo jakiegoś innego firmamentu”, z wielkimi malowanymi maskami o wydętych policzkach; drganie płótna zdradza iluzoryczność tego nieba i budzi w chłopcu owo metafizyczne „migotanie tajemnicy”. Narrator czeka na chwilę, gdy napięcie dojdzie do zenitu i wezbrane niebo kurtyny pęknie naprawdę, odsłaniając rzeczy niesłychane. Chwili tej jednak nie doczeka: ojciec zaczyna się niepokoić, obmacuje kieszenie i oświadcza, że zapomniał portfelu z pieniędzmi i ważnymi dokumentami. Po krótkiej naradzie, w której pospiesznie i ryczałtowo oszacowano uczciwość służącej Adeli, chłopca wysyła się do domu po zgubę — zdaniem matki przy jego zwinności zdąży wrócić przed przedstawieniem.
Nocna wędrówka i pokusa sklepów cynamonowych
Wyrusza w jasną noc zimową, w której rozległy firmament zdaje się rozpadać na labirynt odrębnych niebios. Narrator ostrzega, że posyłanie młodego chłopca z pilną misją w taką noc jest niewybaczalną lekkomyślnością, bo w jej półświetle ulice zwielokrotniają się i podszywają — powstają „ulice sobowtóry, ulice kłamliwe i zwodne”, a pokusa skrócenia drogi nową przecznicą staje się zgubna. Spostrzega, że wyszedł bez płaszcza, lecz nie zawraca: noc nie jest zimna, owiana strugami fałszywej wiosny, śnieg skurczył się w pachnące fiołkami baranki, a księżyc dwoi się i troi, niebo zaś obnaża swą anatomiczną konstrukcję — spirale światła, przekroje brył nocy.
W taki czas chłopiec przypomina sobie o sklepach cynamonowych — przedmiocie swoich gorących marzeń, nazwanych tak od ciemnych boazerii koloru cynamonu. Te szlachetne, otwarte w późną noc handle pachną farbami, lakiem i kadzidłem, a znaleźć w nich można ognie bengalskie, szkatułki czarodziejskie, marki zaginionych krajów, żywe salamandry i bazyliszki, korzeń mandragory, homunculusy w doniczkach, mikroskopy i lunety, a nade wszystko rzadkie folianty i zakazane druki tajnych klubów. Skuszony, zbacza w boczną uliczkę, licząc, że spóźnienie nadrobi drogą przez Żupy Solne. Lecz upragnionej ulicy nie ma; konfiguracja ulic nie odpowiada oczekiwaniom, domy nie mają bram, tylko ślepe, zamknięte okna. Zaniepokojony, rezygnuje ze sklepów i pragnie tylko wydostać się w znane okolice.
Gmach gimnazjalny i profesor Arendt
Wychodzi na szeroki, prosty gościniec z malowniczymi willami bogaczy, parkami i murami sadów, przypominający dolny kraniec ulicy Leszniańskiej. W jednym z budynków rozpoznaje nigdy nie widzianą, tylną stronę gmachu gimnazjalnego; brama jest otwarta, sień oświetlona, więc wchodzi, chcąc przekraść się na wylot i skrócić drogę. Przypomina sobie odbywające się o tej porze nadobowiązkowe nocne lekcje rysunku u profesora Arendta — małego, brodatego nauczyciela pełnego ezoterycznych uśmiechów i aromatu tajemnicy. W jego sali cienie głów uczniów łamią się na ścianach przy dwóch świeczkach w butelkach, niewiele się rysuje, część kolegów drzemie, a zza drzwi gabinetu napiera ciżba gipsowych cieni — bolesnych Niobid, Danaid i Tantalidów, więdnący Olimp muzeum gipsów. Profesor pokazuje uczniom stare litografie nocnych pejzaży, a czas płynie nierównomiernie, połykając całe puste interwały trwania, tak że bez przejścia odnajdują się już w drodze powrotnej przez ośnieżony park. W czarnej gęstwinie zarośli mają swoje ciepłe gniazda, gdzie zajadają orzechy, a między krzakami przemykają kuny, łasice i ichneumony — narrator podejrzewa, że to wypatroszone okazy szkolnego gabinetu, które w białą noc wracają do matecznika na złudny żywot.
