„Zbrodnia i kara” - streszczenie szczegółowe
Spis treści (39)
- 1. Część pierwsza, Rozdział I
- 2. Część pierwsza, Rozdział II
- 3. Część pierwsza, Rozdział III
- 4. Część pierwsza, Rozdział IV
- 5. Część pierwsza, Rozdział V
- 6. Część pierwsza, Rozdział VI
- 7. Część druga, Rozdział I
- 8. Część druga, Rozdział II
- 9. Część druga, Rozdział III
- 10. Część druga, Rozdział IV
- 11. Część druga, Rozdział V
- 12. Część druga, Rozdział VI
- 13. Część druga, Rozdział VII
- 14. Część trzecia, Rozdział I
- 15. Część trzecia, Rozdział II
- 16. Część trzecia, Rozdział III
- 17. Część trzecia, Rozdział IV
- 18. Część trzecia, Rozdział V
- 19. Część trzecia, Rozdział VI
- 20. Część czwarta, Rozdział I
- 21. Część czwarta, Rozdział II
- 22. Część czwarta, Rozdział III
- 23. Część czwarta, Rozdział IV
- 24. Część czwarta, Rozdział V
- 25. Część czwarta, Rozdział VI
- 26. Część piąta, Rozdział I
- 27. Część piąta, Rozdział II
- 28. Część piąta, Rozdział III
- 29. Część piąta, Rozdział IV
- 30. Część piąta, Rozdział V
- 31. Część szósta, Rozdział I
- 32. Część szósta, Rozdział II
- 33. Część szósta, Rozdział III
- 34. Część szósta, Rozdział IV
- 35. Część szósta, Rozdział V
- 36. Część szósta, Rozdział VI
- 37. Część szósta, Rozdział VII
- 38. Część szósta, Rozdział VIII
- 39. Epilog
Część pierwsza, Rozdział I
W lipcowy, nieznośnie gorący wieczór główny bohater powieści, Rodion Raskolnikow, wychodzi ze swojej małej komórki pod dachem kamienicy w Petersburgu. Student mieszka w ciasnym pomieszczeniu przypominającym szafę i jest mocno zadłużony u swojej gospodyni, dlatego stara się jej unikać, wymykając się chyłkiem po schodach. Raskolnikow żyje w skrajnej biedzie od miesięcy, przestał się zajmować codziennymi sprawami i pogrążył się w obsesyjnym rozmyślaniu o pewnym strasznym planie. Narrator podkreśla, że bohater od dwóch dni prawie nic nie jadł i jest fizycznie wyczerpany.
Młody człowiek wędruje przez duszne, przepełnione ulice Petersburga, mijając pijanych i cuchnące knajpy w biednej dzielnicy koło placu Siennego. Jest ubrany w łachmany, ale w tej części miasta nikt nie zwraca na to uwagi - wszyscy wyglądają podobnie nędznie. Gdy jakiś pijak krzyczy za nim „szwabski kapelusznik”, Raskolnikow uświadamia sobie, że jego zniszczony cylinder zwraca uwagę i może go zdradzić podczas realizacji planu. Ma dokładnie 730 kroków do celu - wielokrotnie je liczył podczas swoich obsesyjnych wędrówek.
Dociera do ogromnej kamienicy zamieszkałej przez rzemieślników i biedotę, wchodzi niepostrzeżenie i wspina się ciemnymi schodami na trzecie piętro. Po drodze mija tragarzy wynoszących meble niemieckiego urzędnika, co oznacza, że stara lichwarka Alona Iwanowna zostanie sama na piętrze. Dzwoni do jej drzwi słabym blaszanym dzwonkiem, a gdy staruszka otwiera, przedstawia się jako student, który był u niej miesiąc temu. Lichwarka to drobna, wysuszona sześćdziesięcioletnia kobieta o ostrym spojrzeniu i kurczej szyi, ubrana mimo upału w stary futrzany kaftan.
Raskolnikow wchodzi do mieszkania lichwarki, dokładnie obserwując i zapamiętując każdy szczegół - położenie mebli, obrazków z niemieckimi pannami, lampki przed ikoną. Zauważa, że wszystko jest nienaturalnie czyste, co przypisuje Lizawiecie, siostrze staruszki. Zastawia srebrny zegarek po ojcu za rubla i piętnaście kopiejek, choć liczy na więcej. Podczas transakcji obserwuje, jak stara chowa klucze w prawej kieszeni i idzie do drugiej izby za zasłoną - notuje w pamięci, że jeden klucz jest większy, prawdopodobnie od skrytki lub szkatułki.
Opuszczając mieszkanie, Raskolnikow zapytuje o nieobecną siostrę lichwarki i wspomina, że niedługo przyniesie srebrną papierośnicę do zastawu. Po wyjściu na ulicę ogarnia go fala wstrętu i obrzydzenia do własnych myśli - nie może uwierzyć, że rozważał popełnienie tak strasznego czynu. Czuje się jak pijany, potyka się o przechodniów, jego umysł mąci się od fizycznego i psychicznego wyczerpania. W desperacji schodzi do piwnicy, gdzie mieści się brudny szynk.
W knajpie Raskolnikow zamawia piwo i na chwilę odzyskuje spokój, tłumacząc sobie swój stan zwykłym osłabieniem z głodu. Szynk jest prawie pusty - zostało tylko kilku pijanych gości, w tym podchmielony mieszczanin ze śpiącym towarzyszem, który od czasu do czasu wybucha śpiewem bezsensownych piosenek. Jest też tajemniczy człowiek wyglądający na byłego urzędnika, samotnie pijący wódkę. Raskolnikow czuje chwilową ulgę, ale podświadomie wie, że jego poprawa nastroju jest również chorobliwa i tymczasowa.
Część pierwsza, Rozdział II
Raskolnikow, który przez ostatnie miesiące unikał ludzi jak ognia, nagle poczuł dziwną potrzebę towarzystwa i chętnie zostaje w brudnym szynku mimo obrzydliwego otoczenia. Gospodarz knajpy nosi eleganckie buty z czerwonymi cholewkami, kolorową koszulę i zatłuszczoną kamizelkę, a jego twarz lśni od tłuszczu jak zardzewiały zamek. W knajpie unosi się nieznośny odór kwaszonych ogórków, zepsutych ryb i alkoholu, który sam w sobie mógłby upić człowieka. Za ladą pracuje czternastoletni chłopak, a młodszy podaje gościom zamówienia.
Uwagę Raskolnikowa przyciąga siedzący osobno człowiek wyglądający na byłego urzędnika - pięćdziesięcioletni mężczyzna o żółtawej, nabrzmiałej od picia twarzy, z łysą głową i czerwonymi oczami błyszczącymi spod opuchniętych powiek. Ma na sobie podarty czarny frak z jednym ledwo trzymającym się guzikiem, brudną koszulę zalaną wódką i dawno niegoloną twarz porośniętą szczeciną. Człowiek ten, Siemion Marmeladow, zagaduje Raskolnikowa kwiecistym, biblijnym stylem, przedstawiając się jako radca honorowy i były urzędnik. Od razu zaczyna opowiadać swoją historię i mówi, że bieda to nie grzech, ale nędza już tak - w biedzie zachowuje się jeszcze godność, ale z nędzy wymiatają człowieka miotłą jak śmiecie.
Marmeladow wyznaje, że od pięciu nocy nocuje na workach z sianem na Newie, bo nie może wrócić do domu. Miesiąc temu pan Lebieziatnikow pobił jego żonę Katarzynę, a on leżał wtedy pijany i nic nie zrobił. Opowiada o swojej drugiej żonie - wykształconej damie, córce oficera, która ukończyła szlachecki instytut i przy pożegnaniu tańczyła z szalem przed gubernatorem, otrzymując złoty medal i list pochwalny. Katarzyna wyszła najpierw za oficera, z którym uciekła z domu, ale mąż zaczął grać w karty i zmarł, zostawiając ją z trojgiem małych dzieci w odległym, zabitym deskami powiecie.
Marmeladow poślubił Katarzynę z litości, gdy była w skrajnej nędzy - ona zgodziła się tylko dlatego, że nie miała dokąd pójść. Przez rok wypełniał swoje obowiązki i nie pił, ale gdy stracił posadę przez reorganizację, zaczął pić i od półtora roku mieszkają w Petersburgu u gospodyni Amalii Lippewechsel. Jego córka z pierwszego małżeństwa, Sonia, nie otrzymała żadnej edukacji poza przeczytaniem paru romansów i książki o fizjologii. Dziewczyna nie mogła zarobić uczciwą pracą nawet piętnastu kopiejek dziennie, bo radca Klopstock nie tylko nie zapłacił jej za uszycie koszul, ale jeszcze ją wyrzucił, twierdząc, że kołnierzyki są krzywe.
Gdy dzieci głodowały, a Katarzyna chodziła po pokoju z czerwonymi plamami na policzkach od suchot, zdesperowana krzyknęła do Soni: „darmozjadko, co ty tak siedzisz, czyżbyś się na takie nie puściła?”. Pewna zła kobieta już trzykrotnie wypytywała o Sonię przez gospodynię. Tego wieczoru Sonia wyszła o szóstej, wróciła o dziewiątej i bez słowa położyła na stole trzydzieści rubli w papierowych banknotach. Nakryła się wielką zieloną chustą i padła na łóżko twarzą do ściany, a jej ciało drgało od płaczu. Katarzyna wtedy przez cały wieczór klęczała przy nogach pasierbicy, całując jej stopy, a potem obie zasnęły w objęciach.
Od tego czasu Sonia musiała wziąć żółty bilet prostytutki i nie może mieszkać z rodziną, bo gospodyni na to nie pozwala, a pan Lebieziatnikow obraził się, mówiąc: „ja, taki oświecony człowiek, mam mieszkać z taką?”. Sonia wynajmuje teraz lokum u krawca Kapernaumowa, odwiedza rodzinę tylko wieczorami i przynosi pieniądze na utrzymanie. Pięć tygodni temu Marmeladow poszedł do generała błagać o pracę - ten wzruszył się jego historią i przyjął go z powrotem na własną odpowiedzialność.
Przez te pięć tygodni w domu zapanował raj - Katarzyna podawała mu kawę ze śmietanką i kupiła nowy mundur za jedenaście i pół rubla. Gdy Marmeladow przyniósł pierwszą pensję dwadzieścia trzy ruble czterdzieści kopiejek, nazwała go „cacuchną” i uszczypnęła w policzek. Marmeladow obiecywał sobie, że jak wszystko się ułoży finansowo, Sonia będzie mogła przestać się prostytuować. Jednak plany te natychmiast spaliły na panewce - kolejnego dnia wykradł klucz od kufra żony, zabrał wszystkie pozostałe pieniądze i od pięciu dni pije. Dziś był u Soni prosić na otrzeźwienie i dostał od niej ostatnie trzydzieści kopiejek, które natychmiast przepił.
Marmeladow w pijanym uniesieniu zaczyna wygłaszać wizję Sądu Ostatecznego, gdzie Chrystus przyjmie wszystkich grzeszników, pijanych i nędznych, mówiąc: „świnie jesteście, ale przybądźcie i wy, bo żaden z was nie uważał się za godnego tej łaski”. Po tym wybryku pijak prosi Raskolnikowa, żeby go odprowadził do domu Kozela. Po drodze wyznaje, że nie boi się tego, że żona będzie go rwać za włosy - to mu nawet sprawia przyjemność - boi się tylko jej wzroku, czerwonych plam na twarzy i płaczu głodnych dzieci, bo jeśli Sonia nie przyniosła pieniędzy, to nie mają co jeść.
Wchodzą ciemnymi schodami na trzecie piętro do nędznej izby długiej na dziesięć kroków, oświetlonej dogasającym łojowym świecznikiem. W pokoju panuje straszny nieład - wszędzie porozrzucane dziecięce szmaty, przez kąt przeciągnięte podarte prześcieradło zasłaniające łóżko, stoi tylko poszarpana ceratowa kanapa, dwa krzesła i stary sosnowy stół. Katarzyna Marmeladowa to strasznie wychudła, wysoka kobieta z pięknymi ciemnoblond włosami i twarzą pokrytą czerwonymi plamami od suchot. Chodzi tam i z powrotem z rękami na piersiach, oddychając ciężko, z oczami błyszczącymi gorączkowo.
W pokoju znajduje się troje dzieci - najmłodsza sześcioletnia dziewczynka śpi skulona na podłodze, siedmioletni chłopczyk płacze w kącie po tym, jak go pobito, a najstarsza dziewięcioletnia dziewczynka, chuda jak szczapa, w podartej koszuli i starym burnusiku sięgającym ledwie do kolan, przytula braciszka swoją wychudłą ręką. Marmeladow nie wchodzi do pokoju, tylko pada na kolana w progu. Gdy Katarzyna go widzi, wpada w furię, krzyczy „gdzie pieniądze, łotrze!”, zaczyna go rewidować, a gdy nic nie znajduje, chwyta go za włosy i wciąga do pokoju. Marmeladow pełza za nią na kolanach, wołając, że to go cieszy, że lubi być szarpany za włosy.
Dzieci reagują przerażeniem - najmłodsza budzi się i płacze, chłopiec krzyczy i przytula do siostry, prawie mdlejąc ze strachu, a najstarsza trzęsie się jak liść. Z sąsiednich pokoi wychodzą ciekawscy lokatorzy w szlafrokach, z papierosami i kartami w rękach, śmieją się z całej sceny. Pojawia się też gospodyni Amalia Lippewechsel, która grozi eksmisją. Wychodząc, Raskolnikow dyskretnie zostawia na oknie garść miedziaków, które mu zostały z rubla wydanego w szynku. Na schodach żałuje swojego gestu i myśli, że oni mają Sonię, a jemu samemu brakuje pieniędzy. Idąc do domu, rozmyśla, że człowiek jest podły i do wszystkiego się przyzwyczaja.
Część pierwsza, Rozdział III
Następnego ranka Raskolnikow budzi się późno po niespokojnej nocy, ale sen wcale go nie pokrzepił - jest zły, rozdrażniony i z nienawiścią patrzy na swoją nędzną komórkę. Pokój ma zaledwie sześć kroków długości, z żółtymi, zakurzonymi tapetami odstającymi od ścian, jest tak niski, że wyższy człowiek może uderzyć głową o sufit. Meble składają się z trzech kulawych krzeseł, malowanego stołu z zakurzonymi książkami i kajetami oraz ogromnej sofy w łachmanach zajmującej połowę pokoju, na której Raskolnikow sypia często w ubraniu, bez prześcieradła, przykrywając się starym studenckim paltem. Student całkowicie zerwał z ludźmi, zamknął się w sobie jak żółw w skorupie, a nawet widok służącej wzbudza w nim wstręt i gniew - od dwóch tygodni gospodyni przestała mu dawać jedzenie, a on nawet nie pomyślał się z nią pogodzić.
Budzi go Nastasja (Nastka), kucharka i jedyna służąca gospodyni, która przynosi mu herbatę ze swojego nadpękniętego czajnika i dwa kawałki cukru. Dziewczyna jest prosta, gadatliwa, pochodzi ze wsi i tylko raz na tydzień sprząta jego pokój. Informuje Raskolnikowa, że gospodyni chce go skarżyć na policję za niepłacenie czynszu. Nastasja śmieje się z tego, że Raskolnikow twierdzi, iż traktuje „myślenie” jako swoją pracę, i przypomina mu, że dawniej uczył dzieci, a teraz nic nie robi. Nagle przypomina sobie, że wczoraj przyszedł list, za który zapłaciła listonoszowi trzy kopiejki ze swoich pieniędzy.
List jest od matki z gubernii R., a Raskolnikow aż blednie, biorąc go do ręki - dawno nie otrzymywał korespondencji. Drżącymi rękami całuje kopertę i długo wpatruje się w znajome, ukośne pismo matki, zanim odważy się go otworzyć. Matka, Pulcheria Raskolnikowa, zaczyna od przeprosin, że nie pisała osiem tygodni, ale nie mogła posłać pieniędzy - jej pensja wynosi tylko 120 rubli rocznie, a cztery miesiące temu pożyczyła od kupca Wachruszyna 15 rubli pod zastaw pensji, które dopiero teraz spłaciła. Tłumaczy, dlaczego ukrywała przed synem prawdę o sytuacji jego siostry Duni u państwa Swidrygajłowych - Dunia wzięła 100 rubli zaliczki, które były potrącane z pensji, więc nie mogła odejść przez cały rok.
Matka opisuje dramat, który rozegrał się u Swidrygajłowych - pan domu zakochał się w Duni, a jego żona Marfa Pietrovna podsłuchała rozmowę, źle wszystko zrozumiała i obwiniła dziewczynę. Wynikła straszna scena - pani Swidrygajłowa uderzyła Dunię, krzyczała przez godzinę, a potem kazała ją odwieźć chłopską furą do miasta w ulewnym deszczu, z rzeczami wrzuconymi byle jak na wóz. Przez miesiąc po mieście krążyły plotki, wszyscy znajomi odwrócili się od nich, nie mogły chodzić do kościoła, a nawet subiekci wymazali dziegciem bramę ich domu - wszystko przez to, że Marfa Pietrovna rozpowszechniła oszczerstwa o Duni we wszystkich domach miasta i powiatu.
Sytuacja zmieniła się dramatycznie, gdy pan Swidrygajłow opamiętał się i pokazał żonie list Duni, w którym dziewczyna stanowczo odrzucała jego zaloty oraz przypominała mu o obowiązkach męża i ojca. Marfa Pietrovna, przekonawszy się o niewinności Duni, następnego dnia w niedzielę poszła do katedry błagać o siłę do zniesienia tej próby, potem przyjechała do nich - płacząc, prosiła o przebaczenie. Przez kilka dni jeździła po wszystkich domach w mieście, czytała list Duni, przywracając jej dobre imię, nawet pozwalała go przepisywać na pamiątkę. Były nawet kolejki domów czekających na jej wizytę z listem. W rezultacie Dunia odzyskała szacunek, otrzymała propozycje lekcji, a cała hańba spadła na pana Swidrygajłowa.
Najważniejsza wiadomość listu to zaręczyny Duni z Piotrem Pietrowiczem Łużynem, radcą dworu i dalekim kuzynem Marfy Pietrownowej. Łużyn ma około 45 lat (w liście matka kłamie, że około 45, choć wcześniej napisała 51), jest zamożny, pracuje w dwóch miejscach, ma spory kapitał. Oświadczył się bardzo szybko - dzień po pierwszej wizycie przysłał list z prośbą o rękę, prosząc o natychmiastową odpowiedź ze względu na pilny wyjazd do Petersburga. Matka opisuje go jako człowieka stanowczego, który „podziela poglądy nowszych pokoleń”, jest wrogiem przesądów, choć trochę próżny i lubi, gdy go słuchają. Podczas drugiej wizyty wyraził się, że chciał poślubić dziewczynę bez posagu, która dużo wycierpiała, bo mąż nie powinien nic zawdzięczać żonie, a żona powinna widzieć w mężu dobroczyńcę.
Dunia przed podjęciem decyzji nie spała całą noc, chodziła po pokoju, długo modliła się przed ikoną i rano oznajmiła, że się zdecydowała. Matka podkreśla, że jest rozsądna, ma silny charakter i będzie uważała za swój obowiązek uszczęśliwianie męża. Łużyn jedzie do Petersburga otworzyć biuro porad prawnych i może pomóc Rodionowi w karierze - Dunia już marzy, że brat zostanie sekretarzem, a potem wspólnikiem Łużyna. Matka i Dunia już wkrótce przyjadą do Petersburga - może za tydzień - bo Łużyn chce przyspieszyć ślub, najlepiej jeszcze przed Wielkanocą. Łużyn bierze na siebie część kosztów podróży, przewiezie ich bagaże przez znajomych, a one pojadą trzecią klasą pociągu.
Matka obiecuje przysłać synowi 25-30 rubli, bo jej kredyt się zwiększył po zaręczynach Duni - może pożyczyć do 75 rubli pod zastaw emerytury. Planuje po ślubie córki mieszkać osobno, nie chce być ciężarem dla młodych. List kończy się matczynym błogosławieństwem, pytaniem, czy Rodion się jeszcze modli i wierzy w Boga, oraz przypomnieniem szczęśliwych czasów dzieciństwa, gdy siadał matce na kolanach i powtarzał za nią modlitwy. Po przeczytaniu listu Raskolnikow ma bladą twarz, skrzywioną konwulsyjnie, a na jego wargach pojawia się ciężki, żółciowy, zły uśmiech. Długo leży i myśli, aż w końcu robi mu się duszno w swoim mieszkaniu, chwyta kapelusz i wychodzi, nie przejmując się już nikim na schodach i kierując się w stronę Wyspy Wasilijewskiej.
Część pierwsza, Rozdział IV
List matki kompletnie wyczerpał Raskolnikowa, ale co do najważniejszej sprawy nie miał wątpliwości - stanowczo postanowił, że nie dopuści do małżeństwa Duni z Łużynem, dopóki żyje. Mruczy do siebie złośliwie: „Nie, mateńko, nie, Duniu, wy mnie nie oszukacie!” i rozumie doskonale, że matka i siostra udają przed nim i przed sobą, że to małżeństwo jest korzystne. Ironizuje nad tym, jak matka przedstawia Łużyna jako „zapracowanego człowieka czynu”, który żeni się ekspresowo. Wie, że Dunia modliła się całą noc przed Kazańską Matką Boską wisząca w sypialni matki, zanim podjęła decyzję o wejściu na swoją Golgotę - wyjściu za człowieka z kapitałem, który „podziela zdania nowych pokoleń”.
Raskolnikow z goryczą analizuje każdy szczegół listu - widzi, że matka i Dunia nie były ze sobą szczere, każda udawała przed drugą, że wszystko jest w porządku. Drażni go szczególnie fragment o teorii Łużyna, że mąż nie powinien nic zawdzięczać żonie, a żona powinna widzieć w mężu dobroczyńcę. Wie, że jego siostra nigdy by duszy nie sprzedała za komfort osobisty, ale poświęca się dla niego - dla ukochanego brata, żeby mógł skończyć studia, zostać wspólnikiem Łużyna, zabezpieczyć sobie przyszłość. Porównuje los Duni do losu Soni Marmeladowej - obie się sprzedają, tylko w różny sposób, a los z Łużynem może być nawet gorszy, bo „czystość Łużynowska” jest podlejsza od czystości Soni.
Raskolnikow dręczy się myślą, że matka i siostra składają się w ofierze dla niego, a on nic nie może im zaoferować w zamian - nie ma prawa niczego zabronić, bo sam niczego nie osiągnął. Rozumie, że za dziesięć lat matka może oślepnąć od haftowania, żeby zarobić dodatkowe grosze, a co może stać się z Dunią przez te lata? Te wszystkie pytania nie są nowe - dręczą go od dawna, a teraz skoncentrowały się w jedno straszne, fantastyczne pytanie domagające się odpowiedzi. List matki uderzył w niego jak grom i Raskolnikow wie, że musi coś zrobić natychmiast, nie może biernie czekać - albo zdecyduje się na coś, albo wyprze się życia, przyjmie los i zdusi w sobie wszystko.
Nagle przypomina sobie wczorajsze słowa Marmeladowa: „Czy pan rozumie, co znaczy, gdy się już nie ma gdzie iść?” i drży, bo pewna myśl, która czekała w jego głowie od miesiąca, teraz zjawia się nie jako marzenie, ale w nowej, groźnej formie. Szuka gorączkowo ławki na bulwarze K., bo zakręciło mu się w głowie, ale po drodze napotyka dziwne widowisko. Widzi bardzo młodą dziewczynę, może piętnastoletnią, idącą w upale bez kapelusza, w jedwabnej sukience dziwacznie rozdartej, zataczającą się jak pijana. Dziewczyna pada na ławkę, a Raskolnikow spostrzega, że jakiś trzydziestoletni, tłusty, elegancki jegomość czeka tylko, aż on odejdzie, żeby wykorzystać pijaną dziewczynę.
Raskolnikow wścieka się i krzyczy do eleganta „Ej, mości Swidrygajłow!”, chce go przegonić, niemal dochodzi do bójki, ale interweniuje strażnik miejski. Raskolnikow tłumaczy strażnikowi sytuację, daje mu dwadzieścia kopiejek na dorożkę dla dziewczyny, żeby ją odwiózł do domu. Strażnik próbuje dowiedzieć się od dziewczyny, gdzie mieszka, ale ona tylko macha ręką i mamrocze „precz, nie zawracajcie”. Jest ubrana tak, jakby ją ktoś ubierał - męskie, nieumiejętne ręce - prawdopodobnie gdzieś ją upoili i wykorzystali, a potem wypuścili na ulicę. Strażnik idzie za dziewczyną, żeby jej pilnować przed elegantem, ale nagle Raskolnikow zmienia zdanie i krzyczy za nim, żeby dał spokój, niech się zabawią - po co mu się wtrącać?
Siedząc na ławce, Raskolnikow rozmyśla o losie dziewczyny - ocknie się, matka ją zbije, może wyrzuci z domu, trafi do szpitala, potem znów szpital, wódka, szynk i za dwa-trzy lata kaleka w wieku osiemnastu lat. Myśli o „procencie” - że pewien procent dziewcząt musi upaść, żeby pozostałe mogły żyć spokojnie, i nagle ze strachem myśli: "A nuż i Dunia stanie się kiedyś procentem?" Przypomina sobie, że szedł na Wyspę Wasilijewską do Razumichina - swojego dawnego kolegi uniwersyteckiego, jedynego człowieka, z którym utrzymywał jakiś kontakt. Dziwi się sam sobie, dlaczego nagle przyszła mu do głowy myśl o odwiedzeniu Razumichina, którego nie widział od czterech miesięcy.
Razumichin to niezwykle wesoły, dobry aż do naiwności student, który potrafi znosić wszelkie trudności - może mieszkać na dachu, cierpieć głód i zimno, ale nic go nie złamie. Jest wysoki, chudy, źle ogolony brunet, słynący jako siłacz, który raz jednym uderzeniem powalił ogromnego stróża. Utrzymuje się z przypadkowych prac, zna masę źródeł zarobku, obecnie też musiał przerwać studia, ale stara się poprawić swoją sytuację. Raskolnikow kontrastuje z nim całkowicie - w uniwersytecie nie miał przyjaciół, stronił od wszystkich, patrzył na kolegów z góry jak na dzieci, pracował gorliwie, ale był dumny, nietowarzyski, jakby coś ukrywał, i tylko z Razumichinem jakoś się zbliżył, choć od miesięcy go unika.
Część pierwsza, Rozdział V
Raskolnikow zastanawia się, dlaczego nagle przyszło mu do głowy pójść do Razumichina - przecież ten nie może mu teraz pomóc, nawet gdyby załatwił mu jakieś lekcje czy podzielił się ostatnim groszem. Co można zrobić za kilka kopiejek? Nagle, jakby w olśnieniu, rozumie swoje myśli i szepcze spokojnie: „Do Razumichina pójdę, ale nie teraz... Pójdę do niego nazajutrz po tamtem, gdy się już tamto ukończy i wszystko pójdzie nową drogą”. Słowo „po tamtem” przeraża go - czy to naprawdę się stanie? Wstręt do powrotu do domu, gdzie w ciasnej komórce od miesiąca dojrzewała ta straszna myśl, każe mu iść przed siebie bez celu.
Drżenie zamienia się w gorączkę, czuje zimno mimo upału, nieprzytomnie wpatruje się we wszystko dookoła, jakby szukał rozrywki. Przechodzi całą Wyspę Wasilijewską, przez Małą Newę dociera na Wyspy. Zieloność i świeżość początkowo kojąco działają na jego zmęczone oczy, ale wkrótce te przyjemne uczucia przechodzą w chorobliwe rozdrażnienie. Zatrzymuje się przed eleganckimi willami, obserwuje wystrojone damy na balkonach, dzieci w ogrodach, szczególnie długo patrzy na kwiaty. Przelicza swoje pieniądze - ma około trzydziestu kopiejek (dwadzieścia dał strażnikowi, trzy Nastce za list, Marmeladowom dał wczoraj czterdzieści siedem czy pięćdziesiąt).
W jakiejś knajpie wypija kieliszek wódki i zjada pierożek - dawno nie pił alkoholu, więc nawet ten jeden kieliszek działa na niego mocno. Nogi mu ciężeją, ogarnia go niepokonana senność. Na wyspie Pietrowskiej schodzi z drogi, pada na trawę i natychmiast zasypia. Ma straszny, niezwykle plastyczny sen z dzieciństwa. Śni mu się, że ma siedem lat i idzie z ojcem przez rodzinne miasteczko. Mijają karczmę, która zawsze budziła w nim strach - pełno tam było pijanych, krzyczących ludzi o strasznych twarzach. Tym razem przed karczmą stoi wielki wóz towarowy, ale zaprzężona do niego została malutka, chuda, zbiedziona chłopska szkapa.
Z karczmy wychodzą pijani mężczyźni, a jeden z nich, Mikołaj, krzyczy, żeby wszyscy siadali - odwiezie wszystkich. Ludzie śmieją się, że taka chudzina ma ciągnąć taki ciężar, ale Mikołaj upiera się i wszyscy pakują się na wóz - sześć osób plus jakaś tłusta baba. Mikołaj bierze bat i zaczyna okładać szkapę, która ledwo może ruszyć z miejsca. Inni też biorą baty i biją konia z boków. Mały Rodion płacze, biegnie do konika, chce go bronić, ale ojciec próbuje go odciągnąć mówiąc „to pijani, głupcy dokazują”. Chłopiec wyrywa się, biegnie do konia, który jest bity po oczach, po pysku.
Mikołaj wpada w szał, że koń nie może ruszyć cwałem - rzuca bat, wyciąga z wozu grubą drewnianą hołoblę i z całej siły wali nią szkapę po grzbiecie. Koń osiada, ale jeszcze próbuje się szarpać. Mikołaj bije miarowo - trzeci, czwarty raz, wściekły, że nie może zabić od razu. W końcu wyciąga żelazny drąg i z całej siły rąbie konia prosto w łeb. Szkapa pada, wyciąga pysk, wydaje ciężkie westchnienie i zdycha. Mały Rodion w rozpaczy przebija się przez tłum, obejmuje martwą, zakrwawioną mordę konia, całuje go w oczy i usta, a potem z wściekłością rzuca się z piąstkami na Mikołaja. Ojciec chwyta go i wynosi z tłumu.
Raskolnikow budzi się cały spocony, z mokrymi od potu włosami, ciężko dysząc. „Boże!” - woła - „miałżebym w istocie wziąć topór, uderzyć ją w głowę, zmiażdżyć czaszkę... stąpać w lepkiej, ciepłej krwi?” Drży jak liść i pyta sam siebie, czy byłby do tego zdolny. Przecież wiedział, że tego nie zniesie - wczoraj podczas „próby” już to zrozumiał. Czuje nagle ulgę, jakby zrzucił straszne brzemię - jest wolny od tych czarów, podszeptów, złych duchów. Modli się: „Panie, wskaż mi moją drogę, a wyrzeknę się tej przeklętej myśli!”.
Przechodząc przez most, ze spokojem patrzy na Newę i zachód słońca, czuje się wolny. Jednak zamiast wrócić najkrótszą drogą do domu, idzie przez Plac Sienny, którędy wcale nie powinien przechodzić. Później będzie to wspominał jako przeznaczenie losu - dlaczego właśnie teraz, w takiej godzinie, przy takich okolicznościach znalazł się w tym miejscu? Około dziewiątej wieczorem na Placu Siennym handlarze zamykają kramy. Raskolnikow lubi te miejsca - jego łachmany tu nie zwracają uwagi. Nagle widzi Lizawietę, siostrę starej lichwiarki, rozmawiającą z jakimś mieszczaninem i jego żoną.
Mieszczanin namawia Lizawietę, żeby przyszła do nich jutro o siódmej wieczorem w jakiejś sprawie handlowej, radzi jej nie mówić o tym siostrze. „To interes korzystny, potem i siostra sama przystanie” - przekonuje. Lizawieta w końcu zgadza się przyjść jutro o siódmej. Raskolnikow przechodzi obok spokojnie, ale słyszy każde słowo. Jego zdumienie zamienia się w trwogę - dowiedział się właśnie, że jutro o siódmej wieczorem starucha będzie w domu zupełnie sama. Wraca do swojej komórki jak skazany na śmierć, czując całą istotą, że nie ma już swobody rozsądku ani woli - wszystko się rozstrzygnęło ostatecznie. Nawet gdyby latami czekał na lepszą okazję, nie mógłby liczyć na coś doskonalszego niż to, co się właśnie wydarzyło.
Część pierwsza, Rozdział VI
Raskolnikow z czasem dowiedział się, dlaczego mieszczanin z żoną zaprosili Lizawietę - chodziło o sprzedaż rzeczy jakiejś zubożałej rodziny, głównie damskiego ubrania. Lizawieta zajmowała się pośrednictwem w takich transakcjach, brała towary na komis i miała dobrą reputację, bo była uczciwa i zawsze trzymała się raz podanej ceny. Raskolnikow w ostatnich czasach stał się przesądny, a ślady tych zabobonów pozostały w nim na długo. Zawsze potem dopatrywał się w całej sprawie jakichś tajemniczych wpływów i nadzwyczajnych zbiegów okoliczności.
Przypomina sobie, jak zimą student Pokorew, wyjeżdżając do Charkowa, dał mu adres starej lichwiarki na wypadek, gdyby chciał coś zastawić. Przez długi czas nie korzystał z tego adresu, ale półtora miesiąca temu, gdy zabrakło mu pieniędzy, zastawił u niej złoty pierścionek z czerwonymi kamyczkami - pamiątkę od siostry. Od pierwszego wejrzenia poczuł do staruchy niepokonany wstręt. Po wyjściu od niej poszedł do knajpy wypić herbatę i tam usłyszał dziwną rozmowę - student opowiadał oficerowi właśnie o tej samej lichwiarce, Alonie Iwanownie, mówiąc, że to „pyszna baba”, u której zawsze można dostać pieniądze, bogata jak Żyd, może wydać pięć tysięcy od ręki, ale jest okrutnie skąpa i zła.
Student opowiadał też o Lizawiecie - przyrodniej siostrze staruchy, którą ta trzyma w niewoli jak dziecko, choć Lizawieta ma „osiem wiorst wzrostu” (jest olbrzymia). Pracuje za siostrę dzień i noc, jest kucharką, praczką, szyje na sprzedaż, myje podłogi, a wszystkie pieniądze oddaje staruszce. Nie może przyjąć żadnej roboty bez pozwolenia siostry. Starucha sporządziła już testament, w którym wszystkie pieniądze zapisała klasztorowi, a Lizawieta ma dostać tylko meble i rzeczy osobiste. Co dziwne, mimo że Lizawieta jest brzydka i niezgrabna, co chwila bywa w ciąży - ma taki dobry wyraz twarzy i oczu, jest tak cicha, łagodna i na wszystko się zgadza, że niektórym się podoba.
Nagle student mówi z zapałem: „Ja bym tę starą kwokę zabił i obrabował, i wierzaj mi, bez najmniejszego wyrzutu sumienia”. Rozwija swoją teorię - z jednej strony jest głupia, zła, chora staruszka, nikomu niepotrzebna, szkodliwa, która i tak jutro umrze. Z drugiej strony tysiące młodych sił marnujących się bez pomocy. Za jej pieniądze można by uratować setki rodzin od nędzy, skierować tysiące istnień na dobrą drogę. „Jedna śmierć i sto żyć w zamian - toż to arytmetyka! Cóż warte na szalach społecznych życie tej suchotniczej, głupiej staruszeczki?” Oficer pyta, czy sam by ją zabił, a student odpowiada, że nie, on tylko głosuje za sprawiedliwością. Ta knajpiana rozmowa wywarła na Raskolnikowie ogromne wrażenie - usłyszał dokładnie te same myśli, które rodziły się w jego głowie.
Po powrocie z Placu Siennego Raskolnikow rzuca się na sofę i siedzi nieruchomo całą godzinę. Gdy się ściemnia, pada w ciężki sen bez marzeń. Nazajutrz Nastasja ledwo go budzi o dziesiątej rano - przynosi herbatę i chleb, ale Raskolnikow znów zasypia. Budzi się dopiero po dwóch godzinach, gdy dziewczyna przynosi zupę. Je trochę bez apetytu, machinalnie, potem znów się kładzie. Roi mu się, że jest w Afryce, w Egipcie, na oazie z karawaną - pije zimną wodę ze strumienia płynącego po kolorowych kamykach i czystym piasku ze złotymi odblaskami. Nagle słyszy bicie zegara i zrywa się przerażony - już szósta! Dziwi się, że mógł przespać w takim zapomnieniu cały dzień i nic nie przygotował.
Gorączkowo zaczyna przygotowania. Wyrywa z podartej koszuli spod poduszki kawał materiału, robi z niego pętlę i przyszywa ją pod lewą pachą wewnątrz swojego letniego palta. To jego wynalazek - pętla na siekierę, żeby mogła wisieć ukryta pod paltem, a on będzie podtrzymywał koniec toporzyska ręką w kieszeni. Potem wyciąga spod sofy przygotowany „fant” - drewnianą deseczkę wielkości papierośnicy, do której dołożył metalową blaszkę dla wagi, całość starannie owinął w biały papier i związał tak, żeby trudno było rozwiązać. Ma to zająć staruchę na chwilę, gdy będzie rozwiązywać węzeł.
Słyszy na podwórzu, że już dawno po szóstej. Ostrożnie schodzi po swoich trzynastu stopniach jak kot. Najważniejsze teraz to ukraść siekierę z kuchni gospodyni. Był pewien, że Nastasja jak zwykle wyjdzie wieczorem do sąsiadów czy sklepu, zostawiając drzwi otwarte. Ale ku jego przerażeniu, gdy mija kuchnię, widzi, że Nastasja jest w domu i rozwiesza pranie! Plan się wali - nie ma siekiery. Stoi bezradnie w bramie, wściekły na siebie, że był tak pewny jej nieobecności. Nagle w otwartej komórce stróża, dwa kroki od niego, dostrzega błysk spod ławki - to siekiera leżąca między polanami! Stróża nie ma, drzwi otwarte. Raskolnikow chwyta topór, przyczepia do pętli i wychodzi. „Nie rozum, to diabeł!” - myśli.
Idzie powoli, nie spiesząc się, żeby nie wzbudzić podejrzeń. Przypomina sobie ze znienawidzonym kapeluszem - miał pieniądze trzy dni temu i nie kupił czapki! W sklepiku widzi, że jest dziesięć minut po siódmej - musi się spieszyć, ale jednocześnie zrobić objazd, wejść od tyłu. Dziwi się sam sobie - myślał, że będzie się strasznie bał, a teraz prawie wcale się nie boi. Zajmują go dziwne myśli - rozmyśla o fontannach w ogrodzie Jusupowa, o tym, że gdyby rozszerzyć Ogród Letni na całe Pole Marsowe, byłoby to cudowne dla miasta. „Tak zapewne ci, których prowadzą na śmierć, przyczepiają się myślami do wszystkich przedmiotów napotykanych po drodze” - błyska mu w głowie.
W bramie ma szczęście - dokładnie w momencie, gdy wchodzi, wjeżdża ogromny wóz z sianem, który go zasłania. Prześlizguje się na prawo, nikt go nie widzi. Wchodzi na schody, przyciskając ręką bijące serce i sprawdzając topór w pętli. Schody są puste, wszystkie drzwi zamknięte. Na drugim piętrze widzi, że mieszkanie dokładnie pod staruszką jest puste - lokatorzy się wyprowadzili, bilet wizytowy zdjęty z drzwi. Staje przed drzwiami lichwiarki na trzecim piętrze. Nasłuchuje - martwa cisza. „Czy nie jestem za blady? Ona podejrzliwa...” - myśli. Serce bije coraz mocniej.
Wyciąga rękę do dzwonka i dzwoni. Cisza. Dzwoni drugi raz, głośniej. Przykłada ucho do drzwi i słyszy ostrożny szelest ręki przy klamce, szmer sukni - ktoś stoi po drugiej stronie i też nasłuchuje. Raskolnikow umyślnie się porusza, mruczy coś głośno, żeby nie sprawiać wrażenia, że się czai, i dzwoni trzeci raz - powoli, spokojnie, bez zniecierpliwienia. Później nie będzie mógł pojąć, skąd wzięło się w nim tyle przebiegłości, gdy umysł mu się zaćmiewał, a ciała prawie nie czuł. Po chwili słyszy otwieranie zamka.
Część druga, Rozdział I
Raskolnikow budzi się w swoim pokoju długo po zabójstwie, słysząc pijackie krzyki z ulicy około trzeciej nad ranem. Gdy orientuje się, że jest już po drugiej w nocy, nagle przypomina sobie wszystko, co się stało. Ogarnia go straszne zimno i febra, trzęsie się cały. Ze zdumieniem odkrywa, że wrócił do domu, nie zamykając drzwi, rzucił się na sofę w ubraniu, a nawet w kapeluszu, który stoczył się na podłogę.
W panice zaczyna oglądać swoje ubranie przy świetle z okna w poszukiwaniu śladów krwi. Przewraca wszystko trzy razy i drży z gorączki. Znajduje zakrwawione frędzle u dołu spodni, gdzie materiał się postrzępił - obcina je scyzorykiem. Nagle przypomina sobie, że portmonetka i przedmioty wykradzione ze skrzyni staruchy wciąż leżą w jego kieszeniach! Wyciąga wszystko i chowa pospiesznie w kącie pokoju, gdzie tapeta odstaje od ściany, wpychając łupy pod papier. „Boże mój, co się ze mną dzieje? Czyż to schowane? Czyż tak się chowa?” - szepcze w rozpaczy, zdając sobie sprawę, że traci rozum.
Zrywa z siebie pętlę, którą przyszył pod paltem na siekierę, drze ją na kawałki i chowa pod poduszkę. Odkrywa więcej śladów krwi - na skarpetce, na podszewce kieszeni. Wyrwał całą kieszeń ze spodni. W gorączce zastanawia się, gdzie pozbyć się dowodów - w piecu będą szukać najpierw, spalić nie może bo nie ma zapałek. „Trzeba wyjść i wszystko wyrzucić!” - ale zamiast tego pada z powrotem na sofę, ogarniany przez gorączkę.
Około dziesiątej rano budzi go głośne stukanie do drzwi. To Nastasja ze stróżem. Stróż wręcza mu wezwanie na policję, zapieczętowane lakiem. „Do policji! Po co?” - Raskolnikow jest pewien, że chodzi o morderstwo. Nastasja zauważa, że jest chory, widzi, jak ściska w ręku zakrwawione szmaty (frędzle, skarpetka, wyrwana kieszeń), które trzymał nawet we śnie. Szybko chowa je pod palto. Po odejściu służącej czyta wezwanie - ma stawić się o wpół do dziesiątej w biurze cyrkułowym.
„Przepadnę to przepadnę, wszystko mi jedno!” - myśli, ubierając się. Wkłada zakrwawioną skarpetkę, bo nie ma innej, śmieje się histerycznie z absurdu sytuacji. Wychodzi i zostawia ukradzione przedmioty w dziurze pod tapetą. „A może właśnie teraz rewizja?” - myśli, ale taka rozpacz go ogarnia, że macha ręką i idzie dalej. Na ulicy panuje nieznośny upał, kurz, swąd. Słońce bije w oczy, w głowie mu się kręci od gorączki. Mijając dom staruchy, ze strachem odwraca wzrok.
Na komisariacie na trzecim piętrze panuje straszny zaduch, świeżo malowane podłogi śmierdzą farbą. Raskolnikow przechodzi przez kilka pokoi pełnych pisarzy i petentów. Referent każe mu czekać, zajęty damą w żałobie. W pokoju jest też druga kobieta - otyła, przesadnie wystrojona Niemka z ogromną broszką. Nagle wchodzi pomocnik naczelnika, porucznik z rudymi wąsami, który zaczyna krzyczeć na Niemkę o nocne awantury w jej „porządnym domu”. Okazuje się, że prowadzi dom publiczny, gdzie jakiś pijany literat wywołał burdę, połamał fortepian, wybił oko lokajowi.
Porucznik zwraca się do Raskolnikowa agresywnie: „Czego chcesz?” Gdy dowiaduje się, że to student wezwany w sprawie długu, zaczyna go obrażać za spóźnienie i nędzny wygląd. Raskolnikow odpowiada zuchwale, że nie pozwoli na siebie krzyczeć. Porucznik wpada w furię. Wchodzi naczelnik cyrkułu, łagodzi sytuację. Okazuje się, że wezwanie dotyczy niespłaconego weksla na 115 rubli, który Raskolnikow dał swojej gospodyni 9 miesięcy temu, a ta sprzedała go radcy Czechowowi.
Raskolnikow tłumaczy swoją sytuację - mieszka u gospodyni 3 lata, kiedyś obiecał ożenić się z jej córką, która rok temu zmarła na tyfus. Gospodyni zażądała weksla, mówiąc, że będzie mu dalej kredytować, ale teraz, gdy stracił lekcje, składa skargę. Musi napisać zobowiązanie, że nie wyjedzie z miasta i spłaci dług. Podczas pisania ręka mu drży, ledwo trzyma pióro. Nagle słyszy rozmowę naczelnika z porucznikiem o wczorajszym morderstwie staruchy:
„To być nie może, obydwóch uwolnią” - mówi naczelnik o dwóch podejrzanych, Kochu i studentcie, którzy przyszli do lichwiarki i zastali drzwi zamknięte. Tłumaczy, że morderca musiał być w środku, zamknął się na haczyk, a gdy Koch poszedł po stróża, zdążył uciec. „Gdybym tam został - mówi Koch - on by wyskoczył i zabił mnie toporem”. Dyskutują o tym, że w tym ogromnym domu („istna Arka Noego”) nikt nie widział mordercy.
Raskolnikow, słysząc tę rozmowę, nagle mdleje. Gdy odzyskuje przytomność, siedzi na krześle, ktoś podaje mu wodę. Naczelnik pyta, czy jest chory. Porucznik wypytuje go podejrzliwie - od kiedy choruje, czy wczoraj wychodził, o której godzinie, dokąd. Raskolnikow odpowiada urywanie: „Od wczoraj... wychodziłem... o ósmej wieczór... na ulicę”. Atmosfera robi się napięta, wszyscy milczą, patrząc na niego dziwnie. W końcu pozwalają mu odejść.
Na ulicy Raskolnikow w panice myśli: „Rewizja, rewizja, zaraz rewizja! Złodzieje! Podejrzewają!” Dawny strach znów go ogarnia od stóp do głowy. Jest pewien, że jego dziwne zachowanie i omdlenie wzbudziły podejrzenia policji, zwłaszcza że zemdlał dokładnie, gdy mówili o morderstwie.
Część druga, Rozdział II
Po wyjściu z komisariatu Raskolnikow w panice myśli o rewizji i pędzi do domu. Z ulgą stwierdza, że nikogo nie ma, nikt nie zaglądał. Natychmiast wyciąga ukradzione przedmioty spod tapety - jest ich 18 sztuk: dwa pudełeczka z kolczykami, cztery safianowe futerały, łańcuszek zawinięty w gazetę, jakiś order również w gazecie. Nie ogląda ich dokładnie, tylko wpycha do wszystkich kieszeni palta i spodni, starając się rozłożyć tak, żeby było jak najmniej widoczne. Bierze też sakiewkę i wychodzi, tym razem zostawiając drzwi otwarte.
Wie, że musi się pozbyć dowodów, zanim wydany zostanie rozkaz śledzenia go. Plan rzucenia wszystkiego do kanału, który obmyślił w gorączce, okazuje się niemożliwy do wykonania - przez pół godziny chodzi wzdłuż Kanału Katarzyny, ale wszędzie są ludzie: praczki piorą przy schodach, łodzie cumują przy brzegu, tłum spaceruje po obu stronach. Boi się też, że futerały mogą nie zatonąć i wypłyną na powierzchnię. W końcu postanawia pójść nad Newę, gdzie jest mniej ludzi, albo zakopać wszystko gdzieś daleko na wyspach pod krzakiem.
Przypadek sprawia, że przechodząc przez jakiś plac, zauważa wejście na podwórze ze ślepym murem. Wchodzi i widzi idealne miejsce - przy samej bramie, między murem a drewnianym żłobem dla koni, leży ogromny kamień półtorapudowy (około 25 kg). Odsuwa go z wysiłkiem, wrzuca wszystkie przedmioty i sakiewkę do dziury pod kamieniem, potem zasuwa kamień z powrotem. Przysypuje wszystko ziemią, udeptuje nogą - nic nie widać. Wychodzi pełen radości: „Ani śladu! Komu przyjdzie do głowy szukać pod tym kamieniem?”
Idzie bulwarem i nagle go dręczy dziwna myśl: „Jeżeli wszystko było zrobione rozumnie, a nie głupio, jeżeli miałeś cel określony, to dlaczego nawet nie zajrzałeś do sakiewki i nie wiesz, co zdobyłeś? Za jakie trzy grosze przyjąłeś na siebie te wszystkie męki?”. Czuje rosnący w sobie fizyczny wstręt do wszystkiego i wszystkich dookoła. Wstrętni są mu przechodnie, ich twarze, ruchy - mógłby pluć na kogokolwiek, ugryźć, gdyby go kto zaczepił.
Nieświadomie dociera do mieszkania Razumichina na Wyspie Wasilijewskiej. „Znowu ta sama historia co wtedy... Ale przecież mówiłem, że przyjdę nazajutrz po tamtym!”. Razumichin, potargany, w szlafroku i pantoflach, jest zdziwiony wizytą - nie widzieli się cztery miesiące. Widzi, że Raskolnikow jest chory. Razumichin proponuje mu pracę - tłumaczenie niemieckiego tekstu o tym „czy kobieta jest człowiekiem” dla wydawcy Cherubimowa za 3 ruble. Raskolnikow bierze pieniądze i tekst, ale po wyjściu nagle wraca, oddaje wszystko bez słowa i odchodzi, co wprawia Razumichina w osłupienie.
Na moście Mikołajewskim stangret uderza Raskolnikowa batem, bo prawie wpadł pod konie powozu - szedł środkiem mostu zamiast chodnikiem. Jakaś starsza kupczanka, biorąc go za żebraka, daje mu 20 kopiejek „w imię Chrystusa”. Rodion stoi, długo patrząc na panoramę Newy z kopułą soboru - to miejsce, gdzie jako student często się zatrzymywał, dziwiąc się chłodnemu uczuciu, jakie budziła w nim ta wspaniała panorama. Teraz wszystko to - cała przeszłość, dawne myśli i wrażenia - wydaje mu się odległe, jakby gdzieś daleko pod nim. Nagle wyrzuca otrzymaną jałmużnę do wody, czując że „odciął się nożyczkami od wszystkich i wszystkiego”.
Wraca do domu wieczorem, ale nie pamięta drogi. Kładzie się na sofę w ubraniu, przykrywa szynelem i traci przytomność. Budzi go straszny krzyk - słyszy, jak porucznik z komisariatu bije jego gospodynię na schodach, kopie ją, tłucze głową o stopnie. Gospodyni błaga o litość, zbiegają się sąsiedzi. Raskolnikow jest przerażony - myśli, że to z powodu wczorajszego morderstwa, że zaraz przyjdą po niego. Chce się zamknąć na haczyk, ale nie ma siły podnieść ręki.
Po jakichś dziesięciu minutach hałas cichnie, porucznik odchodzi, gospodyni wraca do mieszkania. Przychodzi Nastasja ze świecą i talerzem zupy. Raskolnikow pyta ją przerażony, za co bili gospodynię. Nastasja patrzy na niego długo i dziwnie, w końcu mówi: „To krew... Nikt nie bił gospodyni”. Wyjaśnia mu, że to halucynacje od gorączki - „jak krew nie ma którędy wyjść i zaczyna się zapiekać, to się roją cuda”. Raskolnikow wypija trochę wody i traci przytomność.
Część druga, Rozdział III
Raskolnikow nie był całkowicie nieprzytomny podczas choroby - znajdował się w stanie gorączkowym z maligną i półświadomością. Wydawało mu się, że tłum ludzi chce go gdzieś zabrać, kłócą się o niego. Innym razem jest sam, wszyscy się go boją. Pamięta Nastasję przy sobie i jeszcze jednego człowieka, dobrze znanego, ale nie może sobie przypomnieć kogo. Raz mu się zdaje, że leży już miesiąc, innym razem, że to ciągle ten sam dzień. O morderstwie zupełnie zapomniał, ale ciągle dręczy go świadomość, że o czymś ważnym zapomniał.
Po czterech dniach wreszcie odzyskuje pełną przytomność. Jest ranek, dziesiąta godzina. Przy łóżku stoi Nastasja i jakiś nieznajomy robotnik. Wchodzi Razumichin, który odnalazł go przez biuro adresowe (Raskolnikow jest tam zapisany). Razumichin opowiada, że przez kilka dni opiekował się nim, przyprowadzał lekarza Zosimowa, który stwierdził „jakieś uderzenie do głowy, głupstwo nerwowe od złego odżywiania”.
Robotnik okazuje się posłańcem od kupca Szelopajewa - przyszedł z przekazem pieniężnym. Matka Raskolnikowa przysłała przez kupca Wachruszyna 35 rubli. Raskolnikow początkowo odmawia przyjęcia pieniędzy i podpisania pokwitowania, ale Razumichin przekonuje go do tego. Po odejściu posłańca Razumichin opowiada o wszystkim, co zaszło podczas choroby - poznał gospodynię Praskowię Pawłowną (nazywa ją Pasiunią), dowiedział się o długu i wekslu na 115 rubli, który gospodyni sprzedała radcy Czechowowi. Razumichin wykupił weksel za 10 rubli i podarł go.
Nastasja przynosi zupę i herbatę, Razumichin karmi Raskolnikowa łyżeczką jak dziecko. Raskolnikow udaje słabszego, niż jest w rzeczywistości - przyszło mu do głowy „ukryć do czasu swoje siły, przyczaić się, udawać, że jest jeszcze nieprzytomny, a tymczasem wysłuchać i dowiedzieć się, co się tu dzieje”. Pyta, co mówił w malignie. Razumichin wspomina, że był u nich referent Zamietow z komisariatu - chciał poznać Raskolnikowa, bo dużo o nim rozmawiali. W gorączce Raskolnikow błagał o jakąś skarpetkę, którą potem trzymał w ręku całą dobę, prosił też o „frędzle od spodni”.
Gdy Razumichin i Nastasja wychodzą, Raskolnikow w panice zrywa się z łóżka. „Czy oni wiedzą już o wszystkim, czy jeszcze nie wiedzą?” - myśli gorączkowo. Sprawdza kąt, gdzie ukrył przedmioty pod tapetą - nic tam nie ma. Znajduje w piecu kawałki frędzli od spodni i szczątki wyrwanej kieszeni - nikt ich nie ruszał. Znajduje też skarpetkę, o której mówił Razumichin - jest tak zabrudzona, że Zamietow nie mógł nic na niej dostrzec. Miesza mu się w głowie, co było wtedy, a co teraz, podczas choroby.
Chce uciekać, wynająć inne mieszkanie, wyjechać do Ameryki, ale widzi, że nie ma butów ani ubrania - zabrali mu je. Na stole leżą pieniądze i podarty weksel. Wypija resztę piwa ze stołu, co go nieco oszałamia i zasypia. Budzi go Razumichin, który wraca z paczką - kupił dla Raskolnikowa całe nowe ubranie za jego pieniądze: czapkę za 80 kopiejek, spodnie i kamizelkę za 2 ruble 25 kopiejek, buty za rubla i 50 kopiejek, trzy koszule i bieliznę za 5 rubli. Wszystko używane, ale w dobrym stanie.
Razumichin opowiada żartobliwie o każdej sztuce garderoby, porównuje nową czapkę ze starym „gniazdkiem” Raskolnikowa. Mimo oporu chorego zmienia mu bieliznę, mówiąc „może choroba właśnie siedzi w koszuli”. Raskolnikow jest zirytowany, chce, żeby go zostawili w spokoju, pyta podejrzliwie, skąd pieniądze na zakupy. Razumichin przypomina mu o pieniądzach od matki.
Na końcu rozdziału do pokoju wchodzi wysoki, tęgi mężczyzna - to lekarz Zosimow, na którego Razumichin czekał. „Zosimow! Nareszcie!” - woła ucieszony Razumichin. Tu rozdział się kończy, zostawiając czytelnika w napięciu co do dalszego rozwoju wydarzeń i tego, co Zosimow powie o stanie Raskolnikowa.
Część druga, Rozdział IV
Do pokoju wchodzi lekarz Zosimow - wysoki, otyły dwudziestosiedmioletni mężczyzna o bladej, gładko ogolonej twarzy, jasnych włosach, w okularach i ze złotym sygnetem na grubym palcu. Ubiera się elegancko, jego ruchy są powolne, leniwe, ale wyuczone. Jest pretensjonalny, choć stara się to ukrywać. Bada Raskolnikowa, stwierdza, że puls jest dobry, wszystko w porządku, może jeść prawie wszystko oprócz grzybów i ogórków. Jutro można by go wyprowadzić na krótki spacer.
Razumichin zaprasza Zosimowa na swoje parapetówki - będzie herbata, wódka, śledzie, pierogi. Mają przyjść różni ludzie: jego stary wuj, Porfiry Pietrowicz (komisarz do spraw śledczych, daleki krewny Razumichina), studenci, nauczyciel, urzędnik, muzyk, oficer i Zamietow. Zosimow kpi z Zamietowa i mówi, że „łapy grzeje” (bierze łapówki), ale Razumichin go broni - to dobry człowiek w swoim rodzaju.
Razumichin zaczyna opowiadać o sprawie morderstwa starej lichwiarki i jej siostry Lizawiety. Nastasja nagle wtrąca się i mówi do Raskolnikowa: „Lizawietę także zabili! Przecież ją pan znał, przychodziła tu, koszulę panu cerować!” Raskolnikow drży, odwraca się do ściany i wpatruje się w kwiatek na tapecie, licząc listki i kreski, czując, że ręce i nogi mu zdrętwiały.
Razumichin opowiada o malarzu Mikołaju, którego podejrzewają o morderstwo. Historia jest następująca: trzeciego dnia po zabójstwie do komisariatu przychodzi Duszkin, właściciel knajpy naprzeciwko domu zamordowanych. Przynosi złote kolczyki, które dał mu na zastaw malarz Mikołaj wieczorem w dniu morderstwa, około ósmej. Mikołaj twierdził, że znalazł je na ulicy. Duszkin dał mu rubla, ale gdy nazajutrz dowiedział się o morderstwie, nabrał podejrzeń.
Mikołaj i jego kolega Michał w dniu zabójstwa malowali mieszkanie na tym samym piętrze, na którym mieszkały zamordowane kobiety. Po pracy Mikołaj zniknął. Gdy Duszkin go wypytywał, Mikołaj uciekł. Złapano go przy rogatce, gdy próbował się powiesić w komórce. Przyznał się, że znalazł kolczyki nie na ulicy, ale w mieszkaniu, które malowali - leżały za drzwiami w papierze. Twierdzi, że tego dnia bawił się z Michałem - pomazali się farbą, gonili się po schodach, przewrócili się w bramie na oczach wielu świadków, w tym stróża. Potem wrócił do mieszkania po rzeczy i wtedy znalazł pudełeczko.
Raskolnikow nagle zrywa się, słysząc, że kolczyki leżały „za drzwiami” i krzyczy: „Za drzwiami? Za drzwiami leżało?” - po czym opada z powrotem na poduszkę. Razumichin tłumaczy to sennym majaczeniem. Razumichin dowodzi, że Mikołaj jest niewinny. Jego główny argument: w momencie, gdy ciała były jeszcze ciepłe (5-10 minut po morderstwie), Mikołaj i Michał bawili się jak dzieci, bili się dla żartu, tarzali po ziemi w bramie na oczach dziesięciu świadków. To psychologicznie niemożliwe, żeby zaraz po dokonaniu morderstwa zachowywać się w ten sposób. Według Razumichina prawdziwy morderca schował się w pustym mieszkaniu, gdy Koch poszedł po stróża, przeczekał tam, gdy Mikołaj z Michałem wybiegli, a potem spokojnie wyszedł. Pudełko z kolczykami wypadło mu z kieszeni, kiedy stał za drzwiami.
Zosimow jest sceptyczny - uważa, że wszystko układa się „za pomyślnie, jak w teatrze”. Dyskutują o tym, czy sąd przyjmie dowody psychologiczne przeciwko dowodom rzeczowym. Razumichin jest przekonany, że powinni uwolnić Mikołaja, ale przyznaje że nikt nie widział go w mieszkaniu w czasie, gdy Koch i Piestrjakow szli na górę - co osłabia jego alibi.
Rozdział kończy się, kiedy do pokoju wchodzi nowa, nikomu nieznana osoba - to zapowiedź kolejnego ważnego momentu w fabule. Napięcie rośnie, bo Raskolnikow zdradził swoją wiedzę o tym, gdzie leżały kolczyki, co mogło wzbudzić podejrzenia.
Część druga, Rozdział V
Do pokoju wchodzi elegancki mężczyzna około 45 lat - to Piotr Pietrowicz Łużyn, narzeczony Duni. Jest wyraźnie zgorszony nędzną „kajutą morską” Raskolnikowa, z niedowierzaniem i odrazą ogląda ciasną, niską izdebkę i jej mieszkańców - chorego, nieubranego Raskolnikowa na brudnej sofie oraz rozczochranego Razumichina. Po chwili napięcia zmiękcza nieco i przedstawia się, pytając o Raskolnikowa.
Łużyn jest starannie ubrany w nowe, eleganckie ubranie prosto od krawca - jasny letni żakiet kawowego koloru, jasne spodnie, wykwintny kapelusz, prawdziwe jelonkowe rękawiczki od Jovina. Wszystko zbyt nowe i zbyt wyraźnie przygotowane na spotkanie z narzeczoną. Ma ciemne faworyty w kształcie kotletów, gładko wygolony podbródek, włosy ufryzowane u fryzjera. Twarz świeża, która wydaje się młodsza niż jego 45 lat, ale jest w niej coś odpychającego.
Łużyn wyjaśnia, że matka Raskolnikowa pisała do niego list jeszcze będąc u nich, a on po przyjeździe do Petersburga czekał kilka dni, żeby dać czas na zapoznanie się z wiadomościami. Jest zdziwiony, że Raskolnikow wydaje się nie znać jego nazwiska. Mówi, że wynajął mieszkanie dla matki i siostry Raskolnikowa u Bakalejewa na Wozniesieńskim prospekcie. Razumichin od razu krytykuje to miejsce jako „dziury szkaradne, błoto, smród i miejsce podejrzane”. Sam Łużyn mieszka tymczasowo w numerach u pani Lippewechsel, u swojego młodego przyjaciela Andrieja Liebieziatnikowa.
Rozpoczyna się dyskusja o postępie i nowych ideach. Łużyn chwali młode pokolenie, które przynosi nowe, pożyteczne myśli zamiast „dawnych marzycielskich i romantycznych”. Wykłada swoją teorię ekonomicznego egoizmu: dawniej uczono „kochaj bliźniego”, co prowadziło do tego, że „darłem szatę na pół”. Teraz nauka mówi: „kochaj przede wszystkim samego siebie, bo wszystko na świecie opiera się na interesie osobistym”. Pracując wyłącznie dla siebie, pracuje się tym samym dla wszystkich dzięki dobrobytowi powszechnemu.
Raskolnikow prowokacyjnie stwierdza: „Niech pan konsekwentnie przeprowadza swoje rozumowanie do końca, to okaże się, że każdy ma prawo mordować, o ile mu to jest na rękę!” Łużyn protestuje, że teorie ekonomiczne nie uprawniają do morderstw. Raskolnikow atakuje go dalej, pytając, czy to prawda, że woli ożenić się z biedną dziewczyną, bo będzie łatwiej ją tyranizować.
Łużyn, wzburzony, odpowiada, że Raskolnikow przekręca sens jego słów i że widocznie słyszał o nim nieprawdziwe rzeczy. Dodaje, że matka Raskolnikowa ma „zanadto romantyczne zapatrywania”. To wywołuje furię Raskolnikowa, który zrywa się z łóżka i grozi: „jeżeli pan jeszcze raz ośmielisz się wspomnieć bodaj jedno słówko o mojej matce, to pana na łeb strącę ze schodów!”. Łużyn blednie, gryzie wargi i mówi, że już dawniej domyślał się nieżyczliwości Raskolnikowa, ale teraz nigdy mu tego nie przebaczy. Raskolnikow krzyczy „Wynoś się pan do diabła!”, Łużyn wychodzi urażony.
Po jego wyjściu Raskolnikow wpada w szał: „Daj mi spokój, dajcie mi wszyscy spokój! Ja się was nie boję! Nikogo nie boję się teraz! Precz ode mnie! Chcę być sam!”. Zosimow daje znak Razumichinowi i wychodzą. Na schodach Zosimow mówi, że nie można drażnić chorego, że Raskolnikow ma „coś na wnętrzu, coś co go ciąży” i bardzo się tego boi. Zauważa też, że Raskolnikowa nic nie interesuje oprócz jednego punktu - morderstwa, które go zajmuje i przestrasza. Razumichin zostaje, żeby czuwać przez Nastasję. Gdy ta pyta Raskolnikowa, czy chce herbaty, on każe jej odejść, mówiąc że chce spać i konwulsyjnie odwraca się do ściany.
Część druga, Rozdział VI
Gdy Nastasja wychodzi, Raskolnikow zamyka drzwi na haczyk i zaczyna się ubierać w nowe ubranie przyniesione przez Razumichina. Ogarnia go dziwny spokój - nie ma już półszalonej maligny ani panicznego strachu. „Dziś jeszcze, dziś!” - szepcze, czując, że musi „wszystko zakończyć za jednym razem”. Bierze 25 rubli ze stołu i wymyka się niezauważony.
Jest ósma wieczorem, słońce zachodzi. Z chciwością wdycha duszne, zakażone miejskie powietrze. Nie wie dokładnie, dokąd idzie, wie tylko, że musi wszystko zakończyć, bo „tak żyć nie chce”. Kieruje się na Plac Sienny, gdzie zatrzymuje się przy młodym kataryniarzu i piętnastoletniej śpiewaczce. Daje dziewczynie 5 kopiejek, potem dziwnie zagaduje przechodnia o tym, że lubi słuchać katarynki „w chłodny, ciemny i wilgotny dzień jesienny, gdy przechodnie mają bladozielone twarze”. Mężczyzna, przestraszony, odchodzi.
Na placu pyta chłopca o kramik mieszczanina i jego żony (tych, którzy rozmawiali z Lizawietą przed morderstwem). Wchodzi w zaułek prowadzący do knajp i domów publicznych. Przed jednym z nich grupa prostytutek - niektóre czterdziestoletnie, inne siedemnastoletnie, prawie wszystkie z podbitymi oczami. Jedna młoda dziewczyna, Duklida, prosi go o 6 kopiejek na wódkę. Daje jej 15 kopiejek. Inna prostytutka, piegowata, cała w sińcach, mówi, że ze wstydu zapadłaby się pod ziemię, gdyby musiała żebrać.
Raskolnikow przypomina sobie cytat o skazańcu, który wolałby żyć na skale szerokiej na stopę, otoczony przepaściami i wieczną burzą niż umrzeć. „Byleby żyć, żyć i żyć! Wszystko jedno jak żyć, byle żyć!” - myśli. „Podły człowiek! I podłym jest ten, kto go podłym nazywa”.
Wchodzi do restauracji „Pałac Kryształowy” i zamawia herbatę oraz stare gazety sprzed 5 dni. Gorączkowo szuka wiadomości o morderstwie staruchy lichwiarki. Nagle przy jego stoliku siada Zamietow - referent z komisariatu, elegancko ubrany, z pierścionkami i łańcuszkami, lekko pijany po szampanie. Raskolnikow prowadzi z nim dziwną, prowokacyjną rozmowę. Mówi, że czytał o morderstwie lichwiarki, „tej samej, o której mówili w cyrkule, gdy zemdlałem”.
Opowiada Zamietowowi, jak by wymieniał fałszywe banknoty - liczył każdy kilka razy, podnosił do światła, opowiadał zmyślone historie, doprowadzając kasjera do szewskiej pasji. Potem mówi, jak by ukrył ukradzione rzeczy - znalazłby w ustronnym miejscu duży kamień, podniósł go, schował łup w zagłębieniu i przywalił kamieniem. „Przez rok bym nie brał, dwa lata, trzy lata - no i szukajcie!”.
Nagle nachyla się do Zamietowa i szepcze: „A co, jeślim to ja zabił starą lichwiarkę i Lizawietę?”. Po chwili wybucha nerwowym śmiechem. Zamietow jest przerażony i zdezorientowany. Raskolnikow rzuca na stół pieniądze i mówi: „widzisz pan ile pieniędzy! Czerwone, niebieskie, 25 rubli. Skąd? A skąd nowe ubranie?” i wychodzi.
Na ulicy wpada na Razumichina, który jest wściekły, że uciekł z łóżka. Szukali go wszędzie, nawet pod sofą i na strychu. Raskolnikow mówi mu, że ma go wszystkiego dość, że chce być sam, że nie potrzebuje jego dobrodziejstw. „Odczepcie się wszyscy ode mnie!” - krzyczy. Razumichin w końcu go puszcza, ale zaprasza na swoje parapetówki u Poczinkowa nr 47. Raskolnikow odmawia i odchodzi.
Staje na moście i patrzy na zachód słońca nad Newą. Nagle obok niego jakaś kobieta w chustce, z żółtą twarzą i czerwonymi oczami, opiera się o barierkę i rzuca do kanału. To Fruzia - pijana mieszczanka, która już raz próbowała się powiesić. Policjant wyciąga ją z wody. Raskolnikow patrzy na to z dziwnym uczuciem obojętności. „Nie, brzydko... woda... nie warto” - myśli. Postanawia iść do cyrkułu i wszystko wyznać.
Po drodze jednak skręca i trafia pod dom zamordowanej lichwiarki. Wchodzi na trzecie piętro - drzwi mieszkania są otwarte, w środku robotnicy odnawiają mieszkanie, naklejają nowe tapety białe w liliowe kwiaty zamiast żółtych. Raskolnikow siada na parapecie, słucha rozmowy robotników o modzie. Potem wstaje, idzie do drugiej izby, gdzie było łóżko staruchy, wraca i nagle chwyta za dzwonek i dzwoni - ten sam blaszany dźwięk. Dzwoni drugi, trzeci raz. „Dawne, męczące, straszne uczucie zaczynało mu się przypominać, drżał przy każdym uderzeniu i robiło mu się coraz przyjemniej”.
Robotnicy są przerażeni jego zachowaniem. Raskolnikow mówi, że chce wynająć mieszkanie, pyta „Krwi nie ma? Tu lichwiarkę zabito z siostrą. Tu była cała kałuża”. Mówi robotnikom „Chodźmy do cyrkułu, tam wszystko powiem”. Schodzą na dół, przy bramie Raskolnikow rozmawia ze stróżami. Mieszczanin mówi, żeby go zabrać na komisariat. Raskolnikow prowokacyjnie pyta „Zląkłeś się cyrkułu?”. Duży stróż chwyta go za kark i wyrzuca na ulicę.
Raskolnikow zastanawia się, czy iść na komisariat, czy nie. Nagle w oddali, przy końcu ulicy widzi tłum ludzi, jakiś ekwipaż, płomyk światła. „Co to takiego?” - myśli i kieruje się w stronę tłumu. „Chwytał się jakby wszystkiego i chłodno uśmiechnął się, bo już napewno postanowił być w cyrkule i wiedział, że zaraz wszystko się skończy”. Tu kończy się rozdział VI i cała część druga powieści, zostawiając czytelnika w ogromnym napięciu - co to za tłum? Czy Raskolnikow się przyzna? Co się stanie dalej?
Część druga, Rozdział VII
Raskolnikow widzi tłum na ulicy wokół eleganckiego powozu. Stangret tłumaczy, że jechał powoli, krzyczał ostrzeżenie trzy razy, ale pijany mężczyzna rzucił się wprost pod konie. Raskolnikow przeciska się przez tłum i rozpoznaje ofiarę - to Marmeładow! Twarz ma rozbitą, zmiażdżoną, z głowy sączy się krew.
Raskolnikow natychmiast przejmuje inicjatywę, podaje swój adres policjantom, oferuje zapłatę za lekarza i namawia, żeby zanieść rannego do jego mieszkania - tylko 30 kroków stamtąd, w domu Kozela. „Zawsze swoi go dojrzą, pomogą zaraz, a tak może umrzeć, zanim doczeka szpitala” - przekonuje. Wsuwa nawet pieniądze w łapę policjanta.
W mieszkaniu Marmeladowów panuje straszna nędza. Katarzyna Iwanowna, suchotnica o gorączkowo błyszczących oczach, rozmawia z 10-letnią Polą, opowiadając jej o dawnej świetności rodziny - jak na balu u marszałka tańczyła z szalem, jak książę Szczegolskij chciał się jej oświadczyć. Rozbiera małego synka do snu, najmniejsza córeczka Lidzia czeka w łachmanach. Nagle wnoszą zakrwawionego Marmeladowa.
Katarzyna Iwanowna z wściekłością krzyczy „Do czego doszło!”, ale zaraz krząta się przy mężu. Przychodzi lekarz-Niemiec, który stwierdza, że Marmeladow umrze za 5-10 minut - ma zmiażdżone piersi, złamane żebra, straszną plamę na sercu od kopyta. Przychodzi ksiądz z ostatnim namaszczeniem. Katarzyna Iwanowna klęka z dziećmi do modlitwy, ale gdy ksiądz mówi o przebaczeniu, wybucha: „Przebaczyć? Przyszedłby dziś pijany, gdyby go nie rozjechano! Dzięki Bogu, że umiera, mniej zachodów!”.
Nagle w drzwiach pojawia się Sonia - w jaskrawej sukni z ogonem, krynolinie, z parasolką i kapeluszem z czerwonym piórem. Przyszła ubrana „po ulicznemu”, jak prostytutka. Marmeladow ją rozpoznaje, krzyczy „Sonia! Córko! Przebacz!” - wyciąga do niej rękę, ale spada z kanapy. Umiera w jej objęciach. Raskolnikow daje Katarzynie Iwanownie 20 rubli i mówi, że był przyjacielem jej męża. Wychodząc, spotyka naczelnika cyrkułu, który go rozpoznaje. Zauważa krew na ubraniu Raskolnikowa. Ten odpowiada dziwnie: „Tak, powalałem się... cały jestem we krwi!" i uśmiecha się znacząco.
Na schodach dogania go mała Pola, którą przysłała Sonia, żeby zapytać, jak się nazywa i gdzie mieszka. Raskolnikow jest wzruszony dziewczynką - rozmawia z nią czule, dowiaduje się, że ojciec najbardziej kochał najmłodszą Lidzię „bo była chora i mała”. Pola obiecuje modlić się za „nieszczęśliwego Rodiona” przez całe życie. Całuje go na pożegnanie.
Raskolnikow idzie na most - to samo miejsce, gdzie wcześniej kobieta skoczyła do kanału. Czuje nagły przypływ życia i siły: „Dość! Precz złudzenia, precz mary! Jest życie! Nie umarło moje życie wraz ze starą lichwiarką! Królestwo rozsądku i światła teraz i woli i siły!”. Czuje się jak skazaniec, któremu dano ułaskawienie. „Może żyć, jest jeszcze życie!”
Idzie do Razumichina na parapetówki. Ten jest pijany, uradowany jego przybyciem. Opowiada, że Zamietow wszystko mu powiedział o dziwnej rozmowie w „Pałacu Kryształowym”. Zosimow podejrzewa, że Raskolnikow ma chorobę umysłową, ale Razumichin się z tego śmieje. Mówi, że porucznik Proch się wstydzi, że podejrzewał Raskolnikowa, że Zamietow jest „zmiażdżony” tym, jak go Raskolnikow wyprowadził w pole, udając mordercę.
Gdy wracają do mieszkania Raskolnikowa, widzą światło w jego pokoju. Wchodzą - na sofie siedzą matka i siostra! Przyjechały z prowincji, czekają już półtorej godziny, wypytywały Nastasję o wszystko. Rzucają się do niego z radością, całują go, płaczą. Ale dla Raskolnikowa to straszny cios - „niespodziewana i okropna rzeczywistość uderzyła w niego jak piorun”. Nie może podnieść rąk, żeby je objąć, robi krok i pada zemdlony.
Razumichin uspokaja przerażone kobiety, mówi, że to nic, że Raskolnikow jest już prawie zdrowy. Układa go na sofie. Matka i siostra patrzą na Razumichina jak na Opatrzność - słyszały już od Nastasji, ile dobrego zrobił dla chorego Rodiona. Tak kończy się część druga - Raskolnikow w momencie, gdy czuł przypływ sił i nadziei, zostaje skonfrontowany z rodziną, przed którą będzie musiał ukrywać swoją straszną tajemnicę.
Część trzecia, Rozdział I
Raskolnikow odzyskuje przytomność i siada na sofie. Słabym gestem każe Razumichinowi przestać pocieszać matkę i siostrę, bierze je za ręce i przez chwilę w milczeniu wpatruje się to w jedną, to w drugą. W jego wzroku widać straszne cierpienie, ale też coś nieruchomego, prawie szalonego. Matka płacze ze strachu. Raskolnikow każe im iść do domu z Razumichinem, mówiąc, że zobaczy się z nimi jutro. Gdy matka protestuje, że chce przy nim zostać, on z rozdrażnieniem woła: „Nie męczcie mnie! Nie mogę, nie mogę!” Razumichin obiecuje przy nim zostać i przyprowadzić lekarza.
Nagle Raskolnikow zwraca się do Duni z ultimatum: „Ja sobie nie życzę tego związku, dlatego powinnaś zaraz jutro przy pierwszym słowie odmówić Łużynowi”. Gdy Dunia protestuje, on mówi ostro: „Ten związek to podłość. Niech ja będę podlecem, ale ty nie powinnaś... Albo ja, albo Łużyn!”. Razumichin krzyczy, że to maligna, że Raskolnikow jest chory. Matka upiera się, że zostanie, ale Razumichin przekonuje obie kobiety, żeby poszły i mówi, że chory może uciec albo zrobić sobie krzywdę. Obiecuje, że za kwadrans przyniesie im wiadomości, potem przyprowadzi doktora Zosimowa. Wyprowadza je na ulicę.
Razumichin jest wyraźnie pijany, ale jednocześnie oczarowany Dunią. Gdy idą ulicą, ściska boleśnie ręce obu kobiet, pożera wzrokiem Dunię, gada bez ładu i składu. Nagle pada na kolana na środku chodnika i mówi, że chce ucałować ich ręce, że są „źródłem dobroci i doskonałości”. Krytykuje Łużyna, że wynajął im tak nędzne pokoje w domu Bakalejewa, nazywa go podlcem i spekulantem.
Razumichin rozwodzi się nad tym, jak ludzie powinni „kłamać po swojemu”, a nie powtarzać cudzych prawd. „Zełgać po swojemu to prawie lepsze niż prawda po cudzemu - w pierwszym wypadku jesteś człowiekiem, w drugim ledwie ptakiem!”. Zostawia kobiety w ich pokoju i obiecuje wrócić za kwadrans. Razumichin wraca punktualnie z wiadomością, że Raskolnikow śpi spokojnie, przy nim czuwa Nastasja. Po godzinie przyprowadza doktora Zosimowa. Ten początkowo niechętny (nie ufa pijanemu Razumichinowi), zostaje ujęty powagą sytuacji i urodą Duni, choć stara się na nią nie patrzeć.
Zosimow uspokaja matkę - mówi, że stan chorego jest zadowalający, że choroba ma przyczyny nie tylko fizyczne, ale i moralne - „produkt wielu wpływów moralnych, niepokojów, obaw, trosk, pewnych idei”. Na pytanie o podejrzenia utraty zmysłów odpowiada, że owszem, widać u chorego „jakąś myśl nieruchomą, coś zdradzającego monomanię”, ale przyjazd rodziny powinien go wzmocnić, jeśli uniknie się „nowych silnych wstrząsów”.
Po wyjściu na ulicę Zosimow mówi do Razumichina, że Dunia jest „czarująca”. Ten wpada w furię, chwyta go za gardło i grozi. Potem się uspokaja i mówi „jestem osioł, ale ty również”. Namawia Zosimowa, żeby nocował u gospodyni Praskowii Pawłowny, opisuje ją jako nieśmiałą, wstydliwą wdowę, która potrzebuje tylko, żeby ktoś przy niej siedział i rozmawiał. „Tu tkwi pierzynowy pierwiastek - pęp ziemi, esencja blinów, samowaru wieczorowego!”. Razumichin obiecuje czuwać nad Raskolnikowem, będzie go sprawdzał w nocy. Prosi Zosimowa, żeby go obudził, gdyby zauważył coś niepokojącego u chorego.
Rozdział pokazuje dramatyczne spotkanie rodziny - Raskolnikow jest rozdarty między miłością do matki i siostry a niemożnością zniesienia ich obecności w swoim obecnym stanie. Jego kategoryczny sprzeciw wobec małżeństwa Duni z Łużynem pokazuje, że mimo choroby zachował silną wolę i poczucie honoru rodzinnego. Razumichin ujawnia się jako oddany, choć ekscentryczny przyjaciel, zakochany od pierwszego wejrzenia w Duni.
Część trzecia, Rozdział II
Razumichin budzi się rano o ósmej pełen wstydu za wczorajsze zachowanie. Pamięta wszystko dokładnie - jak po pijanemu zakochał się w Duni, jak źle mówił o jej narzeczonym Łużynie, jak pada na kolana na ulicy. „Nędzny i marny” - myśli o sobie. Postanawia milczeć i tylko wypełnić swój obowiązek wobec nich.
Starannie się myje i czyści ubranie - choć ma tylko jeden garnitur, chce wyglądać przyzwoicie. Zastanawia się, czy się ogolić, ale decyduje, że nie - ”gotowi by pomyśleć, żem się ogolił dla nich!”. Rozmyśla gorzko o tym, jak jest „ordynarny i brudny” w porównaniu z panną Eudoksją.
Przychodzi Zosimow, który nocował u gospodyni. Mówi, że Raskolnikow śpi spokojnie. Razumichin wyznaje mu, że po pijanemu wygadał się wczoraj o podejrzeniach Zosimowa, że Raskolnikow może mieć „bzika”. Zosimow wyjaśnia, że dopiero teraz rozumie, co się stało - Raskolnikowa, hipochondryka z wściekłą ambicją, podejrzewano o morderstwo, gdy był chory i w łachmanach. „W tym właśnie tkwi może cały rdzeń choroby!”.
Razumichin idzie do hotelu Bakalejewa, gdzie mieszkają matka i siostra. Panie czekają na niego od świtu w gorączkowym niepokoju. Jest zawstydzony, składa niezgrabny ukłon. Ale przyjmują go z wielką wdzięcznością - Pulcheria Aleksandrowna chwyta go za ręce, Dunia patrzy z szacunkiem zamiast spodziewanej pogardy.
Opowiada im o Raskolnikowie przez trzy kwadranse. Charakteryzuje go: „smutny, ponury, hardy i dumny, podejrzliwy i hipochondryk. Wspaniałomyślny i dobry. Uczuć swoich wypowiadać nie lubi... Czasami zimny i nieczuły aż do nieludzkości, jakby miał w sobie dwa wprost przeciwne charaktery”. Mówi, że Rodion nikogo nie kocha i może nigdy nie pokocha. Dunia zauważa, że jest podobna do brata „nawet we wszystkim”. Matka opowiada, że półtora roku temu Raskolnikow chciał ożenić się z córką gospodyni Zarnicynej. Razumichin mówi, że słyszał, iż była „szpetna i dziwna”, choć musiała mieć jakieś zalety. Dunia krótko stwierdza: „Jestem pewna, że to była zacna panienka”.
Pulcheria Aleksandrowna pokazuje list od Łużyna. Ten pisze, że nie może się z nimi spotkać rano z powodu spraw w senacie, ale przyjdzie wieczorem o ósmej. Stawia ultimatum: „ośmielam się dołączyć uprzejmą i muszę dodać stanowczą prośbę, ażeby przy naszym wspólnym spotkaniu nie było pana Rodiona”. Grozi, że jeśli spotka Raskolnikowa, natychmiast odejdzie.
Donosi też, że widział, jak Raskolnikow dał 20-25 rubli „córce roztratowanego końmi pijaka, dziewczynie lekkich obyczajów”. Dodaje złośliwie, że wie „ile trudów kosztowało panią zebranie tej sumy”.
Matka jest zrozpaczona - co robić? Jak powiedzieć Rodziowi, żeby nie przychodził? Dunia jednak stanowczo mówi, że Rodion powinien przyjść, że to „niezbędne, żeby się koniecznie spotkali”. Razumichin popiera Dunię. Zauważa ubóstwo kobiet - Dunia ma podarte rękawiczki, ale „ta krzycząca niezamożność nadawała obydwu paniom pozór szczególnej godności”. Myśli, że Dunia wygląda jak królowa, która w więzieniu reperowała pończochy.
Idą do Raskolnikowa. Matka jest przerażona: „czyż mogłam myśleć, że się będę bała spotkania z synem!”. Razumichin radzi, żeby go nie badać zbytnio, gdy się chmurzy, szczególnie o zdrowie - „nie lubi”. Po drodze matka opowiada, że jej się śniła nieboszczka pani Marta Pietrowna (żona Swidrigajłowa) „cała w bieli, kiwała głową srogo jakby potępiała”. Wspomina, że Marta umarła nagle. Gdy wchodzą na trzecie piętro, widzą, że drzwi gospodyni są uchylone, „dwa bystre czarne wejrzenia oglądają je z ciemności”. Gdy spojrzenia się krzyżują, drzwi trzaskają z takim hałasem, że matka prawie krzyczy ze strachu.
Rozdział pokazuje przygotowania do trudnego spotkania rodzinnego. List Łużyna ujawnia jego podłość - donosi na Raskolnikowa, stawia ultimatum, próbuje skłócić rodzinę. Dunia jednak mądrze decyduje, że brat powinien być obecny na spotkaniu. Razumichin jest coraz bardziej zakochany w Duni, podziwia jej godność mimo ubóstwa.
Część trzecia, Rozdział III
Raskolnikow przyjmuje matkę i siostrę już prawie zdrowy, starannie umyty i uczesany, co mu się dawno nie zdarzało. Jest jednak blady, ponury, mówi niechętnie, jakby z obowiązku. Wygląda „jak człowiek ranny albo znoszący dotkliwy ból fizyczny”. Zosimow zauważa, że zamiast radości z widzenia rodziny, Raskolnikow zdradza „ciężkie ukryte postanowienie zniesienia nowych tortur”.
Zosimow radzi mu znaleźć zajęcie i cel w życiu: „praca i jasno wytknięty cel mogłyby panu przynieść znakomitą ulgę”. Raskolnikow ironicznie odpowiada, że wróci na uniwersytet i „wszystko pójdzie jak po maśle”. Matka dziękuje lekarzowi za wczorajsze odwiedziny w hotelu. Raskolnikow tłumaczy że oddał pieniądze wdowie po urzędniku: „suchotnica, troje maleńkich sierot, głodne, w domu pustki”. Przeprasza matkę, ale dodaje cynicznie po francusku: „Crevez chiens, si vous n'êtes pas contents” (Zdychajcie psy, jeśli nie jesteście zadowoleni). Gdy Dunia protestuje, mówi do niej złośliwie: „ty też miewasz porywy!”.
Matka wspomina, że Marta Pietrowna (żona Swidrigajłowa) nagle umarła. Dostała apopleksji w łaźni tego samego dnia, gdy Swidrigajłow ją pobił. Raskolnikow pyta z irytacją: „po co mi mama o takich głupstwach opowiada?”. Dunia przyznaje otwarcie: „Rzeczywiście się ciebie boimy. Mama, wchodząc na schody, aż się żegnała ze strachu”.
Nagle Raskolnikow zaczyna mówić o swojej dawnej miłości - córce gospodyni Zarnicynej, która umarła: „Była to taka chorowita dziewczyna, lubiła biednych wspierać i o klasztorze marzyła. Brzydactwo było takie... Gdyby była kulawa lub garbata, jeszcze bardziej bym się przywiązał do niej”. Dunia mówi, że to nie była tylko „wiosenna gorączka”. Raskolnikow całuje matkę i mówi dziwnie: „patrzę na was jakby z odległości tysiąca wiorst”.
Wraca do głównego tematu - małżeństwa Duni z Łużynem. Powtarza ultimatum: „Albo ja, albo Łużyn. Niech ja będę podły, ty być nie powinnaś”. Dunia tłumaczy, że nie robi z siebie ofiary, tylko „z dwojga złego wybiera mniejsze” i będzie wypełniać uczciwie wszystko, czego Łużyn zażąda. Raskolnikow oskarża ją, że się sprzedaje za pieniądze.
Dunia mówi ostro: „Choćbym istotnie zdecydowana była na podłość, to czyż godzi się tobie tak nielitościwie mówić ze mną? Dlaczego żądasz ode mnie bohaterstwa, którego być może sam nie posiadasz? To despotyzm, to gwałt! Jeżeli skrzywdzę kogoś, to tylko siebie samą... Przecież jeszcze nikogo nie zarżnęłam!”. Raskolnikow blednie, prawie mdleje.
Matka pokazuje mu list od Łużyna. Ten stawia ultimatum - przyjdzie wieczorem o ósmej, ale pod warunkiem, że nie będzie Raskolnikowa. Grozi, że jeśli go spotka, natychmiast odejdzie. Donosi też, że Raskolnikow dał pieniądze „córce rozjechanego pijaka, dziewczynie lekkich obyczajów”. Raskolnikow analizuje list, zwraca uwagę na groźbę „miejcie żal do samych siebie” i styl „sądowy, urzędowy”. Mówi, że Łużyn chce go oczernić i poróżnić z rodziną. Ostrzega Dunię: „nie sądzę, żeby on zbytnio cię szanował”.
Dunia jednak już podjęła decyzję - prosi brata, żeby koniecznie był obecny na wieczornym spotkaniu. „Postanowiłam cię prosić, Rodziu, usilnie prosić, abyś koniecznie był u nas dzisiaj przy tym spotkaniu”. Raskolnikow zgadza się przyjść. Zaprasza też Razumichina.
Matka z ulgą mówi: „Aż mi lżej; nie lubię udawać i kłamać; lepiej kierujmy się wszyscy prawdą... Gniewaj się teraz, panie Piotrze!”.
Rozdział pokazuje ogromne napięcie między Raskolnikowem a rodziną. Jest rozdarty - kocha matkę i siostrę, ale nie może znieść ich obecności w swoim obecnym stanie. Dunia okazuje się silną osobowością, która potrafi przeciwstawić się bratu. Scena z listem Łużyna przygotowuje grunt pod wieczorne starcie.
Część trzecia, Rozdział IV
Do pokoju wchodzi nieśmiało młoda dziewczyna - to Sonia Marmeladowa, córka zmarłego urzędnika. Raskolnikow nie poznaje jej od razu - wczoraj widział ją w jaskrawym stroju prostytutki, dziś jest skromnie ubrana „prawie jak dziecko” w prostą sukienkę i stary kapelusz. Widząc pełny pokój, chce uciec ze wstydu. Raskolnikow zatrzymuje ją i przedstawia matce i siostrze jako „córkę tego nieszczęśliwego pana Marmeladowa, którego wczoraj rozjechały konie”. Matka przygląda się jej z lekkim przymrużeniem oczu, Dunia patrzy poważnie i uważnie. Sonia jest strasznie zawstydzona, że siedzi przy damach.
Sonia prosi Raskolnikowa, żeby przyszedł jutro na nabożeństwo żałobne do cerkwi św. Mitrofana, a potem na stypę. Mówi, że matka kazała podziękować za pomoc - „bez pana nie byłoby za co pochować”. Raskolnikow pyta, czy starczy im pieniędzy. Sonia tłumaczy, że wszystko będzie skromne, ale matka koniecznie chce urządzić pominki - „to jej pociecha”. Raskolnikow zauważa, że Sonia patrzy na jego nędzną izdebkę i mówi: „Pan nam wszystko wczoraj oddał!” - wyrwało jej się to mimowolnie. Ma 18 lat, ale wygląda jak dziecko, „szczuplutka, bladziutka twarzyczka”, niebieskie jasne oczy, które gdy się ożywiają, nabierają wyrazu dobroci i prostoty.
Matka i Dunia wychodzą i zapraszają Raskolnikowa na obiad. Dunia, przechodząc obok Soni, składa jej „życzliwy, grzeczny i pełny ukłon”. Sonia jest tym zawstydzona, jakby uprzejmość Duni była dla niej „męczące i trudne do zniesienia”. Raskolnikow ożywia się, ściska mocno rękę siostry.
Po wyjściu matki i siostry Raskolnikow mówi Razumichinowi, że chce iść do Porfiriego Pietrowicza (śledczego prowadzącego sprawę morderstwa) w sprawie rzeczy, które zastawił u staruchy - pierścionek siostry i zegarek po ojcu. „Nie chciałbym, żeby przepadły, zwłaszcza zegarek. Matka zachoruje jeśli przepadnie”. Razumichin z entuzjazmem popiera ten pomysł. Sonia daje swój adres i wychodzi zawstydzona. Raskolnikow pyta, jak go znalazła - mówi, że dał wczoraj adres małej Poli. „Nigdy, nigdy nie doznawała niczego podobnego. Cały nowy świat bezwiednie i smutnie wszedł do jej duszy” - myśli narrator o Soni.
Gdy Sonia idzie ulicą, śledzi ją tajemniczy elegancki mężczyzna około 50 lat, dobrze zbudowany, z jasną brodą „spadającą jak łopata”. Słyszał, jak pytała o adres Raskolnikowa. Idzie za nią aż do jej mieszkania u krawca Kapernaumowa. Okazuje się, że mieszka w sąsiednim mieszkaniu u madame Reslich. „Sąsiadujemy ze sobą” - mówi wesoło. Sonia czuje się tym bardzo zaniepokojona.
Po drodze do Porfiriego Razumichin jest w dziwnym podnieceniu. Raskolnikow drażni go i mówi, że zauważył jego zakłopotanie, rumieńce, że się mył i czyścił paznokcie. „Romeo dziewięć werszków wzrostu!” - śmieje się. Razumichin jest wściekły, ale jednocześnie zawstydzony, bo rzeczywiście zakochał się w Duni.
Tuż przed wejściem do mieszkania Porfiriego Raskolnikow celowo rozśmiesza Razumichina tak, żeby weszli, śmiejąc się głośno - chce sprawiać wrażenie beztroskiego. „Z pokojów można było usłyszeć, że weszli, śmiejąc się”. To część jego planu, jak zachować się przed śledczym.
„Ani słowa tutaj albo cię zmiażdżę!” - szepcze wściekły Razumichin, chwytając go za rękę przed drzwiami Porfiriego.
Rozdział pokazuje kontrast między pokorną, zawstydzoną Sonią a Raskolnikowem, który manipuluje wszystkimi. Wprowadza też tajemniczą postać, która śledzi Sonię (później okaże się, że to Swidrigajłow). Scena przed wizytą u śledczego buduje napięcie - Raskolnikow wie, że musi doskonale grać swoją rolę.
Część trzecia, Rozdział V
Raskolnikow i Razumichin wchodzą do mieszkania Porfiriego Pietrowicza i śmieją się głośno - Raskolnikow celowo rozśmieszył przyjaciela, żeby sprawiać wrażenie beztroskiego. Razumichin przypadkiem przewraca stolik ze szklanką. W pokoju jest też Zamietow, co nieprzyjemnie zaskakuje Raskolnikowa.
Porfirij Pietrowicz to 35-letni mężczyzna niskiego wzrostu, pełny, z brzuszkiem, ogolony, z okrągłą głową. Ma cerę żółtawą, twarz dobroduszną, ale oczy z „łzawym odcieniem” i białymi rzęsami, które „mrugają, jakby kiwały na kogo”. Jest ubrany po domowemu w szlafroku. Raskolnikow tłumaczy, że przyszedł w sprawie rzeczy, które zastawił u zamordowanej lichwiarki - pierścionek siostry i zegarek po ojcu. Chce tylko zgłosić, że są jego, na wypadek, gdyby się znalazły. Porfirij mówi dziwnie: „Pańskie rzeczy w żadnym razie nie mogły przepaść. Wszak ja już tu oddawna czekam na pana”. Rzeczy były podpisane nazwiskiem Raskolnikowa. „Prawie wszyscy dłużnicy są nam znani i tylko pan jeden nie raczył zgłosić się dotąd”.
Nagle Porfirij wspomina, że czytał artykuł Raskolnikowa o zbrodni. Raskolnikow jest zaskoczony - nie wiedział, że jego artykuł został opublikowany. Porfirij mówi o głównej tezie: „że istnieją pewne typy które mogą... mają prawo popełniać wszelkie zbrodnie i występki, osobniki nie podlegające prawu”.
Raskolnikow wyjaśnia swoją teorię: ludzie dzielą się na zwyczajnych (materiał służący do płodzenia) i niezwyczajnych (mających dar powiedzenia nowego słowa). Ci drudzy mają prawo „przekroczyć przez krew”, jeśli tego wymaga ich idea. Przywołuje przykłady: Newton, Kepler, Likurg, Napoleon - wszyscy byli „przestępcami” bo tworząc nowe prawo, obalali stare. „Gatunek pierwszy jest zawsze panem teraźniejszości, gatunek drugi - panem przyszłości. Pierwsi konserwują świat, drudzy ruszają z posad bryłę świata”. Ludzie niezwyczajni rodzą się bardzo rzadko - może jeden na tysiąc czy dziesięć tysięcy.
Razumichin jest przerażony: „Ty z przekonania pozwalasz na krew! To straszniejsze niż pozwolenie oficjalne, prawne!”. Porfirij pyta podstępnie: czy pisząc artykuł Raskolnikow, nie uważał siebie za człowieka niezwyczajnego? „Gdybym przestąpił, to w każdym razie panu bym o tym nie powiedział” - odpowiada wyzywająco Raskolnikow. Zamietow nagle wtrąca: „Czy czasem nie jakiś przyszły Napoleon ciachnął naszą urzędniczkę toporem w zeszłym tygodniu?”.
Pod koniec Porfirij zastawia pułapkę - pyta, czy Raskolnikow przechodząc po schodach o ósmej (w dniu morderstwa), nie widział malarzy na drugim piętrze. Raskolnikow prawie wpada w pułapkę, ale przypomina sobie, że był tam trzy dni wcześniej, nie w dniu zbrodni. Razumichin ratuje sytuację, krzycząc: „Toć malarze robili w sam dzień zbrodni, a on był tam trzy dni przed tym!”. Porfirij udaje, że się pomylił: „Do licha, przy tej sprawie człowiek zmysły traci! Całkiem mi się pomieszało”. Ale Raskolnikow wie, że to była pułapka.
Wychodzą ponurzy. Raskolnikow „głęboko odetchnął”. Wie, że Porfirij go podejrzewa i że rozpoczęła się psychologiczna gra między nimi. „Wie” - przebiegło mu przez głowę, gdy Porfirij jakby mrugnął do niego. Rozdział jest mistrzowskim przykładem psychologicznego pojedynku - Porfirij udaje, ale zastawia pułapki, Raskolnikow stara się grać rolę niewinnego, ale jego teoria o „prawie do zbrodni” zdradza jego sposób myślenia. Napięcie narasta z każdą wymianą zdań.
Część trzecia, Rozdział VI
Po wyjściu od Porfiriego Razumichin nie może uwierzyć, że Raskolnikowa podejrzewają o morderstwo. Raskolnikow tłumaczy mu, że Porfirij nie ma dowodów, tylko „psychologię” i dlatego próbuje go zastraszyć. Razumichin proponuje, że sam pójdzie do Porfiriego i „wyciśnie go jak cytrynę”.
Nagle Raskolnikow mówi, że musi coś załatwić i zostawia Razumichina przed domem, gdzie czekają matka i siostra. Biegnie do swojego mieszkania w panice - przyszło mu do głowy, że jakiś przedmiot (łańcuszek, papierek) mógł wypaść z kieszeni, gdy chował łup i teraz leży jako dowód. Gorączkowo przeszukuje dziurę w tapecie, gdzie ukrył fanty. Niczego nie znajduje.
Gdy wychodzi, stróż pokazuje mu jakiegoś mieszczanina w chałacie, który pytał o niego. Mieszczanin patrzy na niego ponuro i wychodzi bez słowa. Raskolnikow dogania go na ulicy. Nagle mieszczanin mówi jedno słowo: „Zabójca!” i idzie dalej. Powtarza: „Tyś zabójca!” z triumfującym uśmiechem i odchodzi.
Raskolnikow wraca wstrząśnięty do mieszkania. Zaczyna gorączkowe rozmyślania - porównuje się do Napoleona który „gromił Tulon, wywołuje rzeź w Paryżu, traci pół miliona ludzi”. Śmieje się gorzko: „Napoleon, piramidy, Waterloo i chuda lichwiarka z czerwonym kufrem pod łóżkiem!”. Dochodzi do strasznego wniosku: „Nie człowieka zabiłem, zabiłem zasadę! Zasadę zabiłem, a przestąpić nie przestąpiłem, zostałem po tej samej stronie!”. Nazywa siebie „estetyczną wszą” - jest za słaby, żeby być prawdziwym „Napoleonem”.
Nagle traci przytomność. Budzi się na ulicy, jest wieczór. Widzi tego samego mieszczanina, który kiwa na niego. Idzie za nim - mieszczanin prowadzi go do domu, gdzie mieszkała lichwiarka! Wchodzą na trzecie piętro do tego samego mieszkania. Zaczyna się koszmarny sen: w mieszkaniu w kącie siedzi stara lichwiarka. Raskolnikow bije ją toporem po głowie, ale ona się śmieje! Im mocniej bije, tym głośniej się śmieje. Chce uciec, ale całe mieszkanie pełne jest ludzi, którzy patrzą i czekają w milczeniu.
Budzi się - ale drzwi jego pokoju są otwarte! Na progu stoi nieznajomy elegancki mężczyzna z jasną brodą, który mu się przygląda. To Swidrigajłow, mąż zmarłej Marty Pietrowny, dawny pracodawca Duni. „Mam zaszczyt się przedstawić - jestem Arkadiusz Swidrigajłow” - mówi spokojnie.
Na tym kończy się pierwszy tom powieści. Rozdział jest kulminacją psychologicznego napięcia - Raskolnikow zaczyna się załamywać, jego teoria o „prawie do zbrodni” okazuje się iluzją. Tajemniczy mieszczanin (świadek?) i przybycie Swidrigajłowa zapowiadają nowe komplikacje. Koszmarny sen, w którym ofiara się śmieje, symbolizuje niemożność uwolnienia się od zbrodni.
Część czwarta, Rozdział I
Raskolnikow budzi się i widzi przed sobą Swidrigajłowa - męża zmarłej Marty Pietrowny, dawnego pracodawcę Duni. Swidrigajłow przedstawia się spokojnie: przyszedł po to, żeby poznać Raskolnikowa osobiście oraz prosić o pomoc w spotkaniu z Dunią, która sama by go nie przyjęła.
Raskolnikow od razu atakuje go, mówiąc, że „prześladował bezbronną dziewczynę”. Swidrigajłow tłumaczy, że był zakochany, że może sam był ofiarą, że proponując Duni ucieczkę do Ameryki miał może najszlachetniejsze zamiary. „Rozsądek jest sługą namiętności” - mówi.
Rozmowa schodzi na temat śmierci Marty. Swidrigajłow przyznaje, że uderzył ją dwukrotnie szpicrutą, ale twierdzi, że ona była tym nawet „rada” - miała pretekst żeby pojechać do miasta. Mówi, że niektóre kobiety lubią być obrażane. Lekarze stwierdzili apopleksję po kąpieli i obiedzie z winem.
Nagle Swidrigajłow wyznaje że Marta „odwiedza go” - już trzy razy widziała ją jako widmo. Pierwszy raz w dzień pogrzebu, drugi na stacji kolejowej, trzeci dziś w jego pokoju. Za każdym razem mówi o drobiazgach - że zapomniał nakręcić zegar, pyta, czy postawić karty, pokazuje nową suknię. „To najgorsza cała kałuża” - mówi Raskolnikow.
Swidrigajłow rozwija dziwaczną teorię o zaświatach: „Widma to kawałki innych światów. Człowiek zdrowy ich nie widzi, ale gdy zachoruje, ma coraz więcej stosunków z innym światem”. Mówi, że wyobraża sobie wieczność jako „małą izdebkę jak wiejska bania, zakopconą, a we wszystkich kątach pająki”. Raskolnikow jest tym wstrząśnięty.
Przechodzi do głównego tematu - chce powstrzymać małżeństwo Duni z Łużynem. Uważa, że Dunia poświęca się dla rodziny. Oferuje jej 10 tysięcy rubli, żeby mogła zerwać z Łużynem: „sumienie mam spokojne, ofiaruję bez żadnych celów”. Chce to zrobić jako zadośćuczynienie za wyrządzone jej przykrości.
Raskolnikow odmawia przekazania tej propozycji. Swidrigajłow grozi, że sam spróbuje się z nią zobaczyć. Na koniec jednak ujawnia ważną informację: Marta Pietrowna zapisała Duni w testamencie 3 tysiące rubli, które może odebrać za 2-3 tygodnie. Swidrigajłow wspomina też, że może zamiast "wojażu" (podróży) się ożenić - już go swatają. Mieszka bardzo blisko Raskolnikowa. Wychodząc, mija w drzwiach Razumichina.
Rozdział pokazuje Swidrigajłowa jako postać złożoną i niepokojącą - cynicznego libertyna, który jednocześnie ma momenty dziwnej szczerości. Jego teoria o widmach i wieczności jako „bani z pająkami” oddaje nihilistyczną wizję świata. Pojawia się też motyw „podwójnika” - Swidrigajłow mówi, że czuje pokrewieństwo z Raskolnikowem („między nami jest coś wspólnego”).
Część czwarta, Rozdział II
Raskolnikow i Razumichin idą do matki i siostry, gdzie ma być spotkanie z Łużynem. Raskolnikow opowiada Razumichinowi o wizycie Swidrigajłowa i ostrzega, że trzeba strzec przed nim Dunię. Razumichin potwierdza, że widział Swidrigajłowa wyraźnie. Raskolnikow zaczyna się zastanawiać, czy to nie była halucynacja - „może istotnie zwariowałem”.
Razumichin opowiada o swojej wizycie u Porfiriego - nic nie osiągnął, chciał go zmusić do wyjaśnień, ale bez skutku. Mówi, że gdyby Raskolnikowowi groziło niebezpieczeństwo, to inna sprawa, ale skoro nie - „pal ich diabli, naśmiejemy się z nich potem!”. O ósmej przychodzi Łużyn. Jest sztywny i urażony, że jego rozkaz (żeby nie było Raskolnikowa) został złamany. Rozważa nawet, czy nie wyjść od razu, żeby ukarać kobiety, ale zostaje, bo chce wyjaśnień.
Dunia informuje go, że Swidrigajłow jest w Petersburgu. Łużyn opowiada mroczne historie o Swidrigajłowie - o samobójstwie głuchoniemej dziewczynki u niejakiej Reslich, o powieszeniu się lokaja Filipa. Dunia broni Swidrigajłowa, mówiąc, że Filip był melancholikiem, który „się zaczytał”. Raskolnikow nagle oznajmia, że Swidrigajłow był u niego i że Marta Pietrowna zapisała Duni 3 tysiące rubli w testamencie. Łużyn potwierdza, że to prawda.
Napięcie narasta. Łużyn domaga się wyjaśnień, dlaczego jego prośba została zlekceważona. Dunia stawia ultimatum: „Muszę wybierać między wami - on albo pan”. Chce, żeby się pogodzili. Łużyn odmawia, czuje się obrażony zestawieniem z „gwałtownym młodzieńcem”. Łużyn prosi matkę o wyjaśnienie, jak przedstawiła Raskolnikowowi jego teorię o małżeństwie z biedną dziewczyną. Raskolnikow atakuje go za pisanie kłamstw o Soni. Mówi prowokacyjnie: „Ze wszystkimi swymi godnościami nie wart jesteś paznokcia tej nieszczęśliwej dziewczyny”. Na pytanie, czy wprowadziłby ją do towarzystwa matki i siostry, odpowiada: „Zrobiłem to już - posadziłem ją dzisiaj obok matki i Duni”.
Łużyn czuje się coraz bardziej urażony, wspomina o zapisie 3 tysięcy od Marty, sugerując, że teraz, gdy kobiety nie są bezsilne finansowo, zmieniły ton. Złośliwie mówi o „sekretnych propozycjach Swidrigajłowa”, które mogą być dla Duni „przyjemne”. Dunia traci cierpliwość: „Panie Łużyn, proszę wyjść!”. Łużyn grozi: „Jeżeli wyjdę teraz, to już nigdy nie powrócę”. Dunia odpowiada: „Ależ ja nie chcę, żebyś pan powracał!”.
Łużyn w furii mówi, że „podniósł wydatki” i że wziął Dunię „pomimo pogłosek o jej reputacji”, że „rehabilitował ją” i może domagać się wdzięczności. Razumichin chce go pobić, Dunia nazywa go podłym. Raskolnikow podchodzi bardzo blisko i mówi cicho: „Racz pan wyjść i ani słowa więcej, bo inaczej...”. Łużyn wychodzi pełen nienawiści do Raskolnikowa, którego obwinia o wszystko. Schodząc po schodach, myśli, że sprawa z kobietami może jeszcze nie jest stracona.
Rozdział pokazuje ostateczne zerwanie z Łużynem, który ujawnia swoją prawdziwą, małostkową i podłą naturę. Dunia okazuje się silna i zdecydowana. Raskolnikow triumfuje nad Łużynem, ale jego obrona Soni i konfrontacyjna postawa budzą niepokój rodziny.
Część czwarta, Rozdział III
Po wyjściu Łużyna narrator analizuje jego psychikę. Łużyn do ostatniej chwili nie wierzył, że dwie biedne kobiety mogą wymknąć się spod jego władzy. Człowiek, który wydźwignął się z nicości, chorobliwie rozkoszował się sobą, cenił swój rozum i pieniądze, które „stawiały go na równi ze wszystkim co było wyższym”.
Łużyn od lat marzył o małżeństwie z biedną, piękną, wykształconą dziewczyną, która byłaby mu wdzięczna do końca życia. W Duni widział więcej, niż marzył - dumną, szlachetną pannę, która będzie mu „niewolniczo wdzięczna”. Planował przez nią wejść do wyższych sfer Petersburga. Teraz wszystko runęło. Obwinia Raskolnikowa i postanawia „zniszczyć tego młokosa”. Boi się też Swidrigajłowa.
W mieszkaniu wszyscy się cieszą z pozbycia się Łużyna. Dunia przeprasza, że dała się skusić jego pieniądzom. Matka szepcze „Bóg strzegł!”. Razumichin jest zachwycony - teraz może im służyć. Tylko Raskolnikow siedzi ponury i roztargniony. Raskolnikow opowiada o propozycji Swidrigajłowa - 10 tysięcy rubli dla Duni. Dunia jest tym bardzo zaniepokojona: „Musi mieć coś okropnego na myśli!”. Razumichin obiecuje, że będzie go śledzić.
Razumichin rozwija swój plan biznesowy - chce założyć wydawnictwo. Ma wuja, który pożyczy mu tysiąc rubli, kobiety dołożą drugie tysiąc z zapisu Marty. Będą tłumaczyć i wydawać książki. Zna się na tym, pracował dla wydawców, zna języki. „Zaczniemy od małego, dojdziemy do dużego!”. Dunia jest zainteresowana, Raskolnikow popiera pomysł. Nagle Raskolnikow wstaje i mówi, że musi iść. „Doprawdy, jakbyście mnie grzebali albo żegnali na wieki”. Mówi, że lepiej będzie, gdy się rozstaną na pewien czas: „Coby się ze mną nie stało, zginę czy nie, chcę być sam jeden. Zapomnijcie o mnie zupełnie!”.
Matka i siostra są przerażone. Dunia woła: „Co ty robisz z matką!”. On odpowiada, że przyjdzie, będzie przychodził. Dunia krzyczy: „Nieczuły, zły egoista!”. Razumichin broni go: „To wariat, a nie nieczuły! To wy nieczułe jesteście!”. Razumichin dogania Raskolnikowa na korytarzu. Ten mówi: „Bądź z nimi... zawsze. Ja może przyjdę, jeśli będę mógł”. Potem dodaje: „Raz na zawsze, nigdy o nic mnie się nie pytaj. Nie przychodź do mnie. Zostaw mnie, ale ich nie zostawiaj”.
Patrzą na siebie w milczeniu przy lampie. „Nagle Razumichin drgnął. Coś szczególnego przebiegło między nimi... jakaś myśl, hasło, coś strasznego i okropnego”. Razumichin bladnie jak trup. „Rozumiesz teraz?” - pyta Raskolnikow z chorobliwie wykrzywioną twarzą i odchodzi. Razumichin wraca do kobiet, uspokaja je, przysięga, że Rodion przyjdzie, że da mu najlepszego lekarza. „Od tego wieczoru Razumichin stał się u nich synem i bratem”.
Rozdział pokazuje kryzys Raskolnikowa, który czuje, że musi odizolować się od rodziny. Razumichin domyśla się prawdy o zbrodni (choć nie jest to wypowiedziane wprost). Łużyn planuje zemstę. Rodzina zostaje pod opieką Razumichina, który przejmuje rolę opiekuna.
Część czwarta, Rozdział IV
Raskolnikow idzie do Soni, która mieszka u krawca Kapernaumowa. Zastaje ją samą w jej nędznej izbie - dużej, ale bardzo niskiej, o nieforemnym kształcie, z jednym kątem tak ostrym, że ginął w ciemności, a drugim zbyt rozwartym. „Bieda wyglądała zewsząd”. Sonia jest zaskoczona i przerażona jego wizytą. Raskolnikow mówi, że przyszedł „po raz ostatni”, że może już jej nigdy nie zobaczy. Pyta, co będzie z rodziną Marmeladowych, gdy ona zachoruje. Brutalnie przepowiada śmierć Katarzyny Iwanowny i los dzieci: „Pójdą na ulicę, ona będzie kasłać i prosić i o ścianę tłuc głową”.
Sonia broni Katarzyny Iwanowny z pasją: „Ona szuka sprawiedliwości! Ona tak wierzy, że wszystko musi znaleźć sprawiedliwość. Jak dziecko!”. Raskolnikow mówi, że Katarzyna wkrótce umrze z suchot. Sonia wpada w rozpacz na myśl o losie dzieci. Nagle Raskolnikow klęka i całuje jej stopy. „Oddałem hołd nie tobie, lecz wszystkim cierpieniom ludzkim” - mówi. Nazywa ją „wielką grzesznicą”, która „niepotrzebnie zabiła i zaprzedała siebie”. Zastanawia się, co ją powstrzymuje od samobójstwa i dochodzi do wniosku, że to myśl o dzieciach i o Bogu.
Dostrzega na komodzie Nowy Testament, który Sonia dostała od Lizawiety (siostry lichwiarki!). Każe jej przeczytać fragment o wskrzeszeniu Łazarza. Sonia waha się - „Wszak pan nie wierzy?” - ale w końcu czyta z rosnącym wzruszeniem i triumfem, szczególnie słowa: „Jam jest zmartwychwstanie i żywot”. Czytając, myśli: „I on, on - także ślepy i niedowiarek, on także zaraz usłyszy, on także uwierzy!”. Gdy dochodzi do momentu wskrzeszenia Łazarza („Łazarzu, wynijdź z grobu!”) czyta głośno i uroczyście, „jakby sama widziała na własne oczy”.
Po czytaniu Raskolnikow mówi, że zerwał z rodziną i że Sonia jest teraz jedyną osobą, którą ma. „Razem przeklęci, więc pójdźmy razem!”. Mówi, że oboje „przekroczyli” - ona sprzedając swoje ciało, on... (nie kończy). ,Mogłabyś żyć duszą i rozumem, a skończysz na Siennym”. Mówi zagadkowo o władzy: „Wolność i władzę, nadewszystko władzę! Nad wszelkim drżącym stworzeniem i nad całym mrowiskiem!”. Na koniec obiecuje: „Jeżeli jutro nie przyjdę, usłyszysz sama o wszystkim. Jeżeli zaś przyjdę jutro, to powiem ci, kto zabił Lizawietę”.
Sonia jest przerażona: „A czy pan wie kto zabił?”. Raskolnikow odpowiada, że wie i powie tylko jej. „Wybrałem cię oddawna, żeby ci to powiedzieć, jeszcze gdy Lizawieta żyła”. Wychodzi, zostawiając Sonię w stanie bliskim obłędu. Ostatni akapit ujawnia, że przez cały czas za ścianą, w pustym pokoju, siedział Swidrigajłow i podsłuchiwał całą rozmowę! Uznał ją za „nader zajmującą” i postanowił przynieść sobie krzesło żeby wygodniej podsłuchiwać w przyszłości.
Rozdział jest kulminacją duchowego kryzysu Raskolnikowa - szuka w Soni kogoś równie „przekleętego” jak on sam, kogoś, kto też „przekroczył”. Scena czytania o Łazarzu symbolizuje możliwość duchowego zmartwychwstania. Podsłuchujący Swidrigajłow zdobywa wiedzę, którą będzie mógł wykorzystać.
Część czwarta, Rozdział V
Raskolnikow przychodzi nazajutrz o jedenastej do biura Porfiriego Pietrowicza. Jest zdziwiony, że musi czekać 10 minut - spodziewał się, że rzucą się na niego od razu. Nikt nie zwraca na niego uwagi, nie ma straży. Zaczyna wątpić, czy mieszczanin, który nazwał go „zabójcą”, w ogóle coś powiedział.
Porfirij przyjmuje go sam w gabinecie. Jest dziwnie roztargniony, jakby złapano go na czymś. Mówi chaotycznie o mieszkaniu służbowym, papierosach, drobiazgach. Raskolnikow rozpoznaje technikę śledczą - najpierw rozluźnić czujność rozmową o głupstwach, potem uderzyć niespodziewanym pytaniem.
Porfirij nagle wybucha długim, nerwowym śmiechem. Raskolnikow czuje wstręt i nienawiść. Traci cierpliwość: „Racz mnie albo badać, albo uwolnić!”. Grozi, że wyjdzie na pogrzeb Marmeladowa. Porfirij zmienia ton, zaczyna monolog o technikach śledczych. Mówi, że czasem lepiej zostawić podejrzanego na wolności niż go aresztować - „niech wie, że ja wszystko wiem, niech będzie w ciągłym strachu”. Używa metafory ćmy krążącej wokół świecy: „będzie zakreślał koła przy mnie, coraz węższe, aż klap! Prosto w gębę mi wpadnie!”.
Mówi o „naturze”, która zdradza przestępców: „Skłamie wybornie, najzręczniej, i już triumfuje, wtem klap! w najciekawszym miejscu mdleje!”. Wspomina oblężenie Sewastopola - jak obrońcy się ucieszyli, gdy wrogowie zaczęli regularne oblężenie zamiast szturmu. Nagle Raskolnikow nie wytrzymuje: „Widzę, że pan stanowczo podejrzewa mnie o zamordowanie tej starej i jej siostry! Jeżeli możesz mnie aresztować, to aresztuj, ale dręczyć mnie nie pozwolę!". Uderza pięścią w stół.
Porfirij udaje przestraszonego, prosi o wodę dla Raskolnikowa, jakby ten miał atak. Potem niespodziewanie mówi, że WIE o nocnej wizycie Raskolnikowa w mieszkaniu zamordowanych, gdy pytał o krew! „Wiem, żeś pan chodził najmować lokal, gdy się już zmierzchło, żeś dzwonił, pytał o krew”.
Raskolnikow jest w szoku - skąd Porfirij o tym wie? Porfirij tłumaczy, że gdyby go naprawdę podejrzewał, nie zdradziłby tej wiedzy, tylko użyłby jej do zasadzki. Mówi o przypadku człowieka, który się pomylił i uwierzył, że jest mordercą. Napięcie rośnie. Raskolnikow grozi, że wyjdzie. Wtedy Porfirij mówi tajemniczo: „Niespodzianka! Nie chcesz pan zobaczyć?”. Wskazuje na drzwi do sąsiedniego pokoju: „Tam za drzwiami siedzi u mnie!”. Pokazuje klucz.
Raskolnikow wpada w furię: „Łżesz poliszynelu przeklęty!”. Oskarża Porfiriego, że chce go doprowadzić do szaleństwa, żeby się wydał. Krzyczy: „Dawaj ich tu wszystkich! Świadków, kogo chcesz! Jestem gotów!”. W tym momencie za drzwiami słychać hałas. „Idą!” - woła Raskolnikow. Rozdział kończy się słowami: „Lecz nagle stał się dziwny wypadek, coś tak niespodziewanego, że ani Raskolnikow, ani sędzia nie mogli spodziewać się takiego rozwiązania”.
To mistrzoska scena psychologicznego pojedynku. Porfirij stosuje swoją metodę „kota bawiącego się z myszą” - wie o winie Raskolnikowa ale nie ma dowodów, więc próbuje go psychologicznie złamać. Raskolnikow jest na granicy załamania nerwowego. Napięcie sięga zenitu przed niespodziewanym zwrotem w następnym rozdziale (gdzie Nikołaj niespodziewanie przyzna się do zbrodni).
Część czwarta, Rozdział VI
Za drzwiami słychać hałas. Porfirij krzyczy z gniewem: „Co tam takiego? Wszak uprzedzałem!”. Ktoś mówi, że przyprowadzono aresztanta Nikołaja (malarza z domu, gdzie było morderstwo). Porfirij wścieka się: „Nie potrzeba! Precz! Poco on tu przylazł?”. Nagle do pokoju wpada blady młody człowiek - Nikołaj. Ma śmiertelnie bladą twarz „jakby go przyprowadzono na stracenie”. Żołnierz próbuje go zatrzymać, ale Nikołaj się wyrywa.
Niespodziewanie Nikołaj pada na kolana i krzyczy: „Winowaty! Moja wina! Jam zbójca!”. Wszyscy są w szoku. Porfirij pyta zdumiony: „Co takiego?”. Nikołaj powtarza: „Starą fanciarkę i jej siostrę Lizawietę... ja zabiłem... toporem!”. Porfirij jest kompletnie zbity z tropu. Krzyczy na świadków, żeby wyszli. Wypytuje Nikołaja, który twierdzi, że działał sam, że jego kolega Mitka (Dmitrij) jest niewinny. Na pytanie, dlaczego uciekali po schodach, odpowiada: „To tak, żeby odwrócić uwagę... nibym się śpieszył z Michałem”.
Porfirij mruczy do siebie: „To nie jego słowa!” - wie, że Nikołaj kłamie. Nagle przypomina sobie o Raskolnikowie. Jest zmieszany, przeprasza go i wyprowadza, mówiąc: „Tu nie dla pana... Racz pan...”. Przy drzwiach Raskolnikow pyta ironicznie o „niespodziankę”. Porfirij odpowiada: „Mówi, a ząb o ząb nie trafia!”. Dogania go na schodach i mówi, że będą musieli się jeszcze zobaczyć „formalnie”.
Raskolnikow kpi: „Wszak tego biednego Nikołaja musieli dręczyć psychologicznie, żeby się przyznał, a teraz, gdy się przyznał, będziecie mówić: Łżesz, to nie ty zabiłeś! To nie twoje słowa!”. Porfirij przyznaje, że zauważył tę sprzeczność.
Raskolnikow wraca do domu wyczerpany. Wie, że zeznanie Nikołaja to tylko chwilowa przerwa - „kłamstwo nie może się nie wydać”. Zastanawia się, co Porfirij naprawdę wie i czego chciał.
Gdy chce wyjść, w drzwiach staje mieszczanin, który wczoraj nazwał go „zabójcą”. Teraz jednak kłania się pokornie i przeprasza: ,Winowaty... miałem złe myśli”. Wyjaśnia, że był świadkiem, gdy Raskolnikow pytał o krew w domu zamordowanych, poszedł dziś do Porfiriego i wszystko mu opowiedział.
To on był „niespodzianką” - siedział za przepierzeniem podczas przesłuchania! Porfirij kazał mu się schować, gdy dowiedział się o wszystkim. Był wściekły na stróżów, że nie zgłosili wcześniej podejrzanego zachowania Raskolnikowa. Mieszczanin przeprasza „za obmowę i złość”. Raskolnikow odpowiada: „Niech ci Bóg przebaczy”. Gdy mieszczanin wychodzi, Raskolnikow myśli: „Wszystko ma dwa końce”. Czuje ulgę, że Porfirij nie ma twardych dowodów, tylko psychologię.
Rozdział kończy się gniewem Raskolnikowa na samego siebie za słabość charakteru: „Teraz pobawimy się jeszcze ze sobą!”. To kluczowy moment - niespodziewane przyznanie się Nikołaja (z powodów religijnych, co wyjaśni się później) ratuje Raskolnikowa w momencie, gdy był bliski załamania. Jednocześnie ujawnia się, że Porfirij wie już o nocnej wizycie w mieszkaniu ofiar, ale nie ma dowodów. Gra między nimi będzie trwała dalej.
Część piąta, Rozdział I
Rozdział zaczyna się następnego ranka po upokarzającym dla Łużyna zerwaniu z Dunią. „Czarny wąż draźniętej miłości własnej przez całą noc ssał mu serce”. Patrzy w lustro, obawiając się, że rozlała się w nim żółć, pociesza się, że znajdzie sobie lepszą narzeczoną. Łużyn mieszka u Andrieja Lebieziatnikowa - swojego byłego wychowanka, „postępowca” i nihilisty. Stanął u niego ze skąpstwa, ale też żeby przez niego poznać petersburskie kółka radykałów których się bał - „lękał się już od lat kilku skompromitowania”. Okazało się jednak, że Lebieziatnikov to głupiec, który „przystał do młodego pokolenia z namiętności”.
Łużyn ma kłopoty - właściciel mieszkania nie chce zerwać kontraktu, magazyn mebli nie zwraca zadatku. Najbardziej żałuje swojego skąpstwa wobec Duni: „Gdybym był wydał półtora tysiąca na prezenty, pudełeczka, nessesery... nie tak łatwo by mi teraz odmówili! To ludzie tego rodzaju, że uważaliby za obowiązek zwrócić pieniądze”. Nazywa siebie „skończonym durniem”. Dowiaduje się, że Katarzyna Iwanowna urządza wielką stypę po mężu. Jest zaproszony jako „najdostojniejszy gość”. Raskolnikov też będzie. „Te fakty zrodziły w umyśle Łużyna pewien plan”.
Lebieziatnikov wykłada swoje teorie. Opowiada o komunie, gdzie nie będzie własności prywatnej ani zazdrości. Broni Soni, którą „kształci” i chce namówić do komuny. Rozwija teorię o „rogach” - w małżeństwie cywilnym, gdy żona będzie miała kochanka, to dowód, że szanuje męża, „uważając go za niezdolnego do sprzeciwienia się jej szczęściu”. Mówi: „Sam bym przyprowadził żonie kochanka, gdyby go sobie nie wynalazła!”. Tłumaczy, że w komunie wszystkie prace są równe: „Ja pierwszy gotów jestem oczyścić wszystkie doły kloaczne... Jest to praca szlachetna, stojąca wyżej od roboty Rafaela czy Puszkina bo pożyteczniejsza!”. Łużyn śmieje się z niego.
Łużyn prosi, żeby przyprowadził Sonię. Mówi jej, że chce zorganizować składkę dla rodziny Marmeladowów, ale pieniądze nie powinny trafić do rąk Katarzyny Iwanowny, która wszystko wyda na stypę. Daje Soni 10 rubli „na pierwsze potrzeby”, prosząc, żeby nie zdradzała jego nazwiska. Lebieziatnikov, który był świadkiem, chwali szlachetność Łużyna: „Człowiek obrażony wczorajszym zajściem, a myślący o cudzym nieszczęściu... godzien jest szacunku!”.
Rozdział kończy się złowieszczo: „Pan Piotr był wzruszony, zacierał ręce, zamyślał się". Narrator dodaje, że Łużyn obmyślał coś nowego”. To przygotowanie do podstępu - w następnym rozdziale oskarży Sonię o kradzież 100 rubli, które jej podrzucił.
Rozdział pokazuje moralny upadek Łużyna, który z powodu urażonej dumy knuje zemstę. Lebieziatnikov jest karykaturą radykała-teoretyka, jego głupie teorie o komunie i „rogach” są satyrą na utopijny socjalizm. Jednocześnie wprowadza napięcie - co knuje Łużyn przeciw Soni?
Część piąta, Rozdział II
Katarzyna Iwanowna wydaje prawie wszystkie pieniądze otrzymane od Raskolnikowa na urządzenie stypy po mężu. Pochłonęło to niemal 10 z 20 rubli. Narrator zastanawia się nad powodami - może chciała uczcić pamięć nieboszczyka, żeby pokazać lokatorom, że był „nie gorszym od nich”, a może to „osobliwa duma ludzi biednych”, którzy przy obrzędach społecznych tracą ostatnie grosze, żeby tylko nie być „gorszymi od innych”. Katarzyna chce pokazać „nędznym i podłym lokatorom”, że wychowała się w „szlachetnym, arystokratycznym pułkownikowskim domu” i nie była przygotowana do zamiatania podłóg.
Wina nie było w wielkiej ilości, jak przesadzała plotka, ale była wódka, rum i wino lizbońskie. Z jedzenia kutia i 3-4 dania włącznie z blinami, wszystko przygotowane u Niemki gospodyni. Do pomocy Katarzyna ma Polaka, który biega na posyłki i nazywa ją „pani chorążyna”. Z początku go chwali jako „usłużnego i o wspaniałych uczuciach”, ale potem się uprzykrza.
Na pogrzeb prawie nikt z lokatorów nie przyszedł, na stypę zjawili się tylko najbiedniejsi. Nie ma Łużyna, którego Katarzyna opisywała wszystkim jako „najszlachetniejszego człowieka z olbrzymimi stosunkami”, przyjaciela jej pierwszego męża. Za nim nie przyszedł też Lebieziatnikov. Nie pojawiła się bogata dama z córką, które skarżyły się na hałasy u Marmeladowów - Katarzyna specjalnie je zaprosiła, żeby pokazać, że „szlachetniej myślą i nie pomnąc krzywdy”.
Przyszli tylko: Polak, kanceliścina w zatłuszczonym fraku cały w krostach, głuchy staruszek z poczty, pijany porucznik bez kamizelki, ktoś w szlafroku zamiast ubrania. Polak przyprowadził jeszcze dwóch znajomych Polaków, których nikt nie znał. Katarzyna jest wściekła - „dla kogo robione były te przygotowania?”. Dzieci musiały jeść w kącie na kufrze, żeby było miejsce przy stole.
Przychodzi Raskolnikow, jedyny „inteligentny gość”. Katarzyna sadza go obok siebie i szepcze mu złośliwości o gościach i gospodyni. „Wszystkiemu winna ta kukawka” - mówi o pani Lippewechsel - „wytrzeszczyła oczy, czuje że o niej mówimy. Tfu, sowa! I co ona chce pokazać tym czepkiem?”. Śmieje się z Polaków, że siedzą rzędem i są głodni. Żartuje, że boi się o srebrne łyżki gospodyni.
Nagły kaszel Katarzyny trwa 5 minut, na chustce krew, pot na czole. Pokazuje krew Raskolnikowowi. Skarży się, że bogata dama nie przyszła bo to „gwałtowna prowincjonalistka”, która przyjechała starać się o emeryturę. Pyta, gdzie Sonia. Gdy ta przychodzi, mówi głośno, że to jej miejsce przy Raskolnikowie. Sonia przeprasza za Łużyna, że nie mógł przyjść, ale przyjdzie porozmawiać o interesach. To uspokaja Katarzynę, która mówi, że byłoby dziwne, gdyby „taki poważny człowiek dostał się do takiej kompanji”.
Katarzyna zaczyna opowiadać o planach założenia pensji dla panien w rodzinnym mieście. Pokazuje wszystkim „list pochwalny” z instytutu, że tańczyła z szalem przed gubernatorem. List krąży po pijanych gościach. Rozpowiada o przyszłym pięknym życiu, o francuskim nauczycielu Mangeau, który ją uczył. Mówi, że Sonia pojedzie z nią i będzie pomagać. Ktoś parsknął śmiechem, ale Katarzyna udaje, że nie słyszy. Chwali Sonię, że jest „łagodna, cierpliwa, zacna i wykształcona”, całuje ją i zaczyna płakać.
Pani Lippewechsel obrażona, że nikt jej nie słucha, zaczyna mówić, że w pensji trzeba pilnować czystej bielizny i żeby panienki nie czytały romansów. Katarzyna obraża ją, że „paple od rzeczy”. Niemka mówi, że Katarzyna dawno nie płaciła za mieszkanie. Katarzyna odpowiada, że to kłamstwo. Niemka mówi, że „tamte damy” nie przyszły, bo to „porządne damy”, które nie mogą przychodzić do „nieporządnego domu”.
Katarzyna nazywa ją chamką, która nie wie, co porządne. Niemka krzyczy, że jej „vater aus Berlin był ważny człowiek” i pokazuje, jak chodził z rękami w kieszeniach i robił „puf puf”. Wszyscy się śmieją. Katarzyna mówi, że Niemka to „pijana czuchonka”, która służyła za kucharkę. Niemka czerwienieje i krzyczy, że ojciec Katarzyny „wcale nie był burmistrzem”. Katarzyna grozi, że zerwie jej czepiec i podepcze. Niemka krzyczy, że jest tu gospodynią i żeby Marmeladowa „czyściła kwaterę”, zaczyna zbierać łyżki ze stołu.
Panuje chaos, dzieci płaczą. Gdy niemka krzyczy coś o „żółtym bilecie”, Katarzyna odtrąca Sonię i rzuca się na gospodynię, żeby wykonać groźbę z czepkiem. W tej chwili w drzwiach staje Łużyn. Patrzy surowym wzrokiem na całe towarzystwo. Katarzyna biegnie do niego.
Część piąta, Rozdział III
Łużyn odpycha Katarzynę Iwanowną, która prosi go o wstawiennictwo. „Za pozwoleniem pani, ojczulka pani nie miałem zaszczytu znać” - mówi, gdy ktoś się głośno śmieje. Przechodzi do Soni i mówi, że z jego biurka w pokoju Lebieziatnikowa zginął banknot storublowy zaraz po jej odejściu. „Jeśli pani wie, gdzie się znajduje, zaręczam słowem honoru, że sprawa na tym się skończy. W przeciwnym razie zmuszony będę przedsięwziąć środki bardzo poważne”.
Zapanowuje cisza, nawet dzieci przestają płakać. Sonia patrzy śmiertelnie blada, nie mogąc nic odpowiedzieć. Łużyn opisuje szczegółowo, jak rano zmienił papiery wartościowe na 3 tysiące rubli, jak Sonia przyszła bardzo pomieszana i trzy razy wstawała, chcąc odejść podczas rozmowy o pomocy dla Katarzyny Iwanowny. Mówi, że dał jej 10 rubli, które ona wzięła, a teraz brakuje mu 100 rubli ze stołu. Oskarża, że tylko najczarniejsza niewdzięczność mogła ją do tego pchnąć.
Sonia wyciąga 10 rubli, żeby mu oddać, mówiąc, że nic nie wzięła. Łużyn nie przyjmuje pieniędzy i pyta, czy nie przyzna się do wzięcia stu rubli. Katarzyna Iwanowna nagle wpada na Łużyna: „Jakto! Pan ją oskarżasz o kradzież? Sonię? O podli!”. Chwyta Sonię w objęcia, wyrywa jej dziesięciorublówkę i rzuca Łużynowi w twarz. Krzyczy, że Sonia nigdy by nie ukradła, że to ona raczej da jemu pieniądze.
Katarzyna woła, żeby szukali pieniędzy przy Soni: „Skoro nigdzie nie wychodziła, to musi mieć przy sobie!”. Grozi, że pójdzie do cara skarżyć się na Łużyna, jeśli nic nie znajdzie. Sama wywraca kieszenie Soni - pierwsza pusta, ale z drugiej wypada storublówka złożona w ósemkę. Łużyn podnosi ją i pokazuje wszystkim. Niemka krzyczy: „Złodziejka! Won! Polis!”.
Sonia krzyje twarz w dłoniach, wołając, że to nie ona. Katarzyna przytula ją i krzyczy: „Nie wierzę! Ona ostatnią kieckę zdejmie i odda, gdy będzie potrzeba! Dlatego ma żółty bilet, że moje dzieci ginęły z głodu!”. Błaga Raskolnikowa, żeby się wstawił. Łużyn mówi, że gotów przebaczyć i umorzyć sprawę, jeśli wstyd będzie dla Soni nauczką.
Nagle w drzwiach rozlega się głos Lebieziatnikowa: „Ach, jak to podle! Co za nikczemność!”. Wchodzi i mówi do Łużyna: „Pan śmiałeś mnie brać na świadka? To znaczy, że jesteś łotr!”. Lebieziatnikov opowiada, że widział, jak Łużyn sam wsunął storublówkę do kieszeni Soni, gdy się żegnali przy drzwiach. Myślał, że to z dobrego serca, ale teraz rozumie podstęp. Opisuje dokładnie, jak Łużyn trzymał banknot w zaciśniętej dłoni, przekładał z ręki do ręki i w końcu wsunął Soni do kieszeni.
Raskolnikow występuje i wyjaśnia motyw Łużyna - chciał udowodnić, że Sonia jest złodziejką, żeby pokazać matce i siostrze Raskolnikowa, że miał rację, szkalując ją, że bronił honoru Duni, nie chcąc, żeby siedziała przy prostytutce. W ten sposób mógłby znowu poróżnić Raskolnikowa z rodziną i odzyskać ich względy. Mści się też osobiście na Raskolnikowie, który go obraził i wyrzucił.
Wszyscy wierzą Lebieziatnikowowi i Raskolnikowowi. Tłum jest oburzony, Polacy krzyczą „panie łajdak”, porucznik proponuje użyć środków „arcy niemiłych” dla Łużyna. Ten broni się, że w sądzie nie uwierzą „dwóm bezbożnikom, wichrzycielom”. Lebieziatnikov wyrzuca go ze swojego pokoju. Porucznik rzuca w Łużyna szklanką, ale trafia w Niemkę. Łużyn ucieka, po pół godzinie już go nie ma w domu.
Sonia nie wytrzymuje napięcia emocjonalnego i wybiega do domu. Niemka rzuca się na Katarzynę i krzyczy: „Precz z kwatyr! Zaraz! Marsz!” i zaczyna wyrzucać jej rzeczy. Katarzyna krzyczy: „W dzień pogrzebu męża wypędzać mnie na ulicę z sierotami!”. Zakłada zieloną chustę wspominaną przez Marmeladowa i wybiega szukać sprawiedliwości, zostawiając Polechkę z dziećmi. Raskolnikow myśli: „A teraz kolej na mnie! No panno Sofjo, zobaczymy teraz, co nam zaśpiewasz!” i idzie do mieszkania Soni.
Część piąta, Rozdział IV
Raskolnikow idzie do Soni po obronie jej przed Łużynem. Sam dźwiga w duszy własną grozę i cierpienie, ale wydaje się, jakby był uradowany ze zmiany wrażeń. Strasznie dręczy się tym spotkaniem, bo obiecał powiedzieć jej, kto zabił Lizawietę. Gdy dochodzi do mieszkania Kapernaumowa, czuje nagłe odrętwienie i przestrach. Pyta sam siebie, czy trzeba powiedzieć, kto zabił Lizawietę i czuje, że nie można tego odwlec choćby na chwilę.
Sonia czeka na niego. „Coby się ze mną stało bez pana!” - mówi. Raskolnikow siada i mówi złośliwie, że cała rzecz polegała na „pozycji społecznej”. Sonia prosi, żeby nie mówił do niej jak wczoraj. On opowiada, że Niemka wypędza Katarzynę z mieszkania. Sonia chce od razu biec do nich, ale Raskolnikow zatrzymuje ją, mówiąc, żeby poświęciła mu chwilę.
Zaczyna mówić zagadkami. Pyta, co by zrobiła, gdyby od niej zależało, czy Łużyn, czy Katarzyna z dziećmi mają żyć. Sonia odpowiada, że nie zna wyroków Opatrzności i nie może być sędzią. Raskolnikow mówi, że sam prosił ją wczoraj o przebaczenie dla siebie. Nagle bladnie, wstaje, przesiada się na jej łóżko. Nie może wymówić ani słowa. Sonia pyta, co mu jest, on odpowiada, że to głupstwo, że przyszedł ją dręczyć.
W końcu mówi, że przyszedł powiedzieć, kto zabił Lizawietę. Sonia drży i pyta, skąd on wie. Raskolnikow mówi „zgadnij” z wykrzywionym uśmiechem. Sonię przechodzą konwulsje. On mówi, że jest z mordercą serdecznym przyjacielem, że morderca nie chciał zabić Lizawiety, tylko starą, ale gdy Lizawieta weszła, to ją też zabił. „Więc nie możesz zgadnąć?” - pyta z takim uczuciem, jakby rzucał się z wieży. „Spójrz no dobrze”.
Sonia patrzy na niego z tym samym dziecinnym przestrachem, co Lizawieta, gdy się do niej zbliżał z toporem. Cofa się od niego i wyciąga rękę, jakby się broniła. „Zgadłaś?” - szepcze. „Boże!” - jęczy ona i upada na łóżko. Potem nagle rzuca mu się na szyję: „Nie ma nieszczęśliwszego od ciebie na całym świecie!”. Płacze konwulsyjnie. Dwie łzy spływają z oczu Raskolnikowa. „Więc ty mnie nie opuścisz, Sonia?” - pyta z nadzieją. Ona przysięga, że pójdzie za nim wszędzie, nawet na katorgę.
Raskolnikow zaczyna tłumaczyć motywy. Najpierw mówi, że chciał pomóc matce, zagarnąć pieniądze lichwiarki na pierwsze lata. Ale Sonia woła, że to nie to, że to źle. Wtedy mówi, że zabił tylko „wesz, bezużyteczną, złą, szkodliwą”. Sonia pyta, czy człowiek to wesz. Przyznaje, że kłamie, że są inne przyczyny. Opowiada, jak leżał w swojej norze, nienawidząc niskich sufitów, jak myślał, że jest głupi, skoro inni są głupi, a on nie chce być mądrzejszy.
Mówi, że zrozumiał prawo - kto ma siłę ducha i rozumu, ten panuje, kto na większość, umie splunąć, ten jest prawodawcą. „Władza dana jest tylko temu, kto się ośmieli sięgnąć po nią”. Opowiada, jak zadawał sobie pytanie, czy Napoleon zawahałby się zabić staruszki dla pieniędzy, gdyby nie miał Tulonu ani Egiptu. Doszedł do wniosku, że Napoleon by się nie zawahał, więc i on „zadusił wzorem autorytetu”.
Sonia prosi, żeby mówił bez przykładów. Wtedy wyznaje prawdę - nie zabił dla pieniędzy ani żeby pomóc matce. „Zabiłem poprostu dla siebie samego. Chciałem dowiedzieć się, czy jestem wszą jak wszyscy, czy też człowiekiem. Czy będę mógł przestąpić, czy nie. Czy jestem drżącym bydlęciem, czy też mam prawo”. Sonia pyta przerażona, czy ma prawo mordować. On odpowiada, że diabeł go popchnął, a potem dał poznać, że nie miał prawa, że jest taką samą wszą jak wszyscy. „Ja siebie zabiłem nie starą! Za jednym zamachem zmiażdżyłem siebie na wieki!”.
Sonia nagle zrywa się i mówi: „Idź zaraz, stań na rozdrożu, pokłoń się, pocałuj ziemię którąś splugawił, pokłoń się całemu światu na cztery strony i powiedz głośno: jestem mordercą! Wtedy Bóg natchnie cię nowym życiem!”. Raskolnikow pyta, czy ma na myśli katorgę, czy ma się sam zadenuncjować. Mówi, że nie pójdzie, że nie jest winien, że oni sami gubią miliony ludzi. Sonia woła, że się zamęczy, że nie da się tak żyć.
Raskolnikow mówi, że przyszedł ją ostrzec, że go szukają, ale że im się nie da, że nie mają dowodów. Prawdopodobnie wsadzą go do więzienia, ale będą musieli wypuścić. Prosi, żeby go odwiedzała. Potem nagle mówi, żeby lepiej nie przychodziła. Sonia płacze. Pyta, czy ma na sobie krzyż, chce mu dać swój cyprysowy. Mówi, że gdy pójdzie na mękę, to przyjdzie do niej, ona mu włoży krzyż, pomodlą się i pójdą razem. Ktoś puka do drzwi. To Lebieziatnikov pyta, czy może wejść. Sonia z przestrachem biegnie do drzwi.
Część piąta, Rozdział V
Lebieziatnikov przychodzi do Soni i mówi, że Katarzyna Iwanowna zwariowała. Wróciła skądś wypędzona, może nawet pobita. Była u naczelnika męża, ale go nie zastała, poszła więc do jakiegoś generała gdzie wywołała naczelnika od stołu podczas obiadu. Wypędzono ją, ale ona opowiada, że go zwymyślała i czymś w niego rzuciła. Teraz mówi, że skoro wszyscy ją opuścili, to weźmie dzieci, będą chodzić z katarynką po ulicach, dzieci będą śpiewać i tańczyć, będą zbierać jałmużnę, żeby świat się dowiedział, że dzieci urzędnika żebrzą. Bije dzieci, które płaczą, uczy Lenię śpiewać „Chateczkę”, chłopczyka tańczyć, robi im czapeczki jak aktorom, sama chce bić w miednicę zamiast muzyki.
Sonia chwyta okrycie i wybiega, ubierając się w biegu. Raskolnikow idzie za nią, Lebieziatnikov za nimi. Lebieziatnikov mówi Raskolnikowowi, że to na pewno obłąkanie, że w suchotach wyskakują krosteczki na mózgu. Próbuje tłumaczyć, że w Paryżu robiono doświadczenia nad leczeniem wariatów przez logiczne perswazje. Raskolnikow nie słucha, przy swoim domu kiwa głową i wchodzi do swojej komórki.
Stoi na środku pokoju i pyta się, po co tu wrócił. Ogląda żółte odrapane tapety, kurz, kanapę. Z podwórza dochodzi ostry stuk, jakby wbijano gwoździe. Patrzy przez okno na puste podwórze, widzi doniczki z geranium w oknach oficyny, wiszącą bieliznę. „Nigdy jeszcze nie czuł się tak strasznie osamotnionym”. Myśli, że może znienawidzi Sonię teraz, gdy ją zrobił stokroć nieszczęśliwszą. „Po co chodził do niej prosić ją o łzy?”. Postanawia, że nie będzie go odwiedzać w więzieniu. Myśli, że może na katordze byłoby lepiej.
Nagle wchodzi Dunia. Mówi, że wie wszystko od Razumichina, że prześladują go z powodu głupiego podejrzenia. Rozumie jego oburzenie, które może zostawić ślady na całe życie. Nie potępia go, że ich porzucił, sama by uciekła od wszystkich, gdyby ją dotknęło takie nieszczęście. Obiecuje, że będzie mówiła matce o nim, ale prosi, żeby przyszedł choć raz. Mówi, że jeśli będzie potrzebował pomocy, to ma się zwrócić do niej.
Raskolnikow zatrzymuje ją i mówi, że Razumichin to bardzo poczciwy człowiek, czynny, pracowity, uczciwy i może trwale kochać. Dunia się rumieni, ale potem pyta z niepokojem, czy rozstają się na wieki, że daje jej takie napomnienia. Raskolnikow odpowiada „wszystko jedno, bywaj zdrowa”. Gdy wychodzi, ma ochotę ją uścisnąć, ale myśli, że potem by się wzdrygnęła, gdy sobie przypomni, że ją ściskał. „A czy ta wytrzyma?” - myśli. „Nie, nie wytrzyma, takie nie wytrzymują!”. I myśli o Soni.
Wychodzi na ulicę. Słońce zachodzi, dręczy go jakiś dziwny smutek, który daje przedsmak wieczności na „łokciowej przestrzeni”. Spotyka Lebieziatnikowa, który mówi, że Katarzyna Iwanowna uciekła z dziećmi, uderza w patelnię, zmusza dzieci do tańca na rogach ulic. Na kanale przy moście zgromadził się tłum. Katarzyna w starym kapeluszu pozbawiona zmysłów krzyczy na dzieci, pokazuje im, jak tańczyć, bije je, gdy nie rozumieją, rzuca się do gapiów i tłumaczy, że to dzieci z arystokratycznego domu. Dzieci mają kostiumy - chłopczyk turban, żeby wyglądał jak Turek, Lenia czerwoną czapeczkę babki z piórkiem strusim.
Sonia błaga macochę, żeby wróciła do domu, ale Katarzyna krzyczy, że nie wróci do pijanej Niemki, że niech Petersburg zobaczy, jak żebrzą dzieci ojca, który służył wiarą i prawdą. Raskolnikow próbuje ją przekonać, mówiąc, że nie przystoi jej chodzić jak kataryniarka, skoro ma być przełożoną pensji. Ona odpowiada, że rzuciła kałamarzem w generała i uciekła, że teraz sama wykarmię dziatwę. Zaczyna śpiewać francuskie piosenki uczące dzieci „Cinq sous” i „Malborough s'en va-t-en guerre”. Jakiś urzędnik daje jej 3 ruble, ona dziękuje z godnością.
Policjant mówi, że na ulicach nie wolno, trzeba mieć pozwolenie na katarynkę. Katarzyna krzyczy, że dziś pochowała męża. Urzędnik próbuje ją uspokoić i odprowadzić. Nagle Kola i Lenia przerażeni widokiem policjanta biorą się za ręce i uciekają. Katarzyna z jękiem biegnie za nimi, płacząc i kaszląc. Potyka się i upada. Sonia krzyczy, że się rozbiła do krwi, ale okazuje się, że krew buchneła z gardła - to krwotok. Urzędnik mówi, że zaraz umrze.
Zanoszą Katarzynę do mieszkania Soni. Kładą na łóżku, krwotok nie ustaje. Przychodzą Kapernaumowowie, zjawia się też niespodziewanie Swidrigajłow. Katarzyna odzyskuje przytomność i pyta, gdzie dzieci. Mówi Soni: „Wyssaliśmy ciebie... weź ich sobie, z rąk do rąk, mam ich dosyć!”. Odmawia księdza: „Nie mam grzechów, Bóg mi musi przebaczyć, sam wie, jak cierpiałam”. W gorączce śpiewa urywki piosenek, wspomina generała, recytuje „Wśród skwaru dnia w dolinie Dagestanu”. Nagle krzyczy: „Dosyć! Czas już! Zajeździli szkapę!” i umiera.
Sonia rzuca się na zwłoki, Polka całuje nogi matki, Kola i Lenia, trzymając się za ręce, zaczynają drzeć się w niebogłosy. Przy łóżku leży „list pochwalny” z instytutu. Swidrigajłow podchodzi do Raskolnikowa i mówi, że bierze na siebie pogrzeb, umieści dzieci w zakładach dla sierot z zapisem po 1500 rubli wyciągnie też Sonię z matni. Mówi, że pieniądze są mu zbyteczne. Cytuje słowa Raskolnikowa do Soni o tym, czy Łużyn ma żyć i robić podłości, czy lichwarka ma umrzeć. Raskolnikow bladnie i pyta, skąd on to wie. Swidrigajłow odpowiada, że mieszka przez ścianę u pani Resslich i słyszał wszystko. „Mówiłem, że się zbliżymy i zbliżyliśmy się. Zobaczysz, że można jeszcze żyć ze mną.”
Część szósta, Rozdział I
Dla Raskolnikowa nastały dziwne chwile, niby mgła zapadła przed nim i pogrążyła w samotność ciężką i bez wyjścia. Przypominając sobie później ten czas, domyślał się, że umysł mroczył mu się niekiedy i że trwało to z przerwami aż do ostatecznej katastrofy. Był przekonany, że mylił się pod wieloma względami, na przykład co do terminów i czasu niektórych zdarzeń. Jeden fakt mieszał z drugim, inne uważał za następstwo zdarzeń, które istniały tylko w wyobraźni. Niekiedy opanowywała go chorobliwie męcząca trwoga dochodząca do panicznego strachu, czasem zaś apatia podobna do stanu konających.
Osobliwie niepokoił go Swidrigajłow, można było twierdzić, że jakby zatrzymał się na nim. Od czasu, gdy Swidrigajłow powiedział te groźne słowa w mieszkaniu Soni w chwili śmierci Katarzyny Iwanowny, prawidłowy bieg myśli Raskolnikowa został przerwany. Pomimo że ten fakt bardzo go niepokoił, nie śpieszył się z wyjaśnieniem. Czasem spostrzegał siebie w jakiejś oddalonej części miasta, w lichej trakterni, sam jeden w zamyśleniu, ledwie mogąc się zorientować, jak tu się znalazł. Przypominał sobie wtedy o Swidrigajłowie i poczuł konieczność szybkiego porozumienia się z nim. Pewnego razu dostał się aż za rogatki, wyobrażając sobie, że czeka tam na Swidrigajłowa. Innym razem obudził się przed świtem gdzieś na ziemi w krzakach, nie pamiętając, jak tu zabrnął.
W te dwa trzy dni po śmierci Katarzyny parę razy spotykał się ze Swidrigajłowem, zawsze prawie w mieszkaniu Soni, dokąd przychodził jakby bez celu na chwilkę. Zamieniali krótkie zdania, ani razu nie dotykając najważniejszego punktu, jakby się umówili milczeć do czasu. Zwłoki Katarzyny leżały jeszcze w trumnie, Swidrigajłow zajmował się pogrzebem. Oznajmił, że z dziećmi już sobie poradził, znalazł osoby, za pomocą których umieścił wszystkie troje sierot w przyzwoitych zakładach, że odłożone dla nich pieniądze bardzo pomogły. Wspomniał, że chciałby się poradzić Raskolnikowa o czymś. Pod koniec rozmowy zniżywszy głos zapytał: „Ale co to panu? Taki pan jakiś nieswój! Słuchasz pan i patrzysz, ale jakbyś nie rozumiał”. Potem nagle powiedział: „Ludzie potrzebują powietrza, powietrza! Nadewszystko powietrza!” i odszedł.
Raskolnikow wszedł za popem do mieszkania Soni, gdzie odbywało się nabożeństwo nad trumną. Śpiewy te z rozporządzenia Swidrigajłowa odbywały się dwa razy dziennie. Wszystkie dzieci klęczały przy trumnie, Polka płakała. Z tyłu cicho i nieśmiało modliła się Sonia. „Toć ona przez te dwa dni ani razu nie spojrzała na mnie i nie rzekła do mnie ani słowa” - pomyślał. Słońce jaskrawo oświecało pokój, dym kadzideł wzbijał się kłębami, pop czytał „wieczny odpoczynek”. Po nabożeństwie Sonia nagle ujęła go za obie ręce i skłoniła głowę na jego ramię. Ten krótki gest uderzył Raskolnikowa - ani odrobiny wstrętu, ani cząsteczki niechęci, ani drżenia w jej ręce. Była to jakby nieskończoność własnego poniżenia.
Raskolnikow wyszedł, zrobiło mu się strasznie ciężko. Gdyby było można uciec gdzieś zostać zupełnie samym chociażby na całe życie, uważałby się za szczęśliwego. Ale ostatnimi czasy prawie zawsze był sam, a nigdy nie mógł odczuwać swej samotności. Zdarzało mu się chodzić za miasto, bywał na gościńcach, raz zabrnął do lasu, ale im samotniejsze było miejsce, tym mocniej uczuwał czyjąś bliską i niepokojącą obecność.
Szybko wracał do miasta, mieszał się z tłumem. W jakiejś garkuchni przedwieczorem śpiewano pieśni, przesiedział całą godzinę, słuchając i było mu nawet przyjemnie. Ale nagle zaczęły go dręczyć wyrzuty sumienia: „siedzę i słucham śpiewów, a czy to powinienem robić!”. Było coś, co wymagało natychmiastowej decyzji, ale czego nie można było omówić. „Lepiej już jakaś walka! Lepszy byłby Porfiry lub Swidrigajłow!” - myślał.
Następnego dnia obudził się późno, była druga po południu. Przypomniał sobie, że tego dnia miał być pogrzeb Katarzyny i ucieszył się, że nie był obecny. Jadł z wielkim apetytem, głowę miał świeższą, czuł się spokojniejszym niż w ostatnich trzech dniach. Dziwił się sam napadom panicznego strachu. Wszedł Razumichin, był zaniepokojony, mówił z gniewem. Zaczął stanowczo mówić, że przyszedł dowiedzieć się, czy Raskolnikow zwariował, bo są tacy co tak mówią. „Tylko wyrzutek i podlec, jeśli nie wariat mógłby tak postąpić z matką i siostrą jak ty postąpiłeś”.
Mówił, że matka od wczoraj chora, w gorączce, chciała iść do syna, ale Dunia ją zatrzymała. Matka siedziała u niego dziesięć minut, gdy go nie zastała powiedziała: „Jeżeli on chodzi po mieście, a więc jest zdrów i zapomniał o matce, to nie przystoi mi żebrać”. Teraz w gorączce mówi: „Widzę, że dla swojej ma czas”, przypuszcza, że ta „swoja” to Sonia. Razumichin był u Soni, zobaczył trumnę, dzieci w żałobnych sukienkach, Raskolnikowa nie było. „Wszystko to bajki i niema tu żadnej swojej, najpewniej więc obłąkanie. Ale widzę, że siedzisz i pożerasz mięso, jakbyś ze trzy dni nie jadł. Nie jesteś wariatem! Musi tu być jakaś tajemnica!”.
Razumichin mówi, że nie chce dochodzić sekretów, przyszedł tylko się wykłócić. Postanawia się nie rozpić. Raskolnikow mówi mu, że rozmawiał z Dunią, że jest człowiekiem dobrym, poczciwym i pracowitym. „Wiem, jak ją kochasz i ufam w czystość twojego serca. Wiem, że i ona może cię kochać i nawet może już kocha”. Razumichin jest wzruszony. Raskolnikow dodaje, że człowiek potrzebuje powietrza i że chce iść do człowieka, który mu to wczoraj powiedział. Razumichin myśli, że to polityczny spiskowiec. Wspomina, że Dunia dostała dziś list, który ją bardzo zaniepokoił, potem mówiła, że może rozstaniemy się wkrótce.
Nagle Razumichin przypomina sobie o morderstwie lichwiarki i mówi, że zabójca się znalazł - to jeden z malarzy, Nikołaj, przyznał się sam i przedstawił dowody. Cała scena bójki ze swoim kolegą, gdy stróż wchodził na schody, była odegrana dla zamydlenia oczu. Raskolnikow pyta, skąd wie, Razumichin mówi, że od Porfiriego, który mu to wybornie wytłumaczył psychologicznie. Razumichin wychodzi, myśląc, że Raskolnikow to spiskowiec polityczny i że Dunia jest w to wciągnięta.
Raskolnikow po wyjściu Razumichina czuje, że znowu znalazł punkt wyjścia. Myśli o Porfirym - jak to on mógł uwierzyć, że Nikołaj jest winny po tej scenie między nimi oko w oko? Ze Swidrigajłowem też jest punkt wyjścia ale Porfiry to rzecz inna. Postanawia, że trzeba skończyć ze Swidrigajłowem jak najprędzej, czuje, że mógłby zabić którego z nich dwóch - Swidrigajłowa albo Porfiriego. Gdy otwiera drzwi, nagle staje przed nim sam Porfiry. „Nie spodziewałeś się pan gościa” - mówi, śmiejąc się. „Przechodzę właśnie, myślę sobie zajdę posiedzę z jakie pięć minut”. Raskolnikow zaprasza go z takim zadowoleniem, że sam by się sobie dziwił. Siada naprzeciw Porfiriego i patrzy śmiało. „No zaczynaj!” - wyrywa się z serca Raskolnikowa.
Część szósta, Rozdział II
Porfiry zaczyna od narzekań na papierosy, które mu szkodzą, ale nie może się odzwyczaić. Był u doktora, który mu zabronił palić, mówiąc, że ma rozszerzenie płuc. Mówi, że wszystko to względne i że szkoda, że nie pije. Raskolnikow ze wstrętem myśli, że Porfiry znowu zaczyna po swojemu. Cała scena ich ostatniego spotkania staje mu przed oczyma. Porfiry mówi, że zachodził do niego wieczorem, gdy przechodził koło domu, wszedł do pokoju, obejrzał się, poczekał i odszedł, nawet służącej nic nie mówiąc. „Pan nie zamykasz?” - pyta.
Porfiry mówi, że przyszedł porozumieć się, musi się wytłumaczyć. „Dziwna scena zaszła między nami ostatnim razem. Może bardzo względem pana zawiniłem, czuję to". Wspomina, jak się rozstali - nerwy grały, nogi drżały u obu. „Jakośto nieprzystojnie było dla nas, nie po dżentelmeńsku. A wszakżeśmy bądź co bądź dżentelmeni”. Raskolnikow ze zdumieniem pyta się, co się z nim robi, za kogo go bierze. Porfiry mówi, że najlepiej działać otwarcie, że takie podejrzenia i sceny nie powinny trwać nadal. Wybawił ich wtedy Nikołaj, bo nie wiadomo, do czego by doszło. Przyznaje, że mieszczanin siedział u niego za przepierzeniem, ale że nie posyłał po nikogo. Mówi, że ledwie po stróży zdołał posłać, przyszła mu myśl szybka jak błyskawica.
Porfiry opowiada, że był głęboko przekonany o winie Raskolnikowa. „Jesteś bardzo drażliwy z natury nawet bodaj czy nie zanadto”. Mówi, że rozumie, że nie zawsze człowiek wyraża wszystko, co ma we wnętrzu, ale myślał, że może dostanie choć punkcik, odrobineczkę, którą można ująć rękoma, przedmiot, a nie samą psychologię. Liczył na charakter Raskolnikowa. Wspomina artykuł Raskolnikowa w gazecie - „to pierwsza młoda gorąca próba pióra. Dym, mgła, struna dźwięczy we mgle. Artykuł ponury, ale to dobrze”. Mówi, że go przeczytał i pomyślał: „z tym człowiekiem tak się nie skończy”.
Porfiry przyznaje, że był u Raskolnikowa z rewizją nieoficjalnie w przebraniu, wszystko zostało przejrzane, ale nic nie znalazł. Myślał, że Raskolnikow sam przyjdzie, jeśli jest winien. Czekał z całych sił. Wspomina, jak Raskolnikow przyszedł i jego śmiech przy wejściu wszystko odgadł. Mówi o kamieniu, pod którym są schowane przedmioty - widzi go gdzieś w ogrodzie. Gdy Raskolnikow rozbierał swój artykuł, każde słowo przybierało inne znaczenie, jakby drugie słowo tkwiło pod nim. „Doszedłem do ostatnich granic, aż gdy stuknąłem głową przyszła rozwaga”.
Porfiry mówi o dzwonieniu - gdy o tym usłyszał zdrętwiał, dreszcz go przeszedł. „Tysiąc rubli dałbym był, żeby spojrzeć panu oko w oko, jakeś to pan sto kroków szedł z mieszczaninem, kiedy panu w oczy rzekł zabójca i przez całe sto kroków nie śmiałeś go zagadnąć”. Wspomina Nikołaja - ,w strzałę nie uwierzyłem ani na jotkę”. Nawet gdy Nikołaj odpowiadał dokładnie na pytania, Porfiry nie wierzył. Raskolnikow pyta, dlaczego więc mówił Razumichinowi, że posądza Nikołaja. Porfiry odpowiada, że Razumichina należało oddalić, że to człowiek obcy.
Porfiry opisuje Nikołaja - to jeszcze dziecko, niewinny i wrażliwy, ma serce, fantasta. Śpiewa, tańczy, opowiada bajki. To Raskolnikow miał w rodzie „biegunów”, sam przez dwa lata na wsi u starca kształcił się na pielgrzyma. Petersburg głęboko na niego podziałał, zwłaszcza płeć piękna i wódka. Po zbrodni chciał się powiesić ze strachu. W więzieniu przypomniał zaczął czytać Biblię. Porfiry mówi, że Nikołaj chce „przyjąć cierpienie” - to nie znaczy cierpieć za kogoś, ale poprostu „trzeba cierpieć”, trzeba przyjąć karę. Opowiada o aresztancie, który przez rok czytał Biblię, a potem rzucił cegłą w naczelnika, żeby „przyjąć cierpienie”.
Porfiry mówi, że to nie Nikołaj, tylko „sprawa fantastyczna, ponura, sprawa współczesna, wypadek naszych czasów”. Ktoś zabił według teorii, że krew „odświeża”. „Drzwi zapomniał zamknąć za sobą, ale zabił dwie osoby według teorii. Zabił i pieniędzy zabrać nie potrafił, a co zdołał zabrać, to pod kamień zakopał”. Potem w półgorączce idzie do pustego lokalu przypomnieć sobie dźwięk dzwonka. "Zabił, a ma się za uczciwego, pogardza ludźmi, chodzi jak blady anioł".
Po tym wszystkim, co brzmiało jak usprawiedliwienie Porfiry, nagle mówi: „Więc... któż... zabił?”. Raskolnikow pyta, nie wytrzymawszy. Porfiry odpowiada: „Pan, pan zabiłeś kochany panie! Pan zabiłeś!”. Raskolnikow zrywa się, staje kilka sekund i siada znowu. Drobne drżenie przebiega mu po twarzy. „To nie ja zabiłem” - szepcze jak małe dziecko schwytane na gorącym uczynku. „Nie, to pan, nikt inny” - mówi Porfiry z przekonaniem. Milczą długo, jakieś dziesięć minut.
Raskolnikow pyta, dlaczego go nie aresztuje. Porfiry odpowiada, że wzięcie go do więzienia nie jest mu na rękę. Nie ma dowodów. Mieszczanin, gdy go skonfrontują, to Raskolnikow powie, że był pijany. Psychologia ma dwa końce. Porfiry mówi, że przyszedł z otwartą propozycją, żeby Raskolnikow sam się przyznał - to będzie korzystniej dla niego, dostanie zmniejszenie kary. Porfiry obiecuje, że tak „tam” urządzi, że zjawienie się Raskolnikowa będzie niespodzianką.
Raskolnikow odpowiada, że nie potrzebuje zmniejszenia kary. Porfiry mówi, że dużo ma jeszcze życia przed sobą. „Może Pan Bóg chciał pana w ten sposób doświadczyć”. Mówi, że Raskolnikow powinien zmienić powietrze. „Wymyślił teorię i wstyd mu, że się urwało, że wyszło wcale nie oryginalnie”. Nazywa go jednym z takich, którym choćby wyrżnąć wnętrzności, będą stali z uśmiechem, patrzyli na dręczycieli, jeśli znajdą wiarę lub Boga. „Znajdź pan a będziesz żył”. Mówi, że cierpienie jest dobrem, że Nikołaj może ma słuszność, że chce pocierpieć. "Oddaj się życiu poprostu bez rezonów, wyrzuci pana prosto na brzeg". Stwierdza, że Raskolnikow będzie jeszcze długo żył, że dobrze, że zabił tylko staruszkę, bo gdyby przyszła mu inna teoria, mógłby dopuścić się czynu sto milionów razy gorszego. „Potrzeba panu tylko teraz powietrza, powietrza, powietrza!”.
Porfiry daje mu półtora do dwóch dni. Mówi, że Raskolnikow nie ucieknie - „chłop ucieknie, młody sektant ucieknie, ale pan już dzisiaj nie wierzysz w swoją teorię”. Powtarza, że nawet gdyby go wsadził do więzienia, to po miesiącu czy dwóch sam się zjawi. „Cierpienie to rzecz nielada, w cierpieniu jest idea”. Prosząc, żeby w razie, gdyby chciał „rączkami własnymi usunąć siebie”, zostawił karteczkę i wspomniał o kamieniu, bo „to będzie szlachetniej”. Wychodzi zgięty, jakby unikał patrzenia na Raskolnikowa. Ten czeka, aż Porfiry oddali się od domu i szybko wybiega z pokoju.
Część szósta, Rozdział III
Raskolnikow śpieszy do Swidrigajłowa. Nie wie, czego może się spodziewać od tego człowieka, ale czuje, że ten ma nad nim jakąś przewagę. Od czasu, gdy Swidrigajłow wypowiedział te groźne słowa w mieszkaniu Soni przy śmierci Katarzyny Iwanowny, prawidłowy bieg myśli Raskolnikowa został przerwany. W drodze dręczy go pytanie, czy Swidrigajłow był u Porfiriego. Po namyśle dochodzi do wniosku, że nie był i zapewne nie pójdzie. Czuje nieskończone moralne znużenie, jego mózg tego poranku pracuje lepiej niż w ostatnich dniach.
W końcu udaje się do Swidrigajłowa, może spodziewając się czegoś nowego, wskazówek wyjścia. Myśli, że tonący i brzytwy się chwyta, może to los sprowadza ich ze sobą. Sonia przerażała go, uosabiała nieubłagalny wyrok - szczególnie w tej chwili nie był w stanie jej widzieć. Lepiej więc wybadać Swidrigajłowa. Nie może sobie nie przyznać, że Swidrigajłow jak gdyby mu już od dawna był do czegoś potrzebny. Przez te dni trapiła go myśl, że Swidrigajłow ciągle się kręci koło niego, posiadł jego tajemnicę i miał zamiary co do Duni. A jeśli teraz posiadłszy tajemnicę i otrzymawszy przewagę nad Raskolnikowem, zechce użyć tego jako broni przeciwko Duni?
Ta myśl dopiero teraz, gdy idzie do Swidrigajłowa, staje mu w oczach tak wyraźnie i doprowadza do ponurej wściekłości. Wtedy wszystko się zmieni, należy może wyznać tajemnicę Duni, może nawet zadenuncjować siebie, żeby odciągnąć ją od nierozważnego kroku. Dunia otrzymała dziś jakiś list, od kogo mogłaby odbierać listy w Petersburgu? Może od Łużyna? Prawda, że pilnuje ją Razumichin, ale ten o niczym nie wie. Raskolnikow tak się zmęczył przez ten miesiąc, że nie umie już rozwiązywać takich pytań inaczej jak zdaniem „to go zabiję” - pomyślał w zimnej rozpaczy.
Staje na środku ulicy i rozgląda się, gdzie jest. Znajduje się na prospekcie niedaleko placu Siennego. Pierwsze piętro domu zajmuje restauracja, okna otwarte, słychać pieśni, brzęk klarnetu i skrzypiec, piski kobiet. W jednym z narożnych okien trakterni spostrzega siedzącego przy stoliku Swidrigajłowa z fajką w ustach. Ten przygląda mu się w milczeniu i usiłuje jakby wstać i odejść niepostrzeżenie. Raskolnikow udaje, że go nie widzi, ale śledzi uważnie. Swidrigajłow widocznie nie chce być widzianym, ale gdy spostrzega, że Raskolnikow go widzi, między nimi zachodzi scena podobna do ich pierwszego spotkania. Filuterny uśmiech rozszerza się na twarzy Swidrigajłowa, w końcu śmieje się na cały głos i woła z okna: „Wchodź pan, kiedy pan chcesz, jestem tutaj!”.
Raskolnikow zastaje go w małej tylnej stancyjce o jednym oknie przytykającej do wielkiej sali, gdzie przy akompaniamencie chóru śpiewaków piją herbatę kupcy i urzędnicy. Na stoliku butelka szampańskiego do połowy wypita. W stancji jest też mały grajek z katarynką i tęga dziewczyna lat osiemnastu śpiewająca piskliwym kontraltem. Swidrigajłow każe jej odejść, nalewa jej kieliszek wina i daje rubla. Kasia wypija wino, całuje go w rękę i wychodzi.Swidrigajłow jeszcze tygodnia nie mieszka w Petersburgu, a już w tej lichej restauracji jest jak u siebie i spędza tu całe dnie.
Raskolnikow mówi, że szedł do niego, ale nagle zawrócił na ten prospekt z Siennego, choć nigdy tu nie skręca. Swidrigajłow pyta, dlaczego nie powie, że to cud. Mówi, że Raskolnikow obudził jego ciekawość, bo ma własne zdanie i nie tchórzył, gdy szło o nie. Raskolnikow zauważa, że Swidrigajłow przyszedł do niego wcześniej, nim się dowiedział, że jest zdolny mieć własne zdanie. Swidrigajłow odpowiada, że wtedy było co innego, każdy ma swoje widzimisię. Mówi, że sam naznaczył Raskolnikowowi schadzkę w tej restauracji, dwa razy objaśniał drogę, ale Raskolnikow zapomniał, adres odbił się w jego pamięci mechanicznie i przyszedł tu automatycznie.
Swidrigajłow opowiada, że Petersburg to miasto półwariatów, że widział, jak Raskolnikow chodzi po ulicy - najpierw głowa do góry, po dwudziestu krokach opuszcza ją, zakłada ręce w tył, patrzy, ale nic nie widzi, w końcu zaczyna ruszać ustami i rozmawiać sam ze sobą. Mówi, że może ktoś go śledzi oprócz niego. Raskolnikow pyta, czy wie, że jest śledzony, Swidrigajłow udaje zdziwienie. Raskolnikow zauważa, że gdy patrzył z ulicy, Swidrigajłow się chował. Ten odpowiada pytaniem, dlaczego Raskolnikow udawał, że śpi, gdy do niego przyszedł.
Raskolnikow patrzy na jego dziwną twarz podobną do maski - biała, rumiana, z różowymi wargami, jasno blond brodą. Oczy za niebieskie, wejrzenie za ciężkie i nieruchome. Jest coś strasznie nieprzyjemnego w tej pięknej, nie starzejącej się twarzy. Raskolnikow mówi wprost, że jeśli Swidrigajłow trwa w zamiarach co do jego siostry i chce skorzystać z tego, w co się wtajemniczył, to go zabije przedtem, nim ten go wsadzi do więzienia. Dodaje, że jeśli ma mu coś do powiedzenia, to niech mówi prędzej, bo czas drogi.
Swidrigajłow pyta, gdzie się tak śpieszy. „Każdy ma przed sobą drogę” - ponuro odpowiada Raskolnikow. Swidrigajłow mówi, że był mu potrzebny jako osobistość ciekawa dla obserwacji, podobał mu się przez fantastyczność położenia, jest bratem osoby, która go obchodziła i od której wiele o nim słyszał. Sam liczył, że Raskolnikow powie mu coś nowego. Mówi, że widzi go w dziwnym usposobieniu, bo się gdzieś wybiera.
Raskolnikow pyta, kim jest i po co przyjechał. Swidrigajłow odpowiada, że jest szlachcicem, służył w kawalerii, potem szwędał się po Petersburgu, ożenił się z Martą i mieszkał na wsi. Raskolnikow pyta, czy jest graczem. „Szulerem nie graczem” - odpowiada. Przyznaje, że przyjechał przede wszystkiem dla kobiet, zaraz po pogrzebie żony. Mówi o rozpuście, że przynajmniej jest w niej coś opartego na naturze, coś przebywające trwale żarzącym się węgielkiem we krwi. Zgadza się, że to choroba, ale że bez tego musiałby sobie w łeb palnąć. Gdy Raskolnikow pyta czy mógłby sobie palnąć, Swidrigajłow ze wstrętem prosi, żeby o tym nie mówić, przyznaje się do słabości, że lęka się śmierci.
Pyta o widma pani Marty, w Petersburgu jeszcze ich nie było. Mówi, że ma mało czasu, że się gdzieś wybiera, szkoda że nie mogą dłużej pogawędzić. Raskolnikow chce wstać, ale Swidrigajłow go zatrzymuje, mówiąc, że opowie mu, jak go kobieta „ratowała”, mówiąc stylem Raskolnikowa. Tą osobą jest jego siostra. „Panna Eudoksja nawet w tak złym i pustym człowieku jak ja może wzbudzić jedynie najgłębszy szacunek”.
Część szósta, Rozdział IV
Swidrigajłow zaczyna opowiadać historię swojego małżeństwa. Siedział w więzieniu za długi, gdy wykupiła go Marta Pietrowna, która pokochała go szaleńczą miłością. Była to kobieta uczciwa, wcale nie głupia, choć bez wykształcenia, znacznie starsza od niego. Po wielu kłótniach zawarli kontrakt - on nigdy jej nie opuści i nie odjedzie bez pozwolenia, nie będzie miał stałej kochanki, może spojrzeć na wiejskie dziewuchy, ale tylko za jej tajemnym zezwoleniem, nie może pokochać kobiety ich stanu, a gdyby miała go opanować poważniejsza żądza, to powinien się wyspowiadać przed żoną. Marta była spokojna, bo patrzyła na niego jak na rozpustnika, który poważnie nie byłby w stanie pokochać.
Swidrigajłow mówi, że serdecznie żałuje przykrości, jakie sprawiał żonie. W kłótniach przeważnie milczał, co wywierało na nią wpływ i podobało jej się. Ale siostry Raskolnikowa strawić nie mogła. Okazuje się, że sama Marta zakochała się w Duni literalnie. Z początku gniewała się na męża za obojętność na nieustanne rozkochane zdania o pannie Eudoksji. Opowiedziała Duni wszystkie sprawki męża, miała pasję opowiadania wszystkim sekretów rodzinnych.
Raskolnikow wspomina, że Łużyn oskarżał Swidrigajłowa o śmierć dziecka i samobójstwo lokaja. Swidrigajłow ze wstrętem i niecierpliwie przerywa, nie chce o tym mówić. Swidrigajłow mówi, że Dunia zaczęła go żałować jako człowieka zgubionego. „A gdy serce dziewczyny uczuje litość, to grozi mu poważne niebezpieczeństwo. Bezwarunkowo zapragnie ono uratować i wskrzesić”. Zauważa, że Dunia byłaby jedną z męczennic, gdyby żyła w drugim czy trzecim wieku naszej ery, śmiałaby się, gdyby jej wyrwano piersi rozpalonymi cęgami, uciekłaby na pustynię Egipską. „Jedynym jej pragnieniem jest przyjąć cudzą mękę na siebie”. Wspomina o Razumichinie, że to chłopczyk do rzeczy, widocznie seminarzysta, niech strzeże siostry Raskolnikowa.
Opowiada, że zaczął od najgwałtowniejszej żądzy. Napatoczyła się dziewczyna Parasza, którą tylko co przywieziono z sąsiedniej wioski, bardzo ładna, ale głupia. Dunia spotkała go w ogrodzie i z błyszczącymi oczami zażądała, żeby dał spokój biednej dziewczynie. Zaczęły się schadzki, potajemne rozmowy, nauki, prośby, błagania, nawet łzy. Swidrigajłow używał pochlebstwa - „najniezawodniejszego środka zwyciężenia serca kobiety, który nigdy nikogo nie zawiódł”. Mówi, że w pochlebstwie jeśli wszystko jest fałszywe, to jest przyjemne i słuchane z zadowoleniem, przynajmniej połowę przyjmuje się za prawdę. Opowiada, jak kiedyś uwiódł cnotliwą damę przywiązaną do męża i dzieci tylko przez pochlebstwo.
Ten sam środek zaczynał skutkować na Dunię, ale on był głupi i niecierpliwy. Duni nie podobał się wyraz jego oczu - coraz silniej wybuchał w nich płomień, który ją przerażał. Zaczął najrubaszniej wykpiwać jej propagandy, Parasza znowu wystąpiła na scenę. Mówi, że wzrok siostry Raskolnikowa śnił mu się, nie mógł znosić szelestu jej sukni, sądził, że oszaleje. Postanowił ofiarować jej wszystkie pieniądze - około 30 tysięcy rubli - żeby uciekła z nim do Petersburga. Gdyby mu rzekła „zarżnij lub otruj Martę i ożeń się ze mną”, to natychmiast by tego dokonał. Ale skończyło się katastrofą, gdy Marta wydobyła Łużyna i o mało nie skleciła małżeństwa, co byłoby tym samym, co on zamierzał.
Raskolnikow mówi, że jest pewny, że Swidrigajłow przybył tu, mając na względzie jego siostrę. Ten udaje, że tak nie jest, że Dunia go nie cierpi. Raskolnikow widzi, że ma jakieś zamiary i plany, oczywiście podłe. Swidrigajłow nagle mówi, że może jednym słówkiem poskromić wszystkie domysły Raskolnikowa - że się żeni. Opowiada o szesnastoletniej dziewczynce, którą mu załatwiła Resslich - ta sama, o której mówią, że jakaś dziewczynka w wodzie zimową porą. Dziewczynka jest córką byłego urzędnika, za miesiąc skończy szesnaście lat.
Dziewczynka ma jasne włoski wijące się jak baranek, różowe usta, twarz jak Madonna Rafaela. Swidrigajłow zawiózł półtora tysiąca rubli prezentów - diadem brylantowy, perły, srebrna szkatułka. Dziewczynka rzuciła mu się na szyję, obejmuje rączkami, całuje i zapewnia, że będzie posłuszną wierną żoną, poświęci całe życie, żeby pozyskać jego szacunek.
Raskolnikow pyta, czy ta rażąca różnica lat i pojęć budzi w nim żądze. Swidrigajłow odpowiada, że każdy myśli o sobie i najweselej ten żyje, kto siebie samego najlepiej potrafi okpić. Zaczyna opowiadać o dziewczynce lat trzynastu, którą zobaczył na wieczorze tańcującym, jak tańczy kankana z jakimś wirtuozem, matka siedzi pod ścianą. Dziewczynka rumieni się, płacze, tłum się śmieje. Swidrigajłow poznał matkę i córkę, ofiarował pieniądze, mówią, że przez pomyłkę pojechały na wieczór, sądząc, że to lekcje tańca.
Raskolnikow z obrzydzeniem przerywa te podłe anegdoty, nazywając go rozpustnym lubieżnikiem. Swidrigajłow śmieje się, że umyślnie opowiada takie rzeczy, żeby słuchać wykrzykników Raskolnikowa. Woła Filipa, płaci i wstaje, mówiąc, że jest pijany. Raskolnikow stwierdza, że dla wyuzdanego rozpustnika chwalenie się takimi triumfami musi być rozkoszą. Swidrigajłow odpowiada, że z Raskolnikowa porządny cynik, ma w sobie duży materiał. Żałuje, że tak krótko mogli mówić.
Wychodzą z restauracji, Swidrigajłow nie jest bardzo pijany. Jest czymś zajęty, czymś ważnym, jakieś oczekiwanie go drażni. W ostatnich chwilach jakoś się zmienił, stał się brutalny i złośliwy. Raskolnikow, podejrzewając go o coś, postanawia iść za nim. Na trotuarze Swidrigajłow mówi: „Pan na prawo, a ja na lewo, adieu mon plaisir” i idzie w stronę placu.
Część szósta, Rozdział V
Raskolnikow idzie krok w krok za Swidrigajłowem. Ten odwraca się i zdziwiony pyta, co to ma znaczyć. Raskolnikow mówi wprost, że nie odczepi się od niego, bo widzi, że Swidrigajłow nie porzucił podłych zamiarów względem jego siostry. Wie, że Dunia otrzymała dziś jakiś list, a Swidrigajłow przez cały czas ledwo mógł usiedzieć na miejscu. Nawet jeśli znalazł sobie jakąś żonę, to niczego nie dowodzi. Swidrigajłow pyta, czy ma zawołać policję. Gdy widzi, że Raskolnikow się nie boi, przybiera minę wesołą i przyjacielską. Mówi, że nie zaczynał rozmowy o sprawie Raskolnikowa, choć dręczy go ciekawość - sprawa fantastyczna.
Ostrzega, że na chwilę musi wpaść do domu po pieniądze, potem zamyka mieszkanie i jedzie na wyspy. Raskolnikow mówi, że pójdzie do Soni przeprosić, że nie był na pogrzebie. Swidrigajłow informuje, że Soni nie ma w domu, udała się z dziećmi do pewnej damy, którą olśnił, wnosząc pieniądze na sieroty. Pokazuje Raskolnikowowi wejście do mieszkania Soni, rzeczywiście nikogo nie ma. Potem idą do mieszkania Swidrigajłowa, który wyjmuje z biurka papiery pięcioprocentowe do wymiany w kantorze. Siada już w powozie i proponuje przejażdżkę, ale Raskolnikow dochodzi do wniosku, że jego podejrzenia w tej chwili są niesłuszne i zawraca. Gdyby się odwrócił, zobaczyłby, że Swidrigajłow po stu krokach zapłacił dorożkarzowi i znalazł się na trotuarze.
Raskolnikow czuje głęboki wstręt do Swidrigajłowa. „Że też mogłem choćby na chwilę spodziewać się czegoś od tego ordynarnego łotra!”. Idzie w głębokiej zadumie, wchodzi na most i zatrzymuje się przy balustradzie. Tuż przy nim stoi Dunia. Spotkał się z nią przy wejściu na most, ale jej nie spostrzegł. Ona przeraziła się, widząc go w takim stanie. Nagle spostrzega szybko zmierzającego Swidrigajłowa, który zbliża się ostrożnie, staje na uboczu, starając się, żeby Raskolnikow go nie zobaczył. Daje znaki Duni, żeby nie wołała brata i przyszła do niego.
Dunia obchodzi brata i zbliża się do Swidrigajłowa. Ten szepcze, że nie chce, żeby Rodion wiedział o ich spotkaniu, że siedział z nim w restauracji, gdzie go Raskolnikow sam odszukał. Mówi, że ma do powiedzenia rzeczy, których nie można powiedzieć na ulicy, musi wysłuchać panny Sofii, pokaże pewne dokumenty. Jeśli nie wejdzie do niego, to odmawia wszelkich wyjaśnień. „Arcyciekawa tajemnica braciszka pani spoczywa całkowicie w moich rękach”. Dunia pyta, czy Sonia jest ponformowana o ich przybyciu. Nie, nie wie nawet, czy będzie w domu, ale zapewne jest, bo dziś pochowała macochę. Prowadzi Dunię, mówiąc, że mieszka w tym samym domu co Sonia, która mieszka przez ścianę. Dunia mówi, że wie, że jest człowiekiem bez honoru, ale się nie boi, idzie naprzód choć twarz ma bladą.
Swidrigajłow zatrzymuje się przed mieszkaniem Soni, puka, nikogo nie ma. Pokazuje Duni swoje dwa pokoje, z sypialni prowadzą drzwi do pustych stancji do wynajęcia. Pokazuje jej krzesło, które przyniósł, żeby wygodniej podsłuchiwać - tam za drzwiami stoi stół Soni, gdzie siedziała i rozmawiała z Rodionem. „Podsłuchiwałem, siedząc na krześle przez dwa wieczory z rzędu za każdym razem po dwie godziny”. Prowadzi Dunię z powrotem do salonu, siada przy drugim końcu stołu. W jego oczach błyszczy ten sam ogień, który niegdyś tak ją przeraził.
Odosobnienie lokalu uderza ją, chce zapytać, czy jest gospodyni, ale nie pyta przez dumę.
Dunia kładzie list na stole i mówi, że to, co pisze, jest niemożliwe, że słyszała już tę głupią bajkę o jakiejś zbrodni brata i nie wierzy ani słówka. Swidrigajłow pyta, po co przyszła, jeśli nie wierzy - może tylko z ciekawości? Mówi że, nie na wygładzie Raskolnikowa opiera swoje oskarżenie, ale na jego własnych słowach. Przez dwa wieczory przychodził do Soni i odbył przed nią całkowitą spowiedź. Jest mordercą - zabił starą emerytkę lichwiarkę i jej siostrę Lizawietę toporem dla rabunku. Sam o tym opowiadał słowo w słowo Soni, która jedyna zna tajemnicę, ale go nie wyda.
Dunia bladymi drżącymi ustami szepcze, że to niemożliwe, że nie ma żadnej przyczyny. Swidrigajłow mówi, że zrabował, bo potrzebował pieniędzy, choć potem ich nie użył, tylko ukrył pod kamieniem. Dunia pyta, czy to możliwe, żeby mógł ukraść, prawie błaga Swidrigajłowa. Ten wyjaśnia teorię Raskolnikowa - pojedynczy występek dozwolony, jeśli cel dobry, jedna zbrodnia i sto dobrych uczynków. Dodaje rozdrażnienie głodem, ciasnym mieszkaniem, łachmanami, poczuciem nizkości stanowiska społecznego. Najbardziej zaś zarozumiałość i duma.
Była też teoria, że ludzie dzielą się na tych nadających się na „materiał” i na tych niezwykłych, dla których kodeks nie istnieje. Napoleon przypadł mu do gustu, bo wielu genialnych ludzi nie zwracało uwagi na krzywdy indywidualne. Wyobraził sobie, że jest genialny, teraz cierpi za to, że teorię potrafił stworzyć, ale iść naprzód bez namysłu nie był w stanie.
Dunia pyta o wyrzuty sumienia. Swidrigajłow odpowiada, że Rosjanie to ludzie o szerokiej duszy jak ich ojczyzna, skłonni do nieporządku i fantastyczności. Dunia mówi, że zna jego teorię, czytała artykuł w dzienniku, który przyniósł Razumichin. Chce iść do Soni, ale Swidrigajłow mówi, że ona nie wróci do późnej nocy. Dunia krzyczy, że łże, że wszystko było kłamstwem, nie wierzy mu. Prawie bez czucia pada na krzesło. Swidrigajłow pryska na nią wodą, ona się ocknie. Mówi, że ma pieniądze, w trzy dni wyrobi paszport, wywiezie Raskolnikowa za granicę. „A że tam zabił, to jeszcze tyle narobi dobrego, że się to wszystko zatrze”.
Dunia chce iść do niego, ale pyta, dlaczego drzwi są zamknięte na klucz - weszli, a teraz zamknięte. Swidrigajłow mówi, że niepodobna było krzyczeć o tym na wszystkie pokoje. Może ocalić Raskolnikowa, wszystko zależy od niej. Zaczyna szeptem z błyszczącymi oczami: „Jedno pani słowo i będzie ocalony! Ja go ocalę. Mam pieniądze i przyjaciół”. Mówi, że kocha ją bez granic, pozwól ucałować brzeg szaty, zrobię wszystko, co niepodobieństwem. Zaczyna jakby majaczyć, krew uderza mu do głowy.
Dunia biegnie do drzwi, krzycząc, żeby otworzył. Swidrigajłow oprzytomnia, złośliwy uśmiech występuje na ustach. Mówi, że nikogo nie ma, gospodyni wyszła. „Gdzie klucz? Otwórz natychmiast nędzny człowieku!”. Swidrigajłow stwierdza, że klucz zgubił. Dunia krzyczy „Więc to gwałt!” i biegnie do kąta, zasłaniając się stolikiem. Swidrigajłow oświadcza, że jest dwa razy silniejszy, nikt jej nie da wiary, po co młoda dziewczyna idzie sama do mieszkania kawalera. Los brata i matki spoczywa w jej rękach, będzie jej niewolnikiem przez całe życie.
Nagle Dunia wyjmuje z kieszeni rewolwer. Swidrigajłow ze zdziwieniem rozpoznaje swój rewolwer, który zaginął, ten sam, którym uczył ją strzelać na wsi. Dunia mówi, że to rewolwer jego żony, którą zabił - wzięła go, bo wie, do czego jest zdolny. „Ośmiel się postąpić krok jeden, a zabiję cię!”. Swidrigajłow pyta o brata przez ciekawość. Ona mówi, że może go denuncjować, jeśli chce, ale niech się nie rusza. Oskarża go, że otruł żonę. Ten pyta, czy jest pewna, gdyby nawet było prawdą, to przez nią, to ona byłaby przyczyną. Dunia krzyczy, że zawsze go nienawidziła. Swidrigajłow przypomina, jak w zapale już słabła, już się poddawała, widział to po oczach. „Kłamiesz oszczerco!” - krzyczy. „Wiem, że wystrzelisz piękny diabełku, no więc strzelaj!”.
Dunia podnosi rewolwer śmiertelnie blada z drżącą wargą, patrzy zdecydowana. Nigdy nie widział jej tak pięknej. Postępuje krok, pada wystrzał. Kula ślizga się po włosach, trafiając w ścianę. „Ugryzła osa! Prosto w łeb mierzy!”. Krew spływa cieniutką strugą po skroni. Dunia patrzy z dzikim zdumieniem, jakby nie pojmowała, co się dzieje. „Pudło! Strzelaj jeszcze, ja czekam”. Dunia znów podnosi rewolwer. „Wypuść mnie! Przysięgam, że znów wystrzelę, zabiję!¨.
Swidrigajłow postępuje jeszcze dwa kroki, mówiąc, że o trzy kroki nie można nie zabić. Dunia spuszcza kurek, wystrzału nie ma. „Nabiłaś niedobrze, jest tam jeszcze nabój, popraw”. Stoi o dwa kroki, ona pojmuje, że raczej umrze niż ją opuści. Nagle odrzuca rewolwer. Swidrigajłow ze zdziwieniem oddycha głęboko, coś jakby spadło mu z serca. To wybawienie od bardziej bolesnego i ponurego uczucia, którego sam nie mógł określić. Zbliża się i łagodnie obejmuje ją ręką, ona nie sprzeciwia się, ale drży jak listek, patrząc błagalnym wzrokiem.
„Puść mnie!” - błaga. Pyta, czy go nie kocha. Dunia przecząco kręci głową. „I nie możesz? Nigdy?” - szepcze z rozpaczą. „Nigdy!” - odpowiada. Następuje chwila strasznej niemej walki w jego duszy. Nagle odejmuje rękę, odchodzi do okna. „Oto jest klucz!” - kładzie na stole, nie patrząc na nią. „Bierz, uciekaj prędzej!”. W tym „prędzej” zadźwięczała straszna nuta. Dunia porywa klucz i wybiega. Po chwili jak szalona nieprzytomna wypada na kanał i biegnie w kierunku mostu.
Swidrigajłow stoi przy oknie jeszcze trzy minuty. Nareszcie odwraca się, dziwny uśmiech wykrzywia mu usta - smutny słaby uśmiech rozpaczy. Patrzy ze złością na krew, obmywa skroń. Podnosi odrzucony przez Dunię rewolwer - zostały dwa naboje i jeden kapiszon, raz tylko można jeszcze wystrzelić. Wsuwa rewolwer do kieszeni, bierze czapkę i wychodzi.
Część szósta, Rozdział VI
Cały wieczór do dziesiątej Swidrigajłow spędza w różnych traktjerniach i norach, przechodząc z jednej do drugiej. Spotyka Kasię, która śpiewa lokajską piosenkę „Zaczął Kasię mocno ściskać”. Poi Kasię, kataryniarza, chórzystów, lokajów i dwóch pisarczyków, którzy mieli krzywe nosy - jeden na prawo, drugi na lewo, co go zabawiło. Zaprowadzili go do jakiegoś wesołego ogródka, gdzie była jodełka trzyletnia i trzy krzaczki. Pisarczyki pokłócili się i wybrali go na sędziego. Okazało się, że jeden ukradł łyżkę z restauracji i sprzedał Żydowi. Swidrigajłow zapłacił za łyżkę i wyszedł. Sam przez cały czas nie wypił ani kropli wódki, tylko herbatę.
O dziesiątej niebo było groźnie zachmurzone, uderzył piorun, lunął deszcz jak wodospad. Raskolnikow cały przemoknięty doszedł do domu, otworzył biurko, rozdarł papiery, wsunął pieniądze do kieszeni. Udał się do Soni, która była w otoczeniu czworga dzieci Kapernaumowa, częstowała je herbatą. Przyjęła go w milczeniu i z szacunkiem, ale ze zdziwieniem, patrząc na zmoczone ubranie. Dzieci uciekły przestraszone.
Swidrigajłow mówi, że może wyjedzie do Ameryki, że widzą się po raz ostatni. Daje jej kwity za siostrzyczki i braciszka, które zabezpieczył. Potem daje jej trzy pięcioprocentowe bilety na 3000 rubli dla niej samej. „Tak bowiem żyć jak dotąd to brzydko panno Sofio i zresztą nie ma już żadnej potrzeby”. Sonia próbuje odmówić, ale on mówi, że pieniądze się przydadzą. „Pan Raskolnikow ma dwie drogi: albo kulką w łeb, albo kajdanki”. Wie wszystko od niego samego, nie jest papłą, nikomu nie powie. Jeśli go ubiorą w kajdanki, to ona za nim pójdzie, więc pieniądze się przydadzą. Prosi, żeby o jego wizycie nie wspominała nikomu ani pieniędzy nie pokazywała. Każe złożyć je u Razumichina. „Powiedz pani panu Razumichinowi, że pan Arkadiusz Swidrigajłow kłania się panu”. Wychodzi, zostawiając Sonię w zdumieniu.
Około północy Swidrigajłow składa ekscentryczną wizytę rodzicom swojej narzeczonej na wyspie Wasiljewskiej. Cały mokry o dwadzieścia minut na dwunastą budzi rodzinę. Mówi, że musi wyjechać za ważnym interesem i daje narzeczonej piętnaście tysięcy rubli w podarunku. Całuje pannę, poklepuje po buzi, potwierdza że wkrótce powróci. W jej oczkach widzi dziecinną ciekawość, ale i poważne nieme pytanie. Wychodzi, zostawiając wszystkich w niezwykłym wzburzeniu. Matka tłumaczy, że to wielki człowiek, bogacz, Bóg wie, co mu się roi po głowie.
O północy Swidrigajłow przechodzi przez most w kierunku strony Petersburskiej. Deszcz przestał padać, ale wiatr szumiał, przejmowały go dreszcze. Przez chwilę ze szczególnym zaciekawieniem spojrzał na czarną wodę Małej Newki. Szuka drewnianego hotelu, który zauważył niedawno, nazywa się coś w rodzaju Adrjanopola. Znajduje go - długi, drewniany, zczerniały budynek. Od obdartusa żąda numeru. Dostaje duszny ciasny pokoik gdzieś na końcu korytarza pod schodami. Inne są zajęte. Każe przynieść cielęcinę i herbatę.
Pokoik to klateczka tak niska że głową sięga sufitu. Ściany jakby zbite z desek z podarym obiciem. Przez szparę w ścianie widzi w sąsiednim pokoju pijanego mężczyznę, który wymyśla drugiemu, że jest nędzarzem bez rangi, że go wyciągnął z błota. Swidrigajłow pije herbatę, ale jeść nie może. Ma gorączkę, kładzie się owinięty kołdrą. Leży i prawie majacząc, myśli przesuwają się jak w kalejdoskopie. Wspomina, jak nie lubi szumu drzew w nocy podczas burzy. Nigdy nie lubił wody nawet na obrazkach. Myśli o żonie Marcie, że teraz ciemno i miejsce odpowiednie, żeby przyszła, ale właśnie teraz nie przyjdzie.
Przypomina mu się Dunia, jak wyglądała po pierwszym wystrzale, gdy przelękła się, opuściła rewolwer. Jak mu się jej żal zrobiło, jakby mu serce ścisnęło. Zaczyna tracić przytomność, dreszcz ustaje. Nagle czuje, jakby mysz przebiegła pod kołdrą. Zapalaszwiecę, szuka, znajduje mysz, która wyślizguje mu się z rąk, wpadła mu za pazuchę. Budzi się - był to sen.
Nie może spać, sny występują jedne za drugimi. Widzi sen o przepysznej willi w stylu angielskim pełnej kwiatów. W wielkiej sali na stołach pod białym całunem stoi trumna obita białym jedwabiem. W trumnie leży dziewczynka lat czternastu w białej sukni, cała w kwiatach, jasna blondynka z mokrymi włosami. To samobójczyni topielica, którą znał, serce rozbite nie mogące przeżyć krzywdy, która zgorszyła jej młode pojęcia.
Budzi się, otwiera okno, wiatr wpada jak wściekły. Pod oknem jakby ogród. Patrzy w mrok przez pięć minut, słyszy strzał armatni - sygnał, że woda przybiera. Myśli, że do rana zaleje niżej położone ulice. Zegar wybija trzecią. „Za godzinę będzie widno, po co czekać? Wyjdę zaraz, udam się wprost na Pietrowskij, tam wybiorę duży krzak zlany deszczem”.
Wychodzi ze świecą na korytarz, szukając obdartusa, żeby zapłacić. W ciemnym kącie między szafą a drzwiami znajduje dziewczynkę lat pięciu w zmoczonej sukience, drżącą i płaczącą. Z jej opowiadania wynika, że matka - jakaś pijana kucharka - ją biła, dziewczynka stłukła szklankę, uciekła i przesiedziała w kącie całą noc. Bierze ją do pokoju, rozbiera, kładzie na łóżku, przykrywa kołdrą. Dziecko natychmiast zasypia.
Chce wyjść, ale wraca spojrzeć na dziecko. Jej rumieniec wydaje się zbyt jaskrawy, jakby z gorączki lub wódki. Nagle wydaje mu się, że dziewczynka nie śpi, tylko udaje, że się śmieje. Otwierają się oczy i kusi go namiętnym bezwstydnym wzrokiem. To twarz kamelii, kokoty francuskiej. Pięcioletnia? Krzyczy ze zgrozą „Przeklęta!” i budzi się. Jest już po piątej, mgła gęsta, nic nie widać. Wstaje, wkłada mokre ubranie, wyjmuje rewolwer, poprawia kapiszon. W notesie pisze kilka wierszy. Muchy przylepiają się do niedotkniętej cielęciny, długo je łapie prawą ręką. Ocyka się z tego zajęcia i wychodzi.
Idzie po śliskim drewnianym bruku w kierunku Małej Newki. Migają mu wysoki przybór Newki, wyspa Pietrowska, mokre drzewa i ten krzak. Myśli, że to dobre miejsce, ale widzi wysoką wieżę. „Po co mam iść na Pietrowskij? Przynajmniej wobec urzędowego świadka”. Skręca w ulicę, gdzie stoi duży dom z wieżą. Przy bramie stoi żołnierz Żyd w miedzianym kasku Achillesa. Swidrigajłow mówi mu, że jadzie w obce strony, do Ameryki. Wyjmuje rewolwer, przykłada do prawej skroni. Achilles krzyczy, że tu nie miejsce. „Jak się będą pytać, to mów, że pojechał do Ameryki”. Spuszcza kurek.
Część szósta, Rozdział VII
Tego samego dnia wieczorem o siódmej Raskolnikow zbliża się do mieszkania matki i siostry w domu Bakalejewa. Waha się, czy wejść, ale postanowienie jest nieodwołalne. Myśli, że one jeszcze nic nie wiedzą, a przyzwyczaiły się uważać go za dziwaka. Jego ubranie jest okropne - całe zabłocone po całonocnym deszczu, podarte. Twarz zmieniona do niepoznania po dwudziestocztereogodzinnej walce z samym sobą. Całą noc spędził sam Bóg wie gdzie, ale przynajmniej się zdecydował.
Otwiera mu matka, Duni nie ma. Pulcheria Aleksandrowna oniemiała z radości, chwyta go za rękę, wciąga do pokoju. „Nareszcie jesteś!”. Łzy płyną jej z radości. Mówi, że wie, że ma Bóg wie jakie interesy i plany, nie będzie go badać. Po raz trzeci czyta jego artykuł, który przyniósł Razumichin. Mówi, że będzie jednym z pierwszych, jeśli nie najlepszym uczonym. Nawet Dunia o mało nie uwierzyła, że zwariował. Wspomina, jak ojciec dwa razy posyłał do gazet swoje utwory, ale ich nie przyjęto. Sześć dni temu gryzła się, patrząc na jego ubranie, jak żyje, ale teraz widzi, że gdy zechce, wszystko zdobędzie rozumem i talentem.
Raskolnikow pyta o Dunię. Matka mówi, że często jej nie ma, zostawia ją samą. Razumichin przychodzi posidieć, kocha i szanuje Raskolnikowa. Dunia ma swój charakter, od pewnego czasu ma jakieś sekrety. Raskolnikow mówi, że zaraz wychodzi. Pyta matkę: „Cokolwiek by się stało, cokolwiek byś usłyszała o mnie, czy będziesz mnie kochać tak jak teraz?”. Mówi, że przyszedł ją zapewnić, że ją kocha, że jest rad, że są sami. Choć będzie nieszczęśliwa, niech wie, że syn kocha ją teraz bardziej niż siebie samego, że wszystko, co myślała, że jest okrutny, było nieprawdą.
Matka całuje go, płaczą w uścisku. Widzi, że ma wielkie zmartwienia, przez cały ranek chodziła jak struta, czekała, przeczuwała. Pyta, czy jedzie gdzieś. „Jadę” - odpowiada. Matka chce z nim jechać, ale on odmawia i prosi, żeby się modliła za niego. Klęka przed nią, całuje jej nogi, oboje płaczą. Ona go błogosławi. Mówi, że jest teraz taki, jakim był za młodu, tak samo przychodził, ściskał i całował. Serce matki przeczuło nieszczęście. Pyta, czy daleko jedzie. „Bardzo daleko”. Prosi, żeby się modliła. Wyrywa się.
Wieczór jest świeży, ciepły, jasny, wypogodziło się. Raskolnikow spieszy do swojego mieszkania, chce skończyć wszystko przed zachodem słońca. W pokoju zastaje Dunię, która od dawna czeka. Ze wzroku zrozumiał, że ona wie o wszystkim. Dunia mówi, że siedziała cały dzień u Soni, obie czekały. Raskolnikow mówi, że jest słaby, bardzo zmęczony. Pyta, gdzie był całą noc. Nie pamięta dobrze, kilka razy chodził nad Newą, chciał tam skończyć, ale się nie zdecydował. Dunia dziękuje Bogu, że wierzy jeszcze w życie.
Raskolnikow mówi, że nie wierzył, ale przed chwilą z matką płakali w uścisku, prosił ją, żeby się modliła, choć sam nic nie rozumie. Dunia ze zgrozą pyta, czy powiedział matce. Nie słowami, ale ona domyśliła się wiele, słyszała w nocy, jak Dunia mówiła w malignie. Dunia mówi, że jest nędznikiem, a jednak gotów iść na cierpienie. Raskolnikow stwierdza, że dla uniknięcia wstydu chciał się utopić, ale stojąc nad wodą, pomyślał, że jeśli dotąd uważał się za silnego, to niech się i wstydu nie zlęknie. „Czy to ambicja?” - pyta. „Ambicja” - odpowiada Dunia.
Mówi, że idzie zaraz wydać siebie, choć nie wie dlaczego. Grube łzy spływają po policzkach. Dunia pyta, czy idąc na cierpienie, nie zmywa w połowie zbrodni. Raskolnikow wybucha - czy to, że zabił nędzną szkodliwą wesz starą lichwiarkę, to zbrodnia? Nie myśli jej zmywać. Teraz dopiero widzi nonsens swojego postanowienia. Z nędzy i niezdarności decyduje się na to. On miał na względzie dobro ludzkości, byłby dokonał tysiąca dobrych uczynków. Chciał tylko zyskać niezależność, zrobić pierwszy krok. „Lecz ja nawet pierwszego kroku - nie wytrzymałem, bo jestem podły!”.
Mówi, że nigdy wyraźniej nie odczuwał swojej zbrodni jak teraz i bardziej nie rozumie jej. Gdy spojrzał w oczy Duni, zobaczył tyle męczarni za siebie, że oprzytomniał, poczuł, że unieszczęśliwił te dwie biedne kobiety. Prosi o przebaczenie, choć wie, że przebaczyć mu nie można. Prosi, żeby nie szła za nim, bo musi jeszcze gdzieś zajść. Błaga, żeby poszła do matki, nie odchodziła od niej ani na chwilę, bo zostawił ją w trwodze. Razumichin będzie przy nich. Mówi, że postara się być mężnym i uczciwym przez całe życie i choć jest mordercą, to może jeszcze usłyszą jego imię, nie shańbi ich.
Wyjmuje z książki portrecik akwarelą na kości słoniowej - to portret jego dawnej narzeczonej, która umarła na tyfus. Z nią dużo rozmawiał o tym, co potem urzeczywistniło się tak okropnie. Cieszy się, że jej już nie ma. „Najważniejsze, że wszystko teraz pójdzie nowym torem, złamie się na dwoje”. Pyta, po co te bezmyślne próby, dlaczego przystaje na takie życie. „Wiedziałem, że jestem podły, jeszcze dziś o świcie stojąc nad Newą".
Wychodzą. Odszedłszy pięćdziesiąt kroków, Dunia ogląda się, on też stoi przy rogu. Widząc, że patrzy niecierpliwie, machnął ręką, żeby odeszła. Myśli: „Jestem zły, widzę to. Dlaczego one mnie tak kochają, kiedy nie jestem godzien! Gdybym był sam i nikt by mnie nie kochał, to sam bym nikogo nie kochał!”. Zastanawia się, czy przez przyszłe 15-20 lat jego dusza upokorzy się, że będzie wyrzekał przed ludźmi, nazywając siebie rozbójnikiem. Myśli, że wszyscy po ulicy są podli lub głupi z natury. „Jak ich wszystkich nie cierpię!”. Zadaje sobie pytanie, po co żyć, po co idzie, skoro wie, że wszystko będzie jak z książki. Jednak mimo to idzie.
Część szósta, Rozdział VIII
Raskolnikow wchodzi do Soni o zmroku. Czekała w strasznym wzruszeniu razem z Dunią, która przyszła od rana, wiedząc ze słów Swidrigajłowa, że Sonia „wie o tym”. Dunia ucieszyła się,, że brat nie będzie sam - do Soni pierwszej przyszedł ze spowiedzią, ona pójdzie za nim, gdzie go los pośle. Gdy Dunia odchodzi, żeby czekać na brata w jego mieszkaniu, Sonia dręczy się myślą, że może on popełnić samobójstwo.
Gdy Raskolnikow wchodzi, radosny okrzyk wyrywa się z jej piersi, ale spojrzawszy na jego twarz, blednie. „Właśnie też! Przychodzę po twoje krzyże Soniu. Samaś mnie przecie posyłała na rozdroże”. Jego ton jest dziwny, udawany. Mówi, że doszedł do przekonania, że tak będzie korzystniej. Irytuje go, że głupie zwierzęce mordy obstąpią go, będą zadawać pytania. Nie idzie do Porfiriego, bo go znudził, pójdzie do przyjaciela Procha. Jest jakby sam nie swój, myśli przeskakują, ręce drżą.
Sonia wyjmuje dwa krzyże - cyprysowy i miedziany. Wkłada mu cyprysowy na piersi. On drwi, że to symbol przyjęcia krzyża, cyprysowy ludowy, a miedziany od Lizawiety ona sobie zostawia. Prosi, żeby się przeżegnał, pomodlił. Robi to kilka razy. Sonia bierze zieloną chustkę - tę samą, o której wspominał Marmeladow. Raskolnikow chce wyjść sam, krzyczy „na co mi świta!”, Sonia zostaje. Nawet się nie pożegnał.
Na ulicy błyska mu myśl - po co do niej chodził? Nie miał żadnego interesu. Czy ją kocha? Nie! Odpędził jak psa. „Łez jej było mi potrzeba, patrzeć, jak ją serce boli! I ja śmiałem tak marzyć o sobie, ja nędzarz, podły!”. Idzie na plac Sienny. Myśli, jak będzie patrzył na wszystko, gdy go powiozą w aresztanckich budach. W tłumie jakiś pijak tańczy. Gdy dochodzi do środka placu, przypomina sobie słowa Soni: „Idź na rozdroże, pokłoń się ludziom, ucałuj ziemię, boś zgrzeszył względem niej i powiedz głośno: jestem zabójcą!”. Wszystko w nim rozmiękło, łzy bryznęły. Ukląkł na środku placu, pokłonił się i pocałował błotnisty bruk z rozkoszą. Wstał i pokłonił się drugi raz.
„A to się schlał!” - mówi wyrostek. Śmiech. „On do Jerozolimy idzie” - dodaje pijany mieszczanin. Słowa „jam zabił” zamarły na ustach. Idzie do biura cyrkułowego. W drodze widzi Sonię - chowała się za budką, towarzyszyła mu. Rozumie, że będzie z nim na wieki. W biurze mało ludzi. Zamietowa nie ma. Nagle Raskolnikow słyszy głos Procha. Ten w wybornym nastroju rozprawia o literaturze, nihilistach. Mówi, że Zamietow odszedł. Nagle ktoś donosi o przyjezdnym, który się zastrzelił. „Swidrigajłow!” - mówi głos z drugiego pokoju. Raskolnikow zadrżał. Wczoraj go widział, siostra była u nich guwernantką. Czuje, jakby coś nań spadło.
Raskolnikow Wychodzi z biura, chwiejąc się. Na podwórzu Sonia patrzy na niego dzikim wzrokiem. Klaszcze w ręce. Brzydki uśmiech pojawia na jego ustach. Zawraca do kancelarii. Zbliża się do stołu, gdzie siedzi Proch. „To ja...” - zaczyna. „Napij się pan wody”. Raskolnikow odsuwa wodę i dobitnie mówi: „To ja zabiłem wtedy starą emerytkę i jej siostrę Elżbietę toporem i zrabowałem”. Ze wszystkich stron zbiegają się ludzie. Raskolnikow powtarza swoje zdanie.
Epilog
I
Sybir. Od 9 miesięcy Raskolnikow siedzi w więzieniu skazany na ciężkie roboty drugiego rzędu. Od zbrodni minęło półtora roku. Proces odbył się bez komplikacji - przestępca wyraźnie zeznał wszystkie szczegóły, wskazał kamień, pod którym znaleziono łup. Sędziowie byli zdziwieni, że nie skorzystał z pieniędzy (317 rubli). Psychologowie mówili o chwilowym zaćmieniu umysłu.
Razumichin przedstawił dowody, że Raskolnikow pomagał biednemu koledze, pielęgnował jego ojca. Gospodyni zaświadczyła, że podczas pożaru wyniósł dwoje dzieci i się poparzył. Skazano go na 8 lat dzięki przyznaniu się i okolicznościom łagodzącym.
Matka zachorowała na dziwną chorobę nerwową graniczącą z obłąkaniem. Sama stworzyła historię o odjeździe syna, nie pytała, gdzie jest, czytała jego artykuł. Umarła w dwa miesiące po jego wyjeździe. Dunia wyszła za Razumichina, planowali za 5 lat osiedlić się na Syberii. Sonia pisała regularne listy pełne faktów o życiu Raskolnikowa w katordze.
II
Raskolnikow był chory od dawna, ale nie okropność więzienia go złamała. Jego ambicja była draśnięta - wstydził się, że przepadł tak ślepo przez wyrok losu. Nie żałował przestępstwa, tylko że nie wytrzymał. Patrzył na towarzyszy, jak cenią życie. Między nim a nimi była nieprzebyta przepaść. Nie lubili go, pogardzali nim. „Tyś pan! Gdzie tobie do topora!”.
Raz rzucili się na niego, że jest bezbożnikiem i chcieli zabić. Konwojny zdążył stanąć między nimi. Wszyscy polubili Sonię, nazywali ją „matuszko, matko nasza delikatna”. W chorobie roiło mu się o morowej zarazie, która niszczy świat, tylko niewielu czystych się uratuje.
Po świętach pewnego ranka poszedł na robotę nad rzekę. Usiadł na belkach, patrzył na step, gdzie czerniały jurty. Tam była wolność, jakby czas stanął. Nagle przy nim znalazła się Sonia. Ich ręce nie chciały się puścić. Coś go porwało, rzucił się do jej nóg. Płakał i ściskał jej kolana. Ona zrozumiała - on kocha ją bez granic. Obudziła ich miłość.
Postanowili czekać. Mieli przed sobą 7 lat, ale on odżył. Pod poduszką miał Ewangelię od niej. Myślał: „czyliż jej przekonania mogą nie być mojemi?”. Nie wiedział, że nowe życie nie przychodzi darmo, musi je okupić wielkim przyszłym czynem.
Tu zaczyna się nowa historia - historia stopniowego odnawiania się człowieka, przechodzenia z jednego świata w drugi. Ale powieść się kończy.