MaturaPolski.pl Zdaj polski na 100%

Zdążyć przed Panem Bogiem — streszczenie szczegółowe

Spis treści (15)

Reportaż (wywiad-rzeka) Hanny Krall z Markiem Edelmanem — jednym z przywódców powstania w getcie warszawskim (1943), a po wojnie wybitnym kardiochirurgiem. Tekst nieustannie przeplata dwa plany: wspomnienia z getta i Zagłady oraz współczesną pracę Edelmana przy stole operacyjnym. Tytuł odsyła do jego roli lekarza, który musi „zdążyć przed Panem Bogiem” — wyprzedzić śmierć, ratując ludzkie życie.

Powstanie w getcie — 19 kwietnia 1943

Narracja zaczyna się od wspomnienia 19 kwietnia 1943 — dnia wybuchu powstania. Edelman opisuje siebie w czerwonym swetrze z angory (zdobytym po zamożnym Żydzie), z dwoma pasami na krzyż i rewolwerami — „do sznytu”, bo wydawało się, że „kto ma dwa rewolwery, ten ma wszystko”. Krall raz po raz koryguje jego ton, dążąc do rzeczowości i spokoju zamiast efektownych „kawałków”.

Edelman relacjonuje pierwsze godziny walki w getcie fabryki szczotek (Franciszkańska, Świętojerska, Bonifraterska): zaminowaną bramę, odpieranie niemieckiej tyraliery, ostrzelanie trzech parlamentariuszy z białą kokardą (scena, którą później znalazł w raportach Stroopa). Podkreśla, że strzelanie miało znaczenie nie militarne, lecz symboliczne — trzeba było pokazać „temu innemu światu”, że Żydzi walczą, bo „ludzie zawsze uważali, że strzelanie jest największym bohaterstwem”.

Wspomina sztab powstania: pięciu dowódców liczących razem 110 lat. Komendantem został Mordechaj Anielewicz — zdolny, pełen zapału, lecz „trochę dziecinny w ambicji”, który bardzo chciał nim być. Edelman demitologizuje go: biedne dzieciństwo (matka kazała mu farbować skrzela ryb na świeże), wieczny głód, a przede wszystkim fakt, że Anielewicz nigdy wcześniej nie widział „akcji” — ładowania ludzi do wagonów na Umschlagplatzu, co może człowieka załamać. Po pierwszym dniu walki Anielewicz się załamał („zginiemy wszyscy”), choć Edelman podejrzewa, że skrycie wierzył w jakieś zwycięstwo. 8 maja na Miłej 18 Anielewicz zastrzelił swoją dziewczynę Mirę, potem siebie; nastąpiła zbiorowa fala samobójstw (ok. 80 osób). Edelman relacjonuje to bez patosu, wręcz prowokacyjnie (dziewczyna Ruth strzelała do siebie siedem razy — „zmarnowała sześć naboi”), kwestionując kult symbolicznej śmierci: „Nie poświęca się życia dla symboli”.

Umschlagplatz — wielka akcja likwidacyjna

Centralnym wspomnieniem jest praca Edelmana jako gońca szpitalnego przy bramie Umschlagplatzu podczas wielkiej akcji likwidacyjnej (22 lipca – 8 września 1942): przez sześć tygodni wyprowadzał z transportów „chorych”, czyli wybranych do ocalenia. Był wówczas bezwzględny — mając prawo zabrać jedną osobę, wybierał najlepszą łączniczkę zamiast błaganej córki. Opisuje mechanizm zwodzenia ofiar kolejnymi „obietnicami życia” (numerki, praca przy maszynach do szycia, wreszcie chleb: 3 kilo i marmolada za dobrowolny wyjazd). Tłumaczy, czym był chleb w getcie — głodem tak skrajnym, że tysiące ludzi same, w kolejce, czwórkami szły po bochenek i wsiadały do wagonów do Treblinki. Choć podziemie (wysłany kolega Zygmunt) ustaliło i ogłosiło prawdę o Treblince, ludzie nie wierzyli („Posłano by nas na śmierć z chlebem? Tyle chleba zmarnowaliby?!”).

Pojawia się też kluczowy etyczny motyw książki: lekarka, która ostatniego dnia akcji podała truciznę dzieciom ze szpitala, by uchronić je od komory gazowej — i to obcym dzieciom, choć pielęgniarki cyjanek chowały dla najbliższych. Edelman wspomina samobójstwo Czerniakowa, prezesa Judenratu, i wytyka mu jedyną „pretensję” swojego środowiska: że uczynił swą śmierć „prywatną sprawą”, zamiast umrzeć publicznie, wzywając ludzi do walki.

Edelman relacjonuje też pomysły na zbiorową śmierć (Dawid: rzucić się na mury i dać się rozstrzelać rzędami; Estera: podpalić getto, „niech wiatr rozniesie nasze popioły”). Większość wybrała powstanie, bo „ludzkość umówiła się, że umieranie z bronią jest piękniejsze”. Podkreśla, że ŻOB liczył wtedy zaledwie 220 ludzi i że chodziło tylko o wybór sposobu umierania.

Kontrowersje wokół wywiadu i „strzęp człowieka”

Znaczną część chunku zajmuje kontrowersja wokół samego wywiadu. Po publikacji i przekładach świat oburzył się, że Edelman „odarł wszystko z wielkości” — najbardziej o ryby Anielewicza (w „L'Express” matka kupowała „un petit pot de peinture rouge”). Pojawiają się: obrona pióra literata pana S. („Wyznanie ostatniego dowódcy getta”), list niemieckiego weterana ze Stuttgartu, wspomnienie wizyty w USA (1963) u przywódców związków, którzy w czasie wojny słali pieniądze na broń i nie dowierzali raportom o Zagładzie. Krall ironicznie demaskuje mechanizm: przekład na obcy język („porkchop” zamiast koszernej prośby umierającej babci) odbiera grozie autentyczność, pozwalając opowiadać „spokojnie, jak przy kulturalnym obiedzie”. Antek (zastępca, po aryjskiej stronie) i Celina aprobują wywiad, lecz Antek chce poprawić liczbę powstańców na 600; Edelman z gniewem odmawia: „Czy wy naprawdę nie możecie zrozumieć, że to już jest bez znaczenia?!”.

Wraca motyw niedopasowania Edelmana do roli bohatera: po wyjściu z getta złożył rzeczowy raport („można było zabić więcej Niemców i więcej swoich ocalić, ale nie byliśmy wyszkoleni, a Niemcy też potrafili się bić”), na co usłyszał: „to nie jest normalny człowiek, to strzęp człowieka” — bo nie mówił z patosem i nienawiścią, nie umiał krzyczeć. Dlatego milczał przez trzydzieści lat. Wspomina jazdę tramwajem tuż po wyjściu z getta, gdy zapragnął „nie mieć twarzy” — czuł, że ma odrażającą, czarną twarz „z plakatu ŻYDZI — WSZY — TYFUS”, wśród jasnych, pięknych, spokojnych twarzy.