Skrzydło dyrektora
Nie mogąc pominąć tego nocnego uroku, chłopiec wstępuje po dźwięcznych cedrowych schodach — i poznaje, że trafił w obcą, nigdy nie widzianą część gmachu. Korytarze są tu szersze, wysłane pluszowym dywanem, oświetlone małymi ciemnymi lampami, pełne pałacowej wytworności. Za szklanymi arkadami otwiera się przed nim długa amfilada zbytkownych pokojów, biegnąca w głąb wśród jedwabnych obić, złoconych luster, kryształowych pajączków i pączkujących arabesek — głęboka cisza pustych salonów pełna jest tylko tajnych spojrzeń, które oddają sobie zwierciadła.
Z podziwem i czcią chłopiec domyśla się, że eskapada zawiodła go w skrzydło dyrektora, przed jego prywatne mieszkanie. Z bijącym sercem, gotów do ucieczki, lęka się, że w pluszowym fotelu może siedzieć córeczka dyrektora i podnieść na niego czarne, sybilińskie oczy, których spojrzenia nikt z uczniów nie umiał wytrzymać; cofnąć się jednak poczytałby sobie za tchórzostwo. Korzystając z ciszy, postanawia przebiec salon do widocznych w głębi oszklonych drzwi na taras. Zszedłszy między wielkie palmy, spostrzega, że salon nie ma przedniej ściany — jest rodzajem wielkiej loggii łączącej się schodami z placem miejskim, którego część mebli stoi już na bruku. Tak chłopiec znów znajduje się na ulicy.
Dorożka i tajemniczy koń
Konstelacje stoją już stromo, przekręcone, lecz księżyc, zagrzebany w obłokach, nie myśli o świcie. Czeka kilka rozklekotanych dorożek, podobnych do kalekich, drzemiących krabów. Dobroduszny, drobny woźnica zaprasza panicza; nie mogąc wśród klekotu uzgodnić celu, jedzie okrężną drogą i podśpiewuje. Przed szynkiem spotyka gromadę kolegów-dorożkarzy — rzuca chłopcu lejce na kolana, schodzi z kozła i przyłącza się do nich. Stary, mądry koń, budzący większe zaufanie niż woźnica, jedzie dalej sam jednostajnym kłusem, a nieumiejący powozić chłopiec zdaje się na jego wolę. Wjeżdżają w ulicę ujętą w ogrody, które przechodzą w parki, a te w lasy.
Następuje świetlista jazda w najjaśniejszą noc zimową: kolorowa mapa niebios wyolbrzymia w niezmierną kopułę z fantastycznymi lądami i prądami gwiezdnymi, powietrze staje się lekkie i pachnie fiołkami, spod karakułowego śniegu wychylają się drżące anemony, a na szczęśliwych zboczach całe grupy wędrowców zbierają opadłe, mokre od śniegu gwiazdy. Droga staje się stroma; przed piersią konia rośnie wał śnieżnej piany, aż zwierzę ustaje. Chłopiec wysiada, przytula łeb konia do piersi i w jego wielkich oczach widzi łzy, a na brzuchu — okrągłą czarną ranę. „Dlaczego mi nie powiedziałeś?” — szepcze; koń odpowiada: „Drogi mój — to dla ciebie” i staje się mały jak konik z drzewa. Chłopiec opuszcza go, czując się dziwnie lekki i szczęśliwy.
Świetlista jazda i powrót o świcie
Schodzi serpentyną wśród lasu krokiem, który przechodzi w szczęśliwy bieg, a ten w jazdę na nartach, sterowaną lekkimi zwrotami ciała. W pobliżu miasta hamuje ten triumfalny pęd. Niebo wciąż przemienia swoje sklepienia jak srebrne astrolabium, ukazujące złocistą matematykę kół i trybów. Na rynku spotyka ludzi o twarzach srebrnych od magii nieba; troska o portfel opuszcza go zupełnie — ojciec w swych dziwactwach pewnie już zapomniał o zgubie, a o matkę chłopiec nie dba. W taką jedyną w roku noc przychodzą wieszcze natchnienia. Gdy chce wracać do domu, zachodzą mu drogę koledzy z książkami pod pachą — obudzeni jasnością nocy, która nie chce się skończyć, zbyt wcześnie wyszli do szkoły. Ruszają gromadą stromą ulicą wiejącą fiołkami, niepewni, czy to jeszcze magia nocy srebrzy się na śniegu, czy też wstaje już świt.
Chcesz sprawdzić znajomość „Sklepów cynamonowych” przed maturą? Przećwicz zadania maturalne z tej lektury na stronie matury-online.pl/zadania/polski/sklepy-cynamonowe.
Rozwiąż test z lektury „Sklepy cynamonowe"
Pytania o bohaterów, motywy i wydarzenia — sprawdź, ile zapamiętałeś z „Sklepy cynamonowe".