Estetyka śmierci i choroba głodowa

Rozwija się tu kluczowy motyw estetyki śmierci. Edelman zestawia „piękną, estetyczną śmierć” jasnowłosej Krystyny Krahelskiej (autorki „Hej, chłopcy, bagnet na broń”, poległej w powstaniu warszawskim wśród słoneczników) z nieestetyczną, „czarną i brzydką” śmiercią z głodu — „tak żyją i umierają piękni i jaśni ludzie”, a brzydcy umierają „w strachu i ciemności”. Następuje wstrząsająca, beznamiętnie podana dokumentacja głodu w getcie: dzieci wyrywające paczki, racje dzielone w szpitalu, przypadek Rywki Urman (która odgryzła kawałek zmarłego z głodu syna), porzucone zwłoki dzieci. Lekarze prowadzili wówczas naukowe badania nad chorobą głodową ("materiał badawczy" wyjątkowo obfity), przerwane, gdy „uległ zniszczeniu surowiec ludzki” — likwidacja getta; badacze zginęli zaraz po „zniszczeniu surowca”. Współczesny doktor Edelman-kardiolog komentuje te badania fachowo (rola białka, elektrolitów), spinając dwa plany książki.

Krall cytuje fragmenty pracy „Choroba głodowa. Badania kliniczne nad głodem wykonane w getcie warszawskim w 1942 roku”: trzy stopnie wychudzenia (od utraty tłuszczu po przedśmiertne charłactwo), wagę 30–40 kg (najniższa 24 kg), obrzęki, maskowate twarze. Wprost wiąże ten naturalistyczny opis z motywem przewodnim: różnica między pięknym a nieestetycznym umieraniem jest kluczowa, bo „wszystko, co nastąpiło 19 kwietnia 1943, było tęsknotą za pięknym umieraniem”.

Plan współczesny — narodziny kardiochirurgii

Następuje pełne przejście do planu współczesnego — kardiochirurgii. Wojna była „szkołą dla młodego chirurga”: Profesor (kierownik kliniki, z którym pracuje Edelman) nabrał wprawy dzięki partyzantom i frontowi, a pod Warką po raz pierwszy zobaczył otwarte, bijące serce. Krall śledzi narodziny polskiej kardiochirurgii (1947 — pierwsze otwarcie klatki piersiowej, prof. Crafoord ze Sztokholmu; 1952 — operacja stenozy mitralnej Genowefy Kwapisz) i wprowadza galerię pacjentów: majster Rudny, pani Bubnerowa (spokojna, bo jej zmarły mąż „ma dobre stosunki z Panem Bogiem”), prezes Rzewuski.

Rozwija się centralny motyw etyczny i tytułowy. Profesor przed każdą operacją odczuwa wielki strach — ale najbardziej boi się nie Pana Boga ani śmierci pacjenta (który bez operacji i tak umrze), lecz oskarżenia kolegów: „ON EKSPERYMENTUJE NA CZŁOWIEKU”. Etyka komplikuje życie kardiochirurga: jeśli pacjent umrze bez operacji, nikt nie pyta; jeśli umrze po nowatorskiej operacji, której „nikt na świecie nie robi”, to skandal. Krall odsłania kulisy wynalezienia przełomowej operacji (odwrócenie krwiobiegu / bypass w stanie ostrego zawału): od przypadkowej wątpliwości asystenta (tętnica czy żyła?), przez nocne szkice Edelmana i Profesora, próby z błękitem metylenowym na sercach trupów, po pracę całego zespołu (Elżbieta Chętkowska, Aga Żuchowska ze swoim „Eee, tam” i wyprawami do biblioteki, Ratajczak-Pakalska). Operacji wbrew podręcznikom nie wolno robić — więc przez rok umiera kolejnych kilkanaście osób z zawału przedniej ściany z blokiem prawej gałązki, aż za czternastym razem Profesor mówi „Dobrze. Spróbujemy” (pacjentką jest Bubnerowa). Chunk kończy się sceną ramową: Profesor siedzi sam w gabinecie przed operacją Rzewuskiego, a za drzwiami doktor Edelman pali papierosa — to jego słowa („można operować mimo zawału”) uruchomiły całą sprawę. Tak zestawia się dawny Edelman wysyłający ludzi na śmierć z dzisiejszym, walczącym o każde życie.

Krall rozwija scenę decyzji Profesora przed operacją Rzewuskiego (pacjenta z drugim, rozległym zawałem). Profesor jest uwięziony — z gabinetu jedyne wyjście blokuje czekający Edelman; ucieczka się nie udaje. Wspomina udaną operację Bubnerowej (odwrócenie krwiobiegu, ulepszenie metody Clauda Becka) i jej międzynarodowy sukces (owacja na zjeździe w Bad Nauheim, naśladowcy z Pittsburgha) — lecz wie, że gdyby Rzewuski umarł, nikt nie powie „a Rudny i Bubnerowa żyją”, tylko „zoperował w stanie zawału, więc zabił go”. Pojawia się motyw modlitwy: Profesor chciałby się modlić, by Rzewuski cofnął zgodę — ale to znaczyłoby modlić się o jego pewną śmierć. Włącza „motywację społeczną” (jak przed Barnardem nikt nie przeszczepiał serca — ktoś musi podjąć próbę) i pewność, że operacja ma sens. Nawet ostrożna docent Wróblówna, od której spodziewał się sprzeciwu, mówi „trzeba operować”. Profesor idzie na blok z poczuciem zupełnej samotności — „sam na sam z sercem, które porusza się jak małe przerażone zwierzątko”.

Na pytanie Krall, czy łatwo decyduje się na ryzyko, „bo jest oswojony ze śmiercią”, Edelman odpowiada kluczowym dla książki zdaniem: „kiedy się dobrze zna śmierć, ma się większą odpowiedzialność za życie — każda, najmniejsza nawet szansa życia staje się bardzo ważna”. Krall ujawnia też metanarracyjnie, że Elżbieta Chętkowska już nie żyje (jej imienia jest nagroda kardiologiczna), a Edelman opisał wszystko o chorych na serce w pracy „Zawał serca” (w pracy o głodzie nie mógł brać udziału, bo był tylko gońcem).

Godność idących na śmierć — „nie dać się wepchnąć na beczkę”

Akcja wraca do getta. Krall przywołuje film „Requiem dla 500 000”, w którym widać biegnących z chlebem ludzi pędzonych do wagonów, i wyznaje, że gdy zaczęto strzelać (wybuch powstania), poczuła „ulgę”, bo wybuchy zasłoniły biegnących. Edelman wybucha gniewem — oskarża ją (i wszystkich, łącznie z amerykańskim profesorem, który mówił mu „szliście jak barany na śmierć”), że uważają idących na śmierć za gorszych od tych, co strzelali. Broni ich z mocą: śmierć w komorze gazowej nie jest gorsza od śmierci w walce, a iść spokojnie i godnie na śmierć (kopać sobie dół, rozbierać się do naga) jest znacznie trudniej niż umierać, strzelając. Niegodna jest tylko śmierć okupiona ratowaniem się cudzym kosztem.

Edelman opowiada fundamentalną dla siebie scenę z beczki (jeszcze przed powstaniem getta): na ulicy Żelaznej tłum śmiał się, gdy dwaj rośli niemieccy oficerowie wielkimi nożycami obcinali brodę staremu, niskiemu Żydowi postawionemu na drewnianej beczce. Scena była „obiektywnie śmieszna jak gag filmowy” — i właśnie ta bezkarność i śmiech uświadomiły mu, że najważniejsze jest nie dać się wepchnąć na beczkę — nigdy, przez nikogo. „Wszystko, co robiłem potem, robiłem dlatego, żeby nie dać się wepchnąć”. Na uwagę Krall, że na początku wojny mógł uciec przez zieloną granicę jak inni, odpowiada, że tamci to byli „inni ludzie” — z kulturalnych, zamożnych domów, przy których on, gorzej uczący się i śpiewający, czuł się nikim.

Edelman tłumaczy, że został w Polsce, bo przed wojną namawiał Żydów, że ich miejsce jest tutaj (tu będzie socjalizm) — a skoro zostali i zaczęła się Zagłada, on też musiał zostać; po wojnie jego koledzy zostali dyrektorami i profesorami za granicą, on zaś „odprowadził na Umschlagplatz czterysta tysięcy osób”. Krall wplata drobne, „kiczowate” motywy, które Edelmana się trzymają: anonimowe żółte kwiaty przysyłane mu co roku w rocznicę powstania (31 bukietów; w 1968 nie dostał) oraz prostytutki, które codziennie dawały mu bułkę. Edelman demitologizuje getto: w bunkrze Anielewicza na Miłej były prostytutki i alfons, a wspólny posiłek u nich był „jednym z najlepszych dni w getcie”. Gdy schodzili do kanałów, jedna z dziewcząt prosiła, by mogły wyjść z nimi na stronę aryjską — odpowiedział „nie” (i prosi Krall, by nie kazała mu dziś tego tłumaczyć).

Pojawia się postać „Adama” — przedwojennego oficera, bohatera obrony Modlina, dawnego idola Edelmana. Gdy na Lesznie esesowcy zaczęli strzelać, Adam — przywykły, że zawsze miał broń — uciekł z tłumem i „przestał działać”; po zabraniu jego dziewczyny Ani na Pawiak załamał się zupełnie. Dlatego do Komendy ŻOB poszedł Edelman. Stąd kluczowa refleksja: bierność oznaczała pewną śmierć, działanie było jedyną szansą — „krzątanina” nie miała znaczenia (i tak wszyscy ginęli), ale człowiek nie czekał bezczynnie na swoją kolej, „nie stawał na beczce”.

Numerki na życie — dramaty wyboru

Następuje seria wstrząsających epizodów z Umschlagplatzu:

  • Pielęgniarki ze szkoły Luby Blumowej (w nieskazitelnych fartuchach) łamały nogi ludziom, by udowodnić Niemcom, że są „chorzy” i odesłać ich karetką — jedyny sposób ocalenia.
  • W sali gimnastycznej, gdzie apatyczny tłum czekał na wagony, kilku własowców gwałciło w kolejce dziewczynę; naga, zakrwawiona przeszła przez salę, a nikt — w tym stojący z tyłu Edelman — nie poruszył się ani nie odezwał („Nic nie zrobiłem”, powiedział Elżbiecie). Krall zauważa, że gdyby tłum wstał, łatwo obezwładniłby Ukraińców — lecz ci ludzie „byli zdolni tylko do czekania na wagony”. (Edelman dodaje, że ta dziewczyna żyje, ma męża i dzieci.)
  • Pola Lifszyc — którą Edelman wyprowadził — wróciła do domu, nie zastała matki (już pędzonej na Umschlagplatz), pobiegła za kolumną i w ostatniej chwili wmieszała się w tłum, by iść z matką do wagonu, choć jako ładna i „niepodobna do Żydówki” miała ogromne szanse ocalenia. Edelman pyta: o Korczaku wiedzą wszyscy — a kto wie o Poli Lifszyc?

Centralnym motywem jest podział numerków na życie: Niemcy dali Gminie 40 tysięcy kartek, każąc rozdzielić samym, kto zostanie, a kto pójdzie na Umschlagplatz. Lekarz naczelny Anna Braude-Hellerowa najpierw odmówiła („Komu się należą? Czy jest miara, według której można rozstrzygnąć, kto ma prawo żyć?”), potem jednak dzieliła. Z tym wiążą się dramaty: Frania odpychająca rękami błagającą matkę, by mogła wejść do szeregu z numerkiem (przeżyła, uratowała później kilkanaście osób); przełożona pielęgniarek Tenenbaumowa, która oddała swój numerek córce Dedzie, a sama połknęła luminal (znaleziono ją żywą — „czy powinniśmy ją byli ratować?”). Edelman opowiada też o dziewiętnastoletniej pielęgniarce, która bez słowa udusiła nowo narodzone dziecko poduszką, gdy Niemcy wygarniali ludzi z parteru szpitala (dziś jest wybitnym pediatrą). Te epizody stawiają nierozstrzygalne pytania etyczne, które Krall i Edelman pozostawiają otwarte.

Edelman wyznaje, że sam też dostał numerek — stanął w kolumnie, wciągnął do niej przyjaciółkę z bratem (jak wielu innych), przez co kolumna urosła do 44 tysięcy; Niemcy odcięli ostatnie 4 tysiące i odesłali na Umschlagplatz, on zaś zmieścił się w pierwszych czterdziestu. Na pytanie francuskiego dziennikarza, czy ludzie w getcie się kochali, odpowiada, że „być z kimś to była jedyna możliwość życia” — ludzie garnęli się do siebie jak nigdy, brali śluby tuż przed pójściem na Umschlagplatz, by nie być samemu. Symbolem tej bliskości jest historia siostrzenicy Tosi: gdy Ukrainiec przystawił jej lufę do brzucha, mąż zasłonił jej brzuch własną ręką (stracił dłoń); o to chodziło — by był ktoś gotów to zrobić.

Wielka akcja, opór i wyrok ŻOB

Edelman relacjonuje przebieg wielkiej akcji likwidacyjnej: 22 lipca 1942 rozplakatowano rozporządzenie o „przesiedleniu na wschód”, a ŻOB tej samej nocy naklejał kartki „Przesiedlenie to śmierć”. Wymóg dostarczania 10 tysięcy ludzi dziennie do wagonów (do godz. 16) wykonywała żydowska policja, której Niemcy obiecywali, że „reszta ocaleje” — ŻOB wydał wyroki na komendanta Szeryńskiego, Lejkina i innych (po wojnie Edelman dowiedział się, że Lejkinowi urodziło się wtedy pierwsze dziecko i sądził, że gorliwością je ocali). Większość ludzi długo nie wierzyła, że to śmierć („Czy to możliwe, że wymordują cały naród?”). Pierwszego dnia akcji samobójstwo popełnił prezes Gminy Czerniaków.

Krall wraca do planu współczesnego i rozwija paralelę. Pacjenci Edelmana (Rudny, Bubnerowa, alpinista Wilczkowski, Rzewuski) leżą po zawale pod kroplówką z ksylokainy i myślą „o tym, co najważniejsze” — tak jak dla Hellerowej najważniejsze było, komu należy się numerek na życie. Dla każdego z nich tym „życiem” jest jego pasja/dzieło: dla Rudnego — maszyny pasmanteryjne (nowoczesne, w ruchu), dla Bubnerowej — produkcja długopisów, dla Wilczkowskiego — tatrzański, „wyzłocony słońcem” szczyt, do którego całą sobotę się wspina i wie, że już nigdy nie dotrze (myśli o płanetnikach sprowadzających nieszczęście). Rzewuski wprost mówi, że fabryka była dla niego tym, czym dla Edelmana getto — najważniejszym działaniem i „prawdziwie męską przygodą” — lecz teraz, z bólu, nie myśli o niczym.

Satyryczny obraz schyłkowego PRL-u daje proces o łapówki przy długopisach (towar wolno było wstawiać tylko do „Domu Książki”; wszyscy producenci dawali kierownikom po 6%): Bubnerowa dostała zawał po rozprawie (rok w zawieszeniu), a sędzina robiła przerwy, czekając, aż oskarżonym sercowcom rozpuści się nitrogliceryna. Bubnerowa opowiada o swojej wierze: jej zmarły, pobożny mąż „ma dobre stosunki z Panem Bogiem”, więc gdy Edelman namawiał ją na operację, była spokojna — tak jak wcześniej, w areszcie, „wiedziała, że drzwi się przed nią otworzą” (i otworzyły się — wpłacono kaucję).

Operacja Bubnerowej się udała (krew znalazła ujście). Krall dopowiada losy pacjentów: po zawale postanowili „już nigdy nie mieć zawału” i zmienili życie — Bubnerowa zlikwidowała warsztat i chodzi na spokojne spacery, Rudny przeniósł się na „spokojny oddział” (gospodarka oliwą smarowniczą), a gdy brak części, składa formalne zamówienie zamiast szarpać się. W rocznicę operacji Rudny przynosi trzy bukiety: dla Profesora, dla Edelmana i dla doktor Elżbiety Chętkowskiej — na jej grób na Radogoszczu.

Wstrząsająca jest scena wizyty córki zastępcy komendanta Umschlagplatzu, na którego ŻOB wydał wyrok śmierci. Kobieta domaga się od Edelmana rozliczenia: ojciec nie chciał dać 10 tysięcy na broń, bo pieniądze szły na jej ukrywanie po stronie aryjskiej. Pada makabryczna arytmetyka („ile za dziecko z niebieskimi oczami — dwa, dwa i pół za miesiąc; za rewolwer — pięć; więc szło o dwa rewolwery albo o cztery miesiące mojego życia”). Córka pyta, czy ojciec „robił coś złego” — Edelman odpowiada, że tylko liczył ludzi ładowanych do wagonów, jak sumienny urzędnik, do dziesięciu tysięcy dziennie, i wracał do domu. Wyrok wydano nie za liczenie, lecz za odmowę pieniędzy; ojciec wrócił po pracy i otworzył drzwi zabójcom, bo nie uwierzył, że potulnie liczeni Żydzi zdobędą się na taki czyn. Na zarzut, że nie mieli prawa „wybierać dla niego śmierci”, Edelman odpowiada: „Nie dla pani ojca wybraliśmy śmierć. Wybraliśmy ją dla siebie i dla tych sześćdziesięciu tysięcy Żydów, którzy jeszcze żyli” — a po tym wyroku nikt już nie odmówił im pieniędzy na broń.

Edelman relacjonuje powstanie ŻOB: po akcji w getcie zostało 60 tysięcy Żydów, którzy „rozumieli już wszystko”; mimo nieufności między ugrupowaniami (oni vs syjoniści) utworzono jedną Żydowską Organizację Bojową (decyzję przeważył głos Hennocha Rusia). Podczas styczniowej akcji 1943 ludzie po raz pierwszy nie szli dobrowolnie — padły pierwsze strzały (kilku zabitych Niemców), co zrobiło wrażenie po stronie aryjskiej. Poeta Władysław Szlengel napisał wiersz „Kontratak” („z Niskiej i Miłej, z Muranowa / wykwita płomień naszych luf…”). Edelman demityzuje: tych „luf” było wtedy dziesięć (pistolety od Armii Ludowej), później ok. sześćdziesięciu — a Radio Kościuszki wzywało „Do broni!” na tle udawanego szczęku oręża (spikerka Ryszarda Hann: „w radio nic nie brzmi tak fałszywie jak autentyczne dźwięki”).

Edelman przytacza dalsze epizody: grupa Anielewicza bez broni biła Niemców rękami; grupa osiemnastoletniego drukarza Pelca odmówiła wejścia do wagonu i komendant Treblinki rozstrzelał na miejscu sześćdziesięciu ludzi; rajdy Anielewicza po rewolwery ściągały krwawe odwety. Osobistą, dręczącą historią jest Hennoch Ruś, którego synkowi Edelman dał na początku wojny krew do transfuzji — dziecko zaraz zmarło (prawdopodobnie wstrząs poprzetoczeniowy); Hennoch go unikał, aż w czasie akcji wyznał: „dzięki tobie mój syn zmarł w domu, jak człowiek. Jestem ci wdzięczny”. Pojawia się też ekonomia Zagłady (rewolwer: 3–15 tys.; ukrycie Żyda: 2–5 tys. miesięcznie, zależnie od „podobieństwa”) i niewypowiedziany dylemat: rewolwer czy miesiąc czyjegoś życia. Wreszcie wątek tytułowy „zdążyć”: Edelman miał opiekować się rodziną Kellermanów; dał im przez szparę w drzwiach znak, że po nich wróci — wrócił po paru godzinach, lecz przyszedł za późno, nikogo już nie było. To jedyni ludzie, przed którymi chciałby się wytłumaczyć.

Walka, ucieczka z płonącego getta i wyjście kanałami

Łączniczka wożąca gazetki do Piotrkowa przeżyła pozorowaną egzekucję (Ukraińcy, przekupieni, strzelili ślepymi nabojami) i nadal jeździła. Edelman wspomina przenoszenie powielacza i żydowskiego policjanta-adwokata, który „się załamał”; po wojnie nie zamienił z nim słowa, choć inni pytają: „jaki sens dziś pamiętać?”. Pada znamienna obserwacja Antka: gdy w kwietniu ludzie wyszli z piwnic na słońce, Edelman zawołał „jak oni mogli wyjść?” — bo przywykł, że pokazanie się w dzień oznacza śmierć; Antek skomentował: „jak on ich nienawidzi, chciałby, żeby siedzieli w ciemności”. To Antek przewidział, że Niemcy podpalą getto — i drugiego dnia powstania tak się stało.

Edelman relacjonuje ucieczkę z palącej się fabryki szczotek: przebijanie się przez ogień, wyłom w murze oświetlony reflektorem, panikę ludzi, którzy nie chcieli biec. Krzyknął „jak nie, to zostajecie sami” — sześciu zostało (zginęli), a Zygmunt zgasił reflektor strzałem z jedynego karabinu, dzięki czemu reszta przeskoczyła do getta centralnego. Krall zauważa, że Edelman sam chętniej opowiada takie „efektowne” historie (skok przez mur, strzał w reflektor) niż o duszeniu w piwnicach — on zaprzecza, lecz przyznaje, że więcej godności ma się, „skacząc przez mur”. Opowiada też, jak szedł szybkim, energicznym krokiem między Ukraińcami a tłumem, „jakby miał prawo”, i nikt go nie zaczepił — ale puentuje to ludzkim szczegółem: w domu czekała na niego cała dzień Stasia z grubymi warkoczami, która płakała, bo myślała, że go zabrali.

Pojawia się motyw, że niemal wszystkie historie Edelmana „o ludziach” kończą się śmiercią (te o pacjentach — życiem). Elżunię, córkę Zygmunta z klasztoru w Zamościu, odnalazł po wojnie; adoptowali ją bogaci Amerykanie, była piękna i mądra — a potem popełniła samobójstwo (rodzice zachowali jej pokój nietknięty; Edelman nie wie dlaczego). Wraca też motyw wyboru: szansa wyjścia i decyzja pozostania (Korczak, kupiec żelaza Gepner, Abrasza Blum, sami powstańcy) — Krall sugeruje, że jest to „ostatnia szansa zachowania godności”.

Edelman opisuje kolejne dni walki jako przemienne sceny biegu i śmierci: śmierć Adama (granat wybuchł mu na głowie, gdy wystawił ją z piwnicy), bieg po dachach w czerwonym swetrze (świetny cel, ale „pod słońce trudno trafić”), chłopca umierającego na worku sucharów, pięciu zabitych chłopców na podwórku — wśród nich Stasiek, któremu rano odmówił adresu po stronie aryjskiej („jeszcze nie czas”, bo adresu nie miał). Wykopanie grobu dla pięciu to „straszna praca”; ponieważ był 1 maja, odśpiewali nad grobem zwrotkę Międzynarodówki. Był nawet strajk głodowy zbuntowanych (odmówili picia ocukrzonej wody, czuli się krzywdzeni małą ilością broni) — najgorsze było to, że „coraz więcej starszych i bardziej doświadczonych ludzi pytało, co robić, a on nie wiedział i czuł się zupełnie samotny”.

Kulminacja: 6 maja przyszli Anielewicz z Mirą, 8 maja na Miłej 18 popełnili samobójstwo (jak i większość pozostałych). Edelman zabrał ocalałych (w tym dwie prostytutki, którym znów odmówił wyjścia) i 10 maja grupa wyszła kanałami (przewodników dał „Witold”/Jóźwiak z AL); po wyjściu na ulicy Prostej, czarni, brudni, z bronią, znaleźli się w „oślepiającym majowym świetle” wśród przerażonego, milczącego tłumu. Krall wplata wątek Andrzeja Wajdy, który chciał zrobić film o getcie z Edelmanem opowiadającym do kamery w miejscach zdarzeń — dziś na Miłej 18 dzieci zjeżdżają na sankach, a bramy Umschlagplatzu już nie ma (na miejscu muru i rampy stoją szare bloki).

Cmentarz żydowski — pamięć i idealizacja

Krall prowadzi narrację po cmentarzu żydowskim jako kolejnych „planach filmowych” Wajdy. Wspomina koleżankę Annę Strońską mieszkającą w bloku przy dawnej rampie (lękliwie pyta, czy „oni jej krzywdy nie zrobią”), nowy schludny mur z tablicami i zniczami, oraz groby: symboliczny grób inż. Michała Klepfisza (który na strychu zasłonił sobą karabin maszynowy, by inni przeszli; jego żonę i córkę ukrywała biegaczka Marysia Sawicka), rodzeństwa Błonesów (Jurek, dwudziestoletnia Guta, dwunastoletni Łusek), i Zygmunta Frydrycha (ojca Elżuni), zabitych w Zielonce dziesięć minut po wyjściu z kanałów, oraz tych ostrzelanych na Bugu w drodze do partyzantów.

Krall dopowiada dramatyczne kulisy wyjścia z kanałów: ośmiu ludzi, których Edelman odesłał do szerszego kanału, dusiło się od fekaliów i metanu; gdy klapa się otworzyła, nikt nie chciał odejść od włazu (już było powietrze i światło), więc Edelman posłał po nich Szlamka Szustera, ale na górze Krzaczek i Kazik kazali odjeżdżać — mimo że Celina groziła rewolwerem, ciężarówka ruszyła. Kazik (wówczas dziewiętnastolatek, który zorganizował wyjście znakomicie) do dziś dzwoni z odległego miasta, obwiniając się, że nie zmusił Krzaczka do czekania; Edelman bierze winę na siebie, a Kazik gorzko zauważa: „nikt nigdy nie pyta mnie o tych, którzy przeżyli — zawsze tylko o zmarłych”.

Na końcu alei rozciąga się pole bezimiennych grobów — tych, którzy zmarli przed likwidacją getta (z głodu, na tyfus), zbieranych z ulic wózkami przez Towarzystwo „Wieczność”. Nad grobami stoi pomnik wyprostowanego bojownika z karabinem, granatem i mapami — choć żaden z nich tak nie wyglądał („byli czarni i brudni”), na pomniku „jest jasno i pięknie” (kolejny obraz idealizacji wobec rzeczywistości). Przy Abraszy Blumie leży jego żona Luba Blumowa, która prowadziła szkołę pielęgniarek: dostała 5 numerków na 60 uczennic i rozdzieliła je według egzaminu („Jak wygląda opieka pielęgniarska w pierwszych dniach świeżego zawału serca”). Po wojnie prowadziła dom dziecka dla ocalonych z szaf, klasztorów i grobowców — golonych, ubieranych w dary UNRRA, uczonych gry na fortepianie i „że nie należy mlaskać”; jedna dziewczynka, poczęta z gwałtu, nazywana była „Szwabką”, inną proszono, by nie opowiadała, „co chłopi robili z nią na strychu”.

Krall przytacza jeszcze obraz człowieka na cmentarzu, który nie może zebrać dziesięciu Żydów do odmówienia Kadysz (naliczył tylko siedmiu) — bo prawdziwi, „dawni” Żydzi istnieją już tylko jako figurki sztuki ludowej kolekcjonowane przez Strońską („Żydzi sprzed wszystkiego”, zaaferowani, modlący się, handlujący). Pojawia się też niepokojący sen sąsiadki z nowego bloku na Miłej: śni jej się, że w jej „nie swoim” pokoju zjawia się młoda Żydówka, która z uspokajającym gestem podchodzi do okna i wyskakuje z czwartego piętra — po czym sen i poczucie czyjejś obecności znikają.

Dlaczego został lekarzem — sens tytułu

Edelman odmawia mówienia do kamery Wajdy — „mógł to opowiedzieć jeden raz i już opowiedział”. Na pytanie, dlaczego został lekarzem, najpierw podaje „ładną” odpowiedź (w getcie za 40 tysięcy ludzi podjęli decyzję, by nie szli dobrowolnie na śmierć; jako lekarz mógł odpowiadać za życie choć jednego), po czym ją obala: prawda była inna. Po wojnie — dla wszystkich wygranej, dla niego przegranej — gnało go z miasta do miasta przekonanie, że „ktoś na niego czeka i trzeba go ratować”, lecz nigdzie nikogo nie było. Wrócił do Warszawy (mimo namów, by nie patrzeć „na te mury, bruki, puste ulice”), położył się i przez dnie i tygodnie spał — pogrążony w czymś na kształt depresji.

To Ala (jego żona, którą poznał, gdy przyszła z patrolem AK wyprowadzić ich z bunkra na Żoliborzu — przeszła boso przez pole minowe, wierząc, że tak miny nie wybuchną) zapisała go na medycynę. Studiował bez zainteresowania, kładł się twarzą do ściany, więc koledzy rysowali mu na niej narządy (żołądek, serce z komorami), żeby cokolwiek zapamiętał. Z tego okresu najlepiej pamięta śmierć Mikołaja (z „Żegoty”) — pierwszego znajomego, który umarł zwyczajnie w łóżku, a nie został zabity; Mikołaj zostawił mu gruby zeszyt z rozliczeniem dolarów wydanych na broń („saldo się zgadza, została reszta”). Edelman, Antek i Celina pękali ze śmiechu z tej historii (i z tego, że Mikołaj „tak dziwnie umiera w czystej pościeli”), aż Celina przypomniała, że to nie wypada. Przełom przyszedł na wykładzie, gdy profesor powiedział, że po wyglądzie oka, skóry i języka lekarz powinien wiedzieć, co choremu jest — Edelman pojął, że choroba to rozsypana łamigłówka, którą trzeba złożyć, i zajął się medycyną.

Tu krystalizuje się sens tytułu. Edelman opowiada, jak stojąc pod palmą w klinice, wśród sal pełnych skazanych na śmierć pacjentów, uświadomił sobie, że jego zadanie jest tym samym, co na Umschlagplatzu: stać przy bramie i wyciągać jednostki z tłumu skazanych — „i tak stoję przy tej bramie przez całe życie”. Gdy nie może już ocalić, daje pacjentom komfortową śmierć — by nie cierpieli, nie bali się, nie poniżali, by nie zamienili się w „tych z trzeciego piętra Umschlagplatzu”. Formułuje credo: „Pan Bóg chce zgasić świeczkę, a ja muszę szybko osłonić płomień, wykorzystując Jego chwilową nieuwagę” — bo „On nie jest za bardzo sprawiedliwy”, a udana operacja to „wywiedzenie Go w pole”. Na zarzut Krall, że to pycha, odpowiada, że kto odprowadził innych do wagonów, ma z Bogiem parę spraw do załatwienia. Liczy się odroczenie wyroku — choćby o kilka lat, bo nawet trzy miesiące życia córki Tenenbaumowej wystarczyły, by „zdążyła się dowiedzieć, czym jest miłość”.

Krall przytacza galerię pacjentów, których Edelman ratował: dziewięcioletnią Urszulę (zwężenie zastawki, Profesor przyleciał samolotem i zoperował), Teresę z pokoiku za sklepem (uciekała ze szpitala „pilnować sióstr”, a potem dziecka; „najważniejsze, że wyszła z tego pokoiku”), gasnącą powoli Grażynę z domu dziecka, która mimo zakazu urodziła i z dumą wozi dziecko wózkiem. Edelman wyznaje, że pacjenci są mu najbliżsi w dniach śmiertelnego niebezpieczeństwa (wie wtedy o nich wszystko), lecz gdy wyzdrowieją, zapomina ich twarze — liczy się już tylko nowy chory. Wzruszający jest obraz siedemdziesięcioletniej staruszki, która zasypiając przed ryzykowną operacją modliła się: „Panie Boże, pobłogosław ręce pana Profesora i myśli lekarzy z Pirogowa”.

Statystyki, konfrontacja ze Stroopem i „porządek umierania”

Wreszcie Krall, jakby ironicznie ustępując oczekiwaniom czytelnika („ludzie są przywiązani do powagi faktów i chronologii”), podaje suche statystyki i kalendarium powstania: 220 powstańców przeciw 2090 Niemcom (z lotnictwem, artylerią, czołgami, setkami karabinów); na jednego powstańca 1 rewolwer, 5 granatów, 5 butelek zapalających, w całym getcie dwie miny i jeden pistolet automatyczny. Niemcy wkraczają 19 kwietnia o czwartej; tego dnia nie wywożą nikogo („uważaliśmy to za zwycięstwo”); 20 kwietnia przez całą dobę nie ma w getcie ani jednego Niemca; pod fabryką szczotek wybucha mina, Michał Klepfisz zasłania sobą automat. Powraca scena z trzema oficerami SS (z białymi kokardami proponują zawieszenie broni) — opisana też w powieści Johna Herseya „The Wall”, gdzie bohater odczuwa „zachodnioeuropejską tęsknotę za fair play”. Edelman, jedyny żyjący uczestnik sceny po stronie powstańców, mówi, że nie czuł zakłopotania, strzelając (kazał strzelać Zygmuntowi), bo to byli ci sami Niemcy, którzy wywieźli 400 tysięcy ludzi do Treblinki — „tyle że przyczepili sobie białe kokardy”. Chunk kończy się początkiem konfrontacji ze Stroopem po wojnie: wprowadzony do pokoju Stroop staje na baczność, stuka obcasami i oddaje Edelmanowi honory wojskowe.

Edelman, zapytany w konfrontacji, czy widział, jak Stroop zabijał, mówi, że nigdy go nie widział, i obojętnie potwierdza nieistotne szczegóły topograficzne (gdzie była brama, skąd szły czołgi). Czuje przy tym przykrość — ten człowiek, już z wyrokiem śmierci, stoi przed nim bez pasa, a detale są bez znaczenia; chce jak najszybciej wyjść.

Krall przerywa wojenną relację autoironiczną refleksją: szczegóły („przybiega chłopiec z krzykiem”) nie są „poważną historyczną relacją”. Streszcza raz jeszcze pospiesznie porządek śmierci (Klepfisz, sześciu chłopców, Stasiek, Adam, chłopiec, którego trzeba było żywcem zasypać w tunelu, bo do piwnicy wdzierał się czad, wreszcie kilkaset osób ze schronu zdradzonego przez dziecko, które Niemcy zwabili cukierkiem) i formułuje kluczową myśl: „Porządek historyczny okazuje się tylko porządkiem umierania”. Historia powstaje „po drugiej stronie murów” — tam, gdzie pisze się raporty: „kto dzisiaj wie o chłopcu, którego trzeba było zasypać?”.

Strona aryjska — Wilner, Woliński i pomoc AK

Krall przedstawia „Wacława” — Henryka Wolińskiego, który po stronie aryjskiej kierował referatem żydowskim w Komendzie AK i pisał meldunki — to dzięki nim świat dowiedział się o Umschlagplatzu, transportach, komorach gazowych i Treblince. Pośredniczył między ŻOB a AK (przekazał deklarację o utworzeniu ŻOB, rozkaz Grota-Roweckiego podporządkowujący ŻOB Armii Krajowej, skontaktował z gen. Monterem). AK uzbrajała i szkoliła powstańców: instruktor Zbigniew Lewandowski „Szyna” uczył dwoje przychodzących z getta — kobietę i mężczyznę-chemika (którym, jak dopowiada Krall, był Michał Klepfisz) — wyrobu „finezyjnych” butelek zapalających; „wszystko, co dawaliśmy ŻOB-owi, było najlepsze ze wszystkiego, co mogliśmy dać”.

Krall cytuje radiowe meldunki Wilnera/„Wacława” przekazywane do Londynu: obłędna panika, bezimienne żółte numerki, ceny (1000 zł za kg chleba), jedyny znany przypadek czynnej samoobrony (Seweryn Majde rzucający popielnicą), pociągi nieprzystające w Treblince. Wstrząsające jest, że BBC przez miesiąc milczało — Londyn nie wierzył raportom („myśleliśmy, żeście przesadzili w propagandzie antyniemieckiej”); stąd desperacka depesza do Kongresu Żydowskiego w USA: „Bracia! (…) Jest to nasz ostatni do was apel”.

Pojawia się wątek prób AK przebicia murów (rozkaz Montera, atak od Bonifraterskiej): mina Pszennego rozszarpała dwóch chłopców mających umieścić ładunek przy murze, akcja się nie powiodła. Wiadomość o spodziewanym ataku była jednak jedyną chwilą, gdy Anielewicz odzyskał nadzieję (posłany do niego chłopiec spłonął na Miłej). Świadkowie — Zbigniew Młynarski „Kret” i Henryk Grabowski (który ukrywał broń Wilnera i wyciągnął go z gestapo) — interpretują powstanie w kategoriach honoru: ci ludzie „wcale nie chcieli żyć”, woleli zginąć z bronią niż „w sposób pogardliwy”, a AK pomogła „uratować Żydom honor”. Grabowski sam to zrozumiał, gdy postawiono go pod murem (uratował go granatowy policjant Wisłocki).

Krall odsłania prywatne tło: Grabowski znał Anielewicza sprzed wojny jako „Mordkę” z Powiśla — chłopaka z tej samej biedy (matka Anielewicza sprzedawała ryby, matka Grabowskiego pieczywo), z którym chodził „na rozróbki”; uznał za naturalne, że komendantem został „człowiek od nich z Powiśla”. Wreszcie wątek klasztoru dominikanek w Kolonii Wileńskiej, którego przełożona ukrywała Żydów („Nie ma większej miłości, jak gdy się daje życie za przyjaciół swoich”) i polubiła Jurka Wilnera (blondyna o niebieskich oczach, przypominającego jej brata); rozmawiali — ona o Bogu, on o Marksie — a wyjeżdżając do getta, z którego nie miał wrócić, zostawił jej swój zeszyt z wierszami, który przetrwał gestapo i obóz.

Krall rozwija postać Jurka (Arie) Wilnera — przedstawiciela ŻOB po stronie aryjskiej — przeplatając relacje świadków z jego wierszami (m.in. przejmujący poemat o marszu „buty-buty-buty… nie masz na wojnie wytchnienia” i o „łyżeczce życia”, które „w krew nie wchodzi, tylko uderza do głowy”). Heniek „Słoniniarz” (Grabowski) ubierał przybywających z Wilna Żydów „bez żydowskiego akcentu” (cyklistówki tak, narciarki nie) i zauważył, że im kto bardziej się bał, tym był brzydszy, a nieustraszeni jak Wilner i Anielewicz byli przystojni. Jurek składował broń (rewolwery, trotyl, cyjanek) u Grabowskiego i u karmelitanek bosych na Wolskiej; przełożona klasztoru, z którą Krall rozmawia przez kratę, nie pomyślała nawet, że broń „służy do zabijania” — martwiła się tylko, czy Jurek przed śmiercią zdąży się pojednać z Bogiem, i wieczorami siostry czytały psalmy w blasku płonącego getta, prosząc, by przyjął śmierć bez lęku. Grabowski zaopatrywał go w materiały wybuchowe i cyjanek (który wypróbował na kocie, by „nie sprzedać przyjacielowi złego towaru”).

W marcu 1943 Wilnera aresztowało gestapo; torturowany, nikogo nie wydał (mimo licznych kontaktów po stronie aryjskiej). Grabowski zorganizował mu cudowną ucieczkę z obozu na Grochowie, rodzina go kurowała (poodbijane paznokcie, nerki, stopy) — a gdy doszedł do sił, wbrew błaganiom Grabowskiego („wywiozę cię na wieś”) postanowił wrócić do getta. Tam, 8 maja 1943, w bunkrze na Miłej 18 to on dał sygnał do zbiorowego samobójstwa (jako pierwszy Lutek Rotblat zastrzelił matkę i siebie; zginęła większość Organizacji z Anielewiczem). Grabowski do końca życia rozmyślał, czy dobrze zrobił, puszczając go — lecz konkluduje, że gdyby Jurek przeżył, „miałby pretensję, że żyje”. Woliński napisał mu do getta „czuły list” i bolał nad śmiercią każdego z tych ludzi — „takich szanownych, bohaterskich, polskich”.

Następcą Wilnera po stronie aryjskiej został Antek — Icchak Cukierman (z nieodłączną torbą granatów). Krall splata sagę pieniędzy na broń: pierwsze 5 tysięcy dolarów ze zrzutów wędrowało od Mikołaja przez Edelmana do Tosi, która schowała je pod szczotkę do froterowania (rewizja niczego nie znalazła); Tosia później wykupiła aresztowanego „Wacława” z gestapo za perski dywan („naprawdę piękny dywan”). U Wolińskiego, gdzie zjechała z Australii Tosia (doktor Goliborska), panuje towarzyski gwar i wszyscy prześcigają się w anegdotach (kłopoty z ludźmi ŻOB, którzy likwidowali agentów przed formalnym wyrokiem; spór o to, czy w zrzucie było 120 tysięcy dolarów i ile pistoletów dostali).

Powraca motyw rozdźwięku między legendą a prawdą. Pada spór, jak długo Wilner wytrzymał tortury: „Wacław” mówił o miesiącu, Grabowski o dwóch tygodniach, a Edelman uparcie twierdzi — tydzień. Krall obnaża, że wszystkim zależy, by Jurek milczał jak najdłużej; Edelman kwituje to ironicznie: „Antek chce, żeby nas było pięciuset, literat S. chce, żeby ryby farbowała matka, a wy chcecie, żeby siedział miesiąc. Więc niech będzie miesiąc, przecież to już nie ma żadnego znaczenia”. Tak samo jest ze słynnymi sztandarami (biało-czerwonym i niebiesko-białym) wiszącymi nad gettem, które wzruszały stronę aryjską — Edelman trzeźwo zaprzecza: jego ludzie sztandarów nie wieszali — a on sam żadnych sztandarów nie widział, dowiedział się o nich dopiero po wojnie. Gdy Krall protestuje, że „wszyscy ludzie je widzieli”, Edelman ostatecznie ustępuje: „skoro wszyscy widzieli, to na pewno były… Ważne jest, że ludzie widzieli”. I to jest, zauważa Krall, najgorsze — że on na wszystko w końcu się zgadza („jakie to ma dzisiaj znaczenie”).

Dlaczego żyje — przypadek, serce i wartość jednego życia

Na koniec trzeba „dopisać, dlaczego żyje”. Pierwszy żołnierz-oswobodziciel zapytał go podejrzliwie: „Jesteś Żydem? To jakim sposobem żyjesz?” — sugerując, że może przeżył cudzym kosztem (wydał kogoś, zabrał chleb). Edelman tłumaczy się dwoma ocaleniami z czystego przypadku: raz esesman strzelał do niego z muru na Nowolipkach kilkanaście razy i za każdym chybiał o pół metra (miał najwyraźniej nieskorygowany astygmatyzm); raz, gdy zgarnięto go już na wóz na Stawki, przechodzącemu Mietkowi Dąbowi (policjant z PPS) pozwolono ściągnąć go z platformy jako „brata”. Wpleciona jest tu rozmowa z ojcem Mietka, który gani syna, że „znowu kogoś zdjął z wozu i nie wziął grosza”, i wypowiada gorzkie słowa o Bogu: „Boga już dawno tu nie ma. A jeżeli nawet jest — on jest po ich stronie” (nazajutrz starca zabrali).

Krall splata to z opisem serca jako mechanizmu (relacja inżyniera Sejdaka: optymalnie 4200 uderzeń na godzinę, ponad 100 tysięcy na dobę, 7 tysięcy litrów krwi; serce „przeprowadza remont na bieżąco”, a najłatwiej psują się zastawki jak zawory). Sejdak skonstruował dla Profesora sztuczne serce (za co o mało nie oskarżono go o „przestępstwo gospodarcze”) i pracuje nad maszyną mającą pomóc chorym przetrwać czas między zawałem a operacją — czyli, jak mówi Edelman, „osłonić świeczkę jeszcze na moment”. Dochodzą kolejne medyczne zagadki rozwiązane jak łamigłówki (rzekoma katatonia okazująca się chorobą trzustki; dramatyczny wyścig z rosnącym wapniem przy nadczynności przytarczyc).

Świadek Zbigniew Młynarski „Kret” wyznaje, że rozumie Edelmana doskonale: on, niepozorny (160 cm, 60 kg), pełnią życia żył tylko podczas wojny, gdy trzeba było podejmować „szybkie, męskie decyzje” — a dziś układa karakułowe skóry, „żeby pasowały”, czego nie da się traktować poważnie.

Książka domyka motyw, że Bóg-Los uderza najprzebieglej, gdy człowiek myśli, że już wygrał. Mimo wszystkich starań (przy Rudnym brakowało lekarza, żarówki, sióstr — a jednak „zdążyli”), los zadaje niespodziewane ciosy: Stefan, siedemnastoletni brat Marysi Sawickiej, ginie, bo rozsadza go radość z pierwszego rewolweru (Niemiec dostrzega broń w cukierni i zabija go pod oknami siostry); Elżbieta Chętkowska połyka glimit (miała krwiak czaszki); Elżunia — córka Zygmunta Frydrycha — popełnia samobójstwo w Ameryce mimo „wszystkiego, co miała”; Celina (Cywia Lubetkin) umiera, a Masza w kibucu, trzy tysiące kilometrów od Miłej, wciąż słyszy krzyk spalonego chłopca; Abraszę Bluma zdradza dozorca. „Nigdy do końca nie wiesz, kto kogo podszedł”.

W ostatnich zdaniach Krall stawia proporcję: po udanej operacji, gdy opadnie napięcie i radość, uświadamiasz sobie skalę — 1 : 400 000. „Po prostu śmieszne. Ale każde życie stanowi dla każdego całe sto procent, więc może ma to jakiś sens” — tym afirmującym, choć gorzkim zdaniem o niepodzielnej wartości pojedynczego życia kończy się książka.

Podsumowanie

„Zdążyć przed Panem Bogiem” Hanny Krall to reportaż-rozmowa z Markiem Edelmanem, przeplatająca dwa plany: powstanie w getcie warszawskim 1943 (Anielewicz, Umschlagplatz, numerki na życie, samobójstwa na Miłej 18) oraz powojenną pracę Edelmana jako kardiochirurga. Kluczowe motywy: demityzacja bohaterstwa i kult „pięknej śmierci”, godność idących na śmierć, „nie dać się wepchnąć na beczkę”, odpowiedzialność za pojedyncze życie, a nade wszystko tytułowy wyścig z Panem Bogiem o „osłonięcie płomienia świeczki” — przedłużenie życia, dla którego dawny goniec z Umschlagplatzu stał się lekarzem.

Chcesz sprawdzić znajomość „Zdążyć przed Panem Bogiem” przed maturą? Przećwicz zadania maturalne z tej lektury na stronie matury-online.pl/zadania/polski/zdazyc-przed-panem-bogiem.

📝 Sprawdź wiedzę

Rozwiąż test z lektury „Zdążyć przed Panem Bogiem"

Pytania o bohaterów, motywy i wydarzenia — sprawdź, ile zapamiętałeś z „Zdążyć przed Panem Bogiem